Szukaj
Polub nas!
1 1 1 1 1 1 1 1 1 1 Rating 4.99 (787 Votes)

Chciałbym dotrzymać słowa

Podczas 50 lat żeglowania przemierzył 163 tysiące mil morskich i 14-krotnie, na jachtach żaglowych, pokonał Atlantyk. 11-krotnie uczestniczył w największych regatach śródlądowych świata Chicago-Mackinac Race. Założył Karaibską Republikę Żeglarską, której jest dożywotnim prezydentem. Pisał reportaże, wydawał albumy, kręcił filmy o tematyce żeglarskiej. Jednak z największą dumą kapitan Andrzej Piotrowski promował zawsze biało-czerwoną banderę i dobre imię polskiego żeglarstwa...

To się zdarzyło na środku Atlantyku. Z mocno zieloną załogą z Polski płynąłem katamaranem „Atlantic Adventure” z St. Martin na Azory i podczas tego rejsu dwukrotnie traciłem przytomność na pokładzie. Początkowo podłe samopoczucie tłumaczyłem sobie jako objawy zatrucia. Po głowie snuły mi się nawet niejasne podejrzenia co do załogi, bo jako skiper wprowadziłem dość ostrą dyscyplinę, do której oni z trudem się dostosowywali. Tymczasem na wszelki wypadek narzuciłem sobie ścisłą dietę – woda i suchary – i tak dopłynęliśmy do Azorów. Załoga się wyokrętowała, a ja czułem się coraz gorzej i ostatecznie trafiłem do szpitala na wyspie Terceira. Mam tam wielu przyjaciół – wszyscy mnie znają jako żeglarza i jedynego Polaka na wyspie – jednak taka sympatia też ma swoje granice: o darmowym leczeniu nie było mowy i na dokładniejsze badania mogłem sobie pozwolić dopiero po dwóch miesiącach, już w Polsce.

Lekarz zasugerował, żebym usiadł przed wysłuchaniem diagnozy, co już samo w sobie dało mi wiele do myślenia. To był rak! Koniecznie chciałem jeszcze wrócić na Azory, mając w pamięci, że tam czeka już nowa załoga oraz jacht, który, jako że pływa pod banderą amerykańską, może być wyprowadzony z mariny tylko przez obywatela amerykańskiego – tak mówią przepisy. Lekarz zgodził się, że kilka dodatkowych tygodni na morzu nie zrobi już wielkiej różnicy, więc wkrótce poprzez Pragę i Lizbonę doleciałem ponownie na Azory. Pierwszej nocy po przylocie wypłynęliśmy katamaranem na Maderę, gdzie „Adventure” przejął nowy skiper, a skąd ja, poprzez Irlandię, odleciałem do Chicago.

Na morzu było to jeszcze zbyt świeże. Dopiero tu, kiedy 7 grudnia 2009 roku leżałem w chicagowskim Cook County Hospital i czekałem na operację oddając się w ręce stuprocentowo żeńskiego zespołu medycznego, mogłem dokładniej rozważyć moją sytuację. Amerykańscy lekarze przeprowadzili swoje własne badania i ostrzegali, że operacja może się udać albo nie. Dostałem znieczulenie i czekałem, kiedy zacznie działać, a przez głowę przelatywało bardzo wiele myśli. Napływały bardzo szybko, jedna po drugiej...

Pierwsza myśl była taka: zasypiam, ale mogę się już nie obudzić! I zaraz po niej następna: a co będzie, jeśli operacja się wprawdzie uda, ale sytuacja wygląda jeszcze gorzej niż myśleli lekarze w Polsce? Wszystko, łącznie z żeglowaniem, może się skończyć ostatecznie. No właśnie, żeglowanie, dziesiątki lat wielkiej pasji i przygody, która zaczęła się w 1962 roku w koszalińskim klubie „Tramp” i na jeziorze Jamno. Potem był Bałtyk, Atlantyk, Karaiby...

Obudziłem się obolały, w ciasnym, jednoosobowym pokoju. I niemal natychmiast zaczęły się rozmyślania: co dalej? A więc pływanie gdziekolwiek, już nie tylko po Atlantyku, na pewno się skończy. A ja byłem człowiekiem Atlantyku. Wyszedłem z tego środowiska, które żeglowało głównie po jeziorze Michigan, pływałem chętnie po Karaibach, ale największe wyzwanie stanowił dla mnie Atlantyk. A więc z Atlantykiem trzeba będzie pożegnać się już na zawsze...

