Szukaj
Polub nas!

Gen John Kelly w trakcie konferencji prasowej fot Shawn Kelly EPAGen. John Kelly w trakcie konferencji prasowej
(fot. Shawn Kelly/EPA)
Wpadka w Nigrze

4 października tego roku w Nigrze zginęło czterech żołnierzy amerykańskich sił specjalnych. Okoliczności, w jakich doszło do tego wydarzenia, pozostają dość niejasne i wszystko wskazuje na to, że w USA odbędą się publiczne przesłuchania w tej sprawie. Wnikliwe śledztwo zapowiada też Pentagon. Natomiast liczni politycy nazywają to wszystko „Benghazi Trumpa”, czyli porównują ten incydent do ataku na konsulat amerykański w Libii, który miał miejsce w roku 2012 i który zaowocował wieloletnim śledztwem…

Wiadomo na pewno, iż mała grupa amerykańskich żołnierzy w ów październikowy dzień pojechała trzema nieopancerzonymi samochodami z Mali do niewielkiej miejscowości Tongo Tongo w Nigrze. Celem tej wyprawy było spotkanie z lokalnymi przywódcami plemiennymi. Gdy rozmowy te dobiegały końca, Amerykanie zostali niespodziewanie okrążeni przez niezidentyfikowane na razie oddziały zbrojne. Doszło w ten sposób do 30-minutowej potyczki, w której okrążeni nie mieli większych szans, gdyż byli stosunkowo słabo uzbrojeni. Na pomoc wezwano francuskie samoloty, które ostatecznie zmusiły napastników do odwrotu, a następnie pomogły w ewakuacji rannych i zabitych.

Na miejscu tych zdarzeń znaleziono ciała trzech amerykańskich żołnierzy, które tego samego dnia zostały przewiezione do bazy wojskowej. Czwartą ofiarą zajścia był sierżant La David Johnson. Jednak jego ciało znaleziono dopiero dwa dni później, w odległości ponad jednej mili od jego kolegów. Nikt nie wie, dlaczego Johnson odłączył się od reszty grupy i czy nastąpiło to dobrowolnie, czy też pod przymusem. Zagadką pozostaje też to, dlaczego szukanie zaginionego żołnierza trwało tak długo, szczególnie wobec faktu, iż jego zwłoki znajdowały się w tej samej okolicy. Prezydent Trump wyjawił śmierć czterech żołnierzy dopiero 12 dni po ataku, a zrobił to w obliczu narastających nacisków ze strony dziennikarzy.

Sprawa ta budzi wiele wątpliwości. Nie wiadomo, dlaczego Amerykanie podróżowali po potencjalnie niebezpiecznym terenie zwykłymi samochodami i bez odpowiedniego wsparcia. Zostali zaatakowani przez ok. 50 dobrze uzbrojonych ludzi, którzy – jak się przypuszcza – powiązani są w jakiś sposób z organizacją IS. Wykrycie sprawców będzie jednak z pewnością niezwykle trudne. Poza tym nie jest jasne nawet to, czy napastnicy wiedzieli o obecności Amerykanów w grupie żołnierzy Nigru. Całkiem możliwe jest, że atak był zupełnie przypadkowy i nie miał nic wspólnego z amerykańską obecnością w tych okolicach.

Jednak incydent ten rodzi też szereg pytań, które nie mają bezpośredniego związku z samą zasadzką. Jak się okazuje, w Nigrze znajduje się obecnie prawie tysiąc żołnierzy amerykańskich. Na początku pierwszej dekady obecnego stulecia w kraju tym pojawili się amerykańscy doradcy, których zadaniem było szkolenie żołnierzy armii Nigru. Później jednak liczba żołnierzy z USA zaczęła szybko rosnąć, głównie z powodu zagrożenia ze strony ekstremistów muzułmańskich w Nigerii i Mali. Dziś Niger pełni specyficzną rolę zaplecza w walce z terroryzmem w Afryce, ale wszystko to odbywa się niemal w tajemnicy. Gdyby nie śmierć czterech żołnierzy, o rosnącej obecności amerykańskich sił zbrojnych w tym kraju zapewne w ogóle byśmy nie wiedzieli. A gdy już się dowiedzieliśmy, Biały Dom nadal milczy na temat misji, jaką nasi żołnierze wykonują w tym kraju.

Rzecznik tzw. U.S. Africa Command, Patrick Barnes, przyznał, że w Nigrze znajdują się nie tylko zwykli żołnierze, ale również komandosi oraz piloci Air Force. Stacjonują oni głównie w okolicach miasta Agadez, położonego na północy kraju. Nie jest jednak do końca jasne, czy obecna administracja w ogóle zdaje sobie sprawę z tego, iż w Nigrze jest dziś tak wielu amerykańskich żołnierzy. Trump prawie nigdy nie wspomina o Afryce i nadal nie obsadził licznych stanowisk związanych z poczynaniami USA na Czarnym Lądzie.

Między innymi pusty pozostaje fotel dyrektora ds. Afryki w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego. Ponadto podjęta niedawno decyzja o umieszczeniu Czadu na liście państw, których obywatele nie mogą na razie uzyskiwać wiz amerykańskich, wywołało sporą konsternację, gdyż Czad posiada silną i sprawną armię, która angażowała się czynnie w walkę z terrorystami spod znaku Boko Haram. Wprawdzie wykonanie prezydenckiego dekretu zostało na razie zawieszone przez sędziego federalnego, ale decyzja Trumpa z pewnością spowodowała szkody w relacjach z państwem, które jest Ameryce potrzebne w walce z terroryzmem.

Ogólniejszy problem polega na tym, że Biały Dom zdaje się nie doceniać znaczenia państw zachodniej Afryki w kontekście zmagań z terroryzmem i muzułmańskimi radykałami i nie prowadzi na razie żadnej wyraźnie zdefiniowanej polityki w tej części świata. Tragiczna w skutkach zasadzka w Nigrze spowodowała, że tematem tym zaczęli interesować się liczni politycy. Szef opozycji w Senacie, Chuck Schummer, stwierdził, że zamierza wyjaśnić nie tylko okoliczności śmierci czterech żołnierzy, ale domagać się wyjaśnienia przez Biały Dom tego, na jakiej podstawie w Nigrze znalazło się tak wielu żołnierzy amerykańskich bez wiedzy Kongresu.

Porównywanie ataku w Nigrze do wydarzeń w Benghazi nie wróży niczego dobrego. Śledztwo w przypadku Libii zabrało prawie trzy lata, kosztowało podatników 8 milionów dolarów i nie przyniosło żadnych istotnych rezultatów. Całkiem prawdopodobne jest to, że wynik nowego śledztwa będzie taki sam, ponieważ sprawy tego rodzaju zwykle grzęzną w politycznych przepychankach, z których nic nie wynika.

Krzysztof M. Kucharski