Szukaj
Polub nas!

zimna wojna Maxim Shipenkov(fot. Maxim Shipenkov/EPA)Powtórka z zimnej wojny

Tak zwana zimna wojna zakończyła się teoretycznie wraz z rozpadem komunistycznego bloku wschodniego. Jednak od kilku dobrych lat „wraca stare”, tyle że w mocno zmienionej formie. Zamiast wielkich konfrontacji i natrętnej propagandy, mamy dziś do czynienia ze znacznie bardziej zlokalizowanymi spięciami, głównie z udziałem USA, Chin i Rosji. Być może najbardziej oczywistym tego symptomem są coraz częstsze potencjalnie groźne konflikty powietrzne, głównie w południowo-wschodniej Azji oraz nad Bałtykiem...

Jeśli chodzi o Azję, od pewnego czasu w bezpośredniej bliskości Półwyspu Koreańskiego znajdują się trzy amerykańskie lotniskowce, co wiąże się oczywiście z narastającym konfliktem z Koreą Północną. Jeden z tych lotniskowców, USS Ronald Reagan, przed kilkunastoma dniami wysłał w powietrze myśliwce F-18, które poleciały w kierunku dwóch rosyjskich bombowców TU-95, znajdujących się w odległości 80 mil od amerykańskich jednostek. Maszyny z Rosji zbliżały się do okrętów z USA, ale z pewnością w żaden sposób im bezpośrednio nie zagrażały ani też nie miały planów bombardowania czegokolwiek. Amerykańscy piloci zbliżyli się do rosyjskich samolotów i dali do zrozumienia swoim rosyjskim kolegom po fachu, że ich dalsza obecność w tej okolicy nie była pożądana.

Jak twierdzi Pentagon, wszystko to odbyło się w otwartej, międzynarodowej przestrzeni powietrznej i obie strony zachowały się „zgonie z wymogami sytuacji”. Niestety nie zawsze takie podniebne spotkania odbywają się według tych samych standardów. Szczególnie w przypadku Rosji niektóre lotnicze eskapady mają zdecydowanie prowokacyjny charakter i bywają niebezpieczne. Rosyjskie myśliwce i bombowce w ostatnich miesiącach latały bardzo często w okolicach Półwyspu Koreańskiego, co nie ma żadnego bezpośredniego celu militarnego. Jest to raczej demonstracja siły, która ma pokazać, iż Kreml żywotnie interesuje się tą częścią świata i nie zamierza rezygnować z obecności militarnej w pobliżu Korei Północnej.

Z drugiej strony Chińczycy, których raczej nie interesuje europejska przestrzeń powietrzna, bronią domniemanego i przez nikogo nieuznawanego prawa do kontrolowania znacznych połaci wykraczających poza chińskie wody terytorialne. Trzy amerykańskie lotniskowce, wspomniany już USS Ronald Reagan oraz USS Nimitz i USS Theodore Roosevelt, nie tylko zwiastują możliwość zdecydowanej akcji przeciw Korei Północnej, ale stanowią symboliczną barierę przed chińskimi zakusami. Należy zatem spodziewać się, iż w tej części Azji do bezpośrednich „spotkań” rosyjskich, chińskich i amerykańskich samolotów będzie dochodzić coraz częściej.

O ile azjatyckie konfrontacje powietrzne na razie są w zasadzie niezbyt groźne, w przypadku Bałtyku oraz niektórych części Morza Północnego sytuacja wygląda zupełnie inaczej. W tej części świata Rosjanie zdają się „rozpychać” w sposób znacznie bardziej zdecydowany i potencjalnie niebezpieczny. W czerwcu tego roku rosyjski myśliwiec znalazł się nad Bałtykiem w bezpośredniej bliskości amerykańskiego bombowca. To podniebne spotkanie zakończyło się polubownie, tzn. obie maszyny wzajemnie się pozdrowiły i odleciały w swoje strony. Tego samego nie można jednak niestety powiedzieć o innym incydencie, który miał miejsce również w czerwcu. W tym przypadku rosyjski myśliwiec SU-27 zbliżył się do amerykańskiej maszyny zwiadowczej RC-135 na odległość zaledwie 5 stóp, co zostało uznane nie tylko za niebezpieczne, ale prowokacyjne, tym bardziej że rosyjski pilot zdawał się lecieć dość chaotycznie i mógł w każdej chwili doprowadzić do kolizji obu samolotów. Gdy Amerykanie zaprotestowali, strona rosyjska odparła, iż wszystko odbyło się zgodnie z przepisami, a samolot z USA znalazł się zbyt blisko regionu kaliningradzkiego.

Coraz częściej dochodzi nad Bałtykiem do podobnych konfrontacji. Tylko w czerwcu tego roku spięć tego rodzaju było 30, choć czasami nie są to incydenty powietrzne. Okręty U.S. Navy na bałtyckich wodach często stają oko w oko z rosyjskimi jednostkami, na szczęście na razie tylko w sensie wzajemnego straszenia się. Z kolei piloci brytyjskiego RAF-u niemal codziennie pilnie śledzą rosyjskie maszyny, które przelatują bardzo blisko Wysp Brytyjskich, w zasadzie bez żadnego celu. Zwykle wycofują się natychmiast w obliczu konfrontacji z Brytyjczykami, a zatem są to raczej działania obliczone na drażnienie potencjalnego przeciwnika.

Rosjanie ścierają się też z maszynami U.S. Air Force wzdłuż wybrzeży Alaski. Latem tego roku amerykańskie dowództwo wysyłało kilkakrotnie samoloty F-22 Raptor, których zadaniem było przechwycenie samolotów rosyjskich i „skłonienie” ich do odwrotu. Jak podkreślają wszystkie zaangażowane w te dziwne manewry strony, zdarzenia tego rodzaju są dość rutynowe i nie powinny u nikogo wywoływać większego zaniepokojenia. Bądź co bądź dochodzi do nich poza terytorium jakiegokolwiek kraju, a lotnictwo wojskowe dowolnego państwa ma prawo latać gdziekolwiek, o ile tylko nie wchodzi w rachubę naruszenie czyjejś integralności terytorialnej.

 Jednak ostatnie lata przyniosły dwie zasadnicze zmiany. Po pierwsze, podniebne konfrontacje są coraz częstsze, a bierze w nich udział coraz więcej samolotów. Po drugie, ich charakter staje się coraz bardziej agresywny, a przez to potencjalnie niebezpieczny. Wystarczy, by któremuś z pilotów puściły nerwy, co jest zawsze możliwe, i międzynarodowy konflikt gotowy. Skala napięcia zarówno w Europie Wschodniej, jak i w południowo-zachodniej Azji jest dziś na tyle duża, że niemal wszystko jest możliwe, i to w każdej chwili. Ta nowa zimna wojna niezbyt przypomina swoją poprzedniczkę, ale zdaniem wielu specjalistów jest potencjalnie tak samo groźna.

Andrzej Malak