Czy będą przerzuty?...

Karmazynowy pirat

Tak naprawdę zaczęło się od wizyt w bibliotece. Koszalin, choć tu miały swą siedzibę władze wojewódzkie, był w latach 60. raczej zapyziałą mieściną. Gdzieś w Warszawie czy Krakowie możliwości dla młodego chłopaka było zapewne nierównie więcej, ale tutaj każdy musiał dobrze się rozglądać, żeby znaleźć jakieś swoje miejsce. Ja odwiedzałem dwa razy dziennie miejską bibliotekę. Miałem już za sobą Winnetou, Ostatniego Mohikanina i Skarb w srebrnym jeziorze, kiedy natrafiłem na prawdziwy skarb – miniatury morskie oraz całą serię książek pt. Sławni żeglarze... To był właściwie cud na polskim rynku wydawniczym – zastanawialiśmy się nawet z kolegami, czy to nie pomyłka. Jak to, w tamtych warunkach powinniśmy chyba czytać w kółko o bitwie pod Stalingradem, tymczasem polskie wydawnictwa drukują pozycje dotyczące kampanii morskich na Zachodzie oraz biografie wybitnych światowych żeglarzy?

Pochłaniałem te książki, których autorami byli głównie zachodni żeglarze, i czytałem o ich przygodach na własnych jachtach, którymi wypływali w dalekie wyprawy. I nikt im nie mówił, gdzie mają popłynąć, a oni żeglowali np. na Karaiby na wyspę Martynikę, bo tam wyznaczyli sobie spotkanie w żeglarskim gronie. A dla mnie Karaiby były dotychczas tylko krainą z odległych marzeń, kojarzyły się z Karmazynowym piratem, lazurowym morzem, galeonami przewożącymi złoto i oczywiście szlachetnymi piratami... Zastanawiałem się, czy to w ogóle możliwe, żeby kiedykolwiek znaleźć się w takiej pozycji: na własnym jachcie i według własnego uznania ruszyć w rejs ku rajskim wyspom i lazurowym morzom?

Pamiętam, że w trakcie którejś z tych lektur uderzyła mnie szczególnie pewna okoliczność: oto jeden z żeglarzy zakotwiczył na karaibskiej wysepce, w lokalnej tawernie zamówił filiżankę kawy i racząc się tym napojem, pisał artykuły o swoich egzotycznych wyprawach. I nikt mu nie mówił, jak i o czym ma pisać...

Oprócz miejskiej biblioteki kryjącej takie skarby, był w Koszalinie klub morski „Tramp”. Wizyta w nim była nieuchronną konsekwencją tamtych lektur. Tu zaczynałem żeglować i tu kształtowały się wieloletnie przyjaźnie, a marzenia nabierały wiatru w żagle. Klub „Tramp” był także swoistą enklawą, gdzie można było bez obawy wygłaszać opinie bardzo odmienne od oficjalnie wówczas obowiązujących. Odwiedzali nas koledzy z zagranicy, którzy dobrze się z nami czuli, a część naszych chłopaków pływała na zachodnich statkach, gdzie przez jeden dzień zarabiali więcej niż my nad Jamnem przez cały miesiąc. Przywozili nie tylko pieniądze, ale inny obraz świata. Nie mieliśmy może koncertów, teatrów i wszystkiego tego, co oferowała kulturalna Warszawa, ale Zachód wydawał się stąd bliższy. I to budowało coraz silniejszą tęsknotę, żeby marzenia przełożyć na świat rzeczywisty...

Strach na Atlantyku

Fakt, że żyję, zawdzięczam może głównie temu, iż ciągle się na tym Atlantyku bałem. Do tej pory noszę w sobie to uczucie: kiedy wiatr zaczyna rosnąć, przypomina mi się najcięższy sztorm, który przeżyłem w 1991 roku, płynąc do Polski, a którego wspomnienie miało mnie prześladować jeszcze przez wiele lat. Do dziś, kiedy jestem na morzu, a w olinowaniu zaczyna gwizdać, i w pewnym momencie gwizd osiąga częstotliwość, którą pamiętam z tamtego sztormu – zaczynam odczuwać ten szczególny niepokój. Jakby to było zakodowane gdzieś głęboko w moim jestestwie: ten gwizd oznacza kłopot...

