Szukaj
Polub nas!
1 1 1 1 1 1 1 1 1 1 Rating 5.00 (1 Vote)

Czarodziej Ringu

Feliks Stamm ewidentnie montuje ekipę w niebie. Zbiera najlepszych chłopaków: dwa lata temu Kazimierz Paździor, rok temu Tadeusz Walasek, ostatnio Jerzy Kulej, a teraz Leszek. Gromadzi swoich ulubieńców. Szkoda, że Papa tak się spieszy – powiedział Jerzy Rybicki, mistrz olimpijski z Montrealu w 1976 r., a obecnie prezes Polskiego Związku Bokserskiego.

W nocy z 6 na 7 września zmarł uznawany przez ekspertów za legendę polskiego boksu i jednego z najlepszych na świecie zawodników wagi lekkopółśredniej i półśredniej w latach 50. i na początku lat 60., Leszek Drogosz. Przegrał z chorobą nowotworową...

Urodzony talent

Przyszły mistrz urodził się 6 stycznia 1933 r. w Kielcach. Pierwszy raz na trening bokserów w lokalnym klubie Ludwików poszedł, gdy miał 13 lat. Na nogi założył gumowe śniegowce, bo nie miał obuwia sportowego. We wspomnieniach po latach napisał, że trener Jan Szczygłowski nie zapytał go ani o umiejętności sportowe, ani o motywację, ale czy zna tabliczkę mnożenia. Odpowiedział, że tak, ale gdy ten zadał mu konkretne pytanie z rachunków, ze strachu błędnie odpowiedział. Wtedy szkoleniowiec kazał mu przyjść ponownie za parę lat, gdy tabliczki mnożenia się nauczy. Drogosz zjawił się kilka dni później i bezbłędnie odpowiedział na wszystkie pytania Szczygłowskiego. W rezultacie został przyjęty do sekcji.

Dwa lata później trener wystawił go do walki pokazowej (takowe odbywały się przed meczami bokserskimi seniorów). Wspominał, że gdy założył kupione mu przez rodziców nowe spodenki, tenisówki i koszulkę, do której przyszył emblemat klubu, przeszedł go prawdziwy dreszcz emocji. Walkę wygrał zdecydowanie, mimo iż miał starszego i bardziej doświadczonego rywala. Od tego momentu występował w pokazówkach coraz częściej. By móc stanąć do swojego pierwszego oficjalnego pojedynku, użył fortelu. Problem polegał na tym, że za mało ważył i by uzyskać wymagany limit, do stóp przymocował płytki, jakie uzyskał z przetopienia ołowianych żołnierzyków. Wtedy zawodników ważono w obuwiu. Na czas walki, oczywiście, wkładki usunął. Wygrał zdecydowanie na punkty i usłyszał od trenera pochwałę „Brawo, Leszek!”. To wtedy, jak wspominał po latach, poznał prawdziwy smak zwycięstwa.

W 1950 r. zdobył mistrzostwo Polski juniorów. Dwa lata później zadebiutował w barwach narodowych podczas międzypaństwowego meczu w Budapeszcie pomiędzy reprezentacją Polski a Węgrami. Za ciekawostkę należy uznać to, że w nagrodę za dobrą postawę otrzymał dzieła Włodzimierza Lenina i Karola Marksa. W 1953 r. wywalczył złoty medal mistrzostw Europy seniorów w wadze lekkopółśredniej, pokonując w finale reprezentanta Irlandii Terenca Milligana.

Był wtedy dla mnie większym bohaterem niż bohaterowie Trylogii – wspomina Daniel Olbrychski, który relacji z walki słuchał w radiu jeszcze jako dziecko.

Wkrótce stał się jednym z najwybitniejszych przedstawicieli polskiej szkoły boksu Feliksa Stamma. Co prawda nie dysponował nokautującym ciosem, ale ośmieszał największych. Miał wrodzoną niesamowitą sprawność i szybkość, co w połączeniu ze świetną pracą nóg, wyczuciem dystansu, znakomitą rotacją ciała i niesamowitym refleksem, dzięki któremu nikt nie mógł go trafić, dawało piorunującą mieszankę. Według ekspertów, był najlepiej wyszkolonym technicznie polskim pięściarzem tamtych czasów. Z tego powodu nazywano go „Czarodziejem Ringu”.