Płynęliśmy wtedy jachtem „Solidarity”, który był budowany głównie z myślą o krótkich rejsach lokalnych po Bałtyku i Morzu Północnym. A podczas tamtej trasy przez Atlantyk przez półtorej doby był wystawiony na dwunastometrową falę i wiatr dochodzący w porywach do prędkości 70 węzłów. Zdawało sie, że ryk morza, łoskot fal rozbijających się o dziób i przewalających przez pokład zagłusza wszystko. Ale to ten gwizd wciskał się w uszy najbardziej natrętnie...

Przez pierwsze pół doby wiatr stale rósł. Zanim doszedł do swojej maksymalnej potęgi, zdjęliśmy i schowali wszystkie żagle, od tej pory płynąc już wyłącznie na gołym maszcie. A kiedy na pokładzie nie ma żadnego żagla, pozostaje już tylko trzymać kurs i modlić się o to, żeby nie stało się nic jeszcze bardziej dramatycznego. Podczas tych zmagań z potęgą natury moją jedyną rolą, podobnie jak kolegów na pokładzie, było sterowanie. W taki sposób, żeby jacht się nie przewrócił, a jeśli już, to żeby położył się na burtę, a nie przewrócił przez dziób. No i pozostawała wiara w jacht: że wytrzyma, a jeśli się przewróci – co też dwa razy się stało – za chwilę się podniesie. Że ster się nie urwie, bo wtedy zrobiłoby się już całkiem źle...

Nas było czterech na jachcie, co oznacza, że kiedy dwóch pełniło wachtę, pozostała dwójka mogła odpoczywać. Przynajmniej teoretycznie. O spaniu i tak mowy być nie mogło. I nie tylko dlatego, że jachtem rzucało na wszystkie strony i człowiek latałby z kąta w kąt. Jest jeszcze obawa, jak spisują się ludzie na górze. I ta uporczywa myśl: co mnie podkusiło, żeby się tu zjawić? Co mnie podkusiło?! Tyle innych łódek pływa po oceanie – dlaczego akurat mnie to spotkało? Dlaczego ja?!

A przecież wiedziałem, że idzie ten sztorm. Z przepływającego statku uprzedzono mnie, że buduje się front, który przesuwa się na wschód. Zmieniłem kierunek i popłynąłem bardziej na południe, ale sztorm również zmienił swoją trasę i poszedł za mną. Wpłynęliśmy w sam środek rozszalałego żywiołu. Stąd tak potężna fala i ryczący wiatr...

W tamtej chwili, z całej załogi to ja bałem się najbardziej. Oni patrzyli na mnie, pytali, jaka jest moja recepta – może wiem coś, o czym oni nie wiedzą, może nawet w najbardziej krytycznej sytuacji będę w stanie jeszcze coś wymyślić? A ja nie mam już nikogo, komu mógłbym się poskarżyć... Pukam z przyzwyczajenia w barometr – może idzie do góry? Mogę tylko rzucić coś pokrzepiającego. – Spokojnie, ten wiatr trochę słabnie, barometr idzie do góry, jeszcze kilka godzin i najgorsze będzie za nami – mówię, chociaż wiem, że to nieprawda.

Nikt nie jest wolny od strachu. Człowiek, który się nie boi wystawiony na ekscesy żywiołu, to jest wariat!

Teoretycznie, siedząc pod pokładem odbiera się to nieco łagodniej. Szalejącej i napierającej na jacht kipieli nie masz już stale przed oczami, odczuwasz tylko gwałtowne szarpanie i przechyły. I dopóki z góry ktoś nie krzyknie, że coś jest nie tak, możesz wierzyć, że będzie dobrze. Mimo to, wolę być na pokładzie. Inaczej bałbym się jeszcze bardziej...

Chociaż widok fal nadchodzących jedna za drugą, ścigających jacht i wdzierających się na pokład, może być podczas sztormu prawdziwie przytłaczający. Kiedyś zakazywano sternikom patrzenia do tyłu w takich okolicznościach. Żeby nie widzieli, jak te fale jadą, jak na nich pędzą. Dobrze wiem, że dopóki siedzę tu, u góry, będę cały czas narażony na ten ryk i na ten obraz ścinający krew w żyłach. Nawet boję się za siebie oglądać...

Ale wiem, w pełni zdaję sobie sprawę, że muszę przełamać to uczucie, muszę patrzeć. Dzięki temu będę „układał” jacht dokładnie do fali. Inaczej mógłbym zrobić jakiś błąd. Tylko jak długo wytrzymam? Jak długo będę w stanie reagować przytomnie, zanim zrobię coś głupiego? Ile czasu wytrzymam, zanim organizm odmówi posłuszeństwa?