Był trzy razy mistrzem Europy (1953, 1955, 1959), trzykrotnym olimpijczykiem (1952, 1956, 1960) – na igrzyskach w Rzymie zdobył brązowy medal, co jednak, jak twierdzą znawcy przedmiotu, nie oddaje jego klasy – osiem razy stawał na najwyższym stopniu podium mistrzostw Polski. W sumie stoczył w 377 walk, z czego wygrał 364.

W uznaniu zasług cztery razy był wybierany do pierwszej „10” plebiscytu Przeglądu Sportowego na najlepszych sportowców Polski. Został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi, Krzyżem Kawalerskim i Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Trener, aktor i działacz

Zawsze chciał udowodnić, że jest nie tylko bokserem. Kosztem występów, które z pewnością zaowocowałyby kilkoma dodatkowymi medalami, skończył studia (AWF Kraków) i jeszcze jako zawodnik rozpoczął karierę trenerską, najpierw w Błękitnych Kielce, a potem w Igloopolu Dębica. Zdaniem podopiecznych, był bardzo dobrym, ale bardzo wymagającym szkoleniowcem. Uczył nie tylko tajników boksu, ale i życia. Wychował m.in. wicemistrza Europy i dwukrotnego olimpijczyka Witolda Stachurskiego.

Miał na koncie i poważny epizod aktorski. Zadebiutował w 1966 r. w Bokserze Juliusza Dziedziny, w którym wcielił się w postać pięściarza Jacka Walczaka. W sumie wystąpił w 15 filmach, w tym dwóch Andrzeja Wajdy: Polowanie na muchy i Krajobraz po bitwie.

Był doskonałym aktorem. Bardzo wielu reżyserów chciało z nim pracować – mówi Olbrychski, który prywatnie z Drogoszem się przyjaźnił. Pięściarz był świadkiem na pierwszym ślubie aktora, z Moniką Dzienisiewicz w 1967 r.

Na aktorstwie się nie skończyło. Mistrz dużo czasu poświęcał też działalności społecznej. Był członkiem zarządów PKOl, Fundacji Gloria Victis, działaczem Towarzystwa Olimpijczyków Polskich, Okręgowego Związku Bokserskiego w Kielcach, radnym kieleckiej rady miasta. Napisał też książkę Czarodziej ringu wspomnienia.

Ostatnie miesiące

Zdaniem znajomych, Drogosz nigdy nie gwiazdorzył. Do końca życia pozostał niezwykle skromnym i ciepłym człowiekiem. Nie stwarzał dystansu – każdy mógł do niego podejść i porozmawiać. A warto było, ponieważ dysponował ogromną wiedzą o boksie.

Z Leszkiem i jego żoną byliśmy na benefisie Daniela Olbrychskiego. Chorował już wtedy. Kiedy z sali wyniesiono Leszka Kuleja, gorzko żartował, że on będzie następny. Niestety, tak się stało – wspomina Rybicki.

Mimo choroby pozostawał aktywny, starając się być wszędzie, gdzie działo się coś związanego ze sportem. Nawet swoje ostatnie wakacje spedził w Cetniewie, gdzie przed laty szlifował bokserską formę pod okiem Papy Stamma. Kilka tygodni temu wziął udział w otwarciu wystawy poświęconej historii sportu w Archiwum Państwowym. Sprawiał wrażenie osoby będącej w dobrej formie. Zaczął swoje wystąpienie od tego, że jakby miał więcej czasu, mógłby mówić wiele godzin. Mówił godzinę.

Zmarł o 1.30 w nocy z 6 na 7 września w swoim domu w Kielcach, otoczony przez najbliższych. Został, zgodnie ze swoją wolą, skremowany i pochowany na Cmentarzu Nowym w Kielcach w grobie swojej matki.

Dorota Feluś

Fot.: PAP/EPA