Słyszałem wiele opowieści od żeglarzy zmagających się ze sztormem. Ktoś machnął na wszystko ręką: zszedł pod pokład i zdał się na łaskę żywiołu. I przetrwał. Nigdy w życiu nie mógłbym czegoś podobnego zrobić! Wolę być u góry i absolutnie od razu reagować. Ale nie ukryję faktu, że serce stało mi pod gardłem. To że żyję, zawdzięczam temu, że bałem się tak bardzo...

Kotwica

Uwielbiam moment, w którym mogę już rzucić kotwicę. I nie spieszę się wcale do zejścia na ląd. Oglądam ten ląd z pokładu jachtu, sączę małego drinka i napawam się, delektuję widokiem spokoju. Za kilka godzin, a może dopiero następnego dnia, zejdę z jachtu i będę się rozkoszował tym spokojem jeszcze raz. Tymczasem już teraz mam jego przedsmak. Bo już jest tak spokojnie. To jest moment totalnego spokoju: tu już nic mi się przecież nie może stać – a tam mogło...

Patrzę na ten ląd – jest taki piękny. Tam gdzieś w marinie jest pewnie teraz jakiś bal. Jutro tam pójdę, odwiedzę portowy klub i dołączę. Ale na razie patrzę. I wciąż na pokładzie odreagowuję to napięcie, całe to zagrożenie, które wisiało nade mną. To już mam, a tamto mi nie ucieknie...

Jeśli dzieje się to na wyspie Faial w porcie Horta, jutro zejdę do mariny i wstąpię do słynnej w żeglarskim światku Cafe Sport. A jeśli w środku będzie akurat właściciel, Jose Azevedo, to on bez żadnego pytania, żadnego gestu z mojej strony, powie: – Dla Andrzeja szklaneczka whisky! Nic mi się tu już nie może stać – a tam byłem ciągle w ogromnym napięciu. Pochylam się nad swoim drinkiem i czuję całkowity, wszechogarniający spokój. To poczucie absolutnego spokoju to najpiękniejsza rzecz w tego rodzaju wyprawach. Człowiek się rozkoszuje każdą chwilą, która nie jest zagrożeniem. Jest pięknie...

Toast dla Neptuna

Jest taki zwyczaj marynarski, żeby pierwszy toast wychylić za zdrowie Neptuna. To forma samouspokojenia, a nawet swoistego wazeliniarstwa: może władca mórz zechce mieć nas w lepszych względach, kiedy znów znajdziemy się na jego łasce? Bo kiedy płyniesz, zagrożenie jest nieustające. My jesteśmy dziećmi lądu, mamy nogi a nie płetwy, więc kiedy wypływamy na ocean, poruszamy się po obszarze, który jest nam w gruncie rzeczy nieznany i totalnie nieprzyjazny. To jest natura. W przypadku Atlantyku ten obszar jest bardzo duży, będziemy na nim przez kilka tygodni i mnóstwo rzeczy może się wydarzyć...

Wieloryb może uderzyć w jacht, bo mu się przyśni, że to narzeczona, która nie reaguje na jego zaloty. Może rozbije burtę i zatoniemy? Możemy wpaść na kontener, zderzyć się z innym jachtem, uderzyć w statek. Nawet dobijając do lądu, zwłaszcza w przypadku awarii, jacht może stracić sterowność i rozbić się rzucony na skały. Sztorm oznacza tylko zwielokrotnienie tych kłopotów. Wtedy dochodzi szalejący żywioł, z którym musimy się zmierzyć.

W skrajnych wypadkach pozostaje oczywiście tratwa ratunkowa. Ale jak do niej wejść, jeśli akurat fala przekracza dziesięć metrów? A jeżeli tratwa się otworzy i mamy się w niej schronić, to dobrze byłoby jeszcze coś ze sobą zabrać: bo jaka to różnica, czy zginiemy natychmiast razem z tonącym jachtem, czy kilka dni później na tratwie z braku wody? Przydałyby się też i rakietnice. Na taką ewentualność mam przygotowany specjalny pomarańczowy bagaż najpotrzebniejszych rzeczy. Można to rzucić na tratwę licząc, że ratujący życie ładunek doleci. Ale może utonie i wówczas... goodbye, Charlie!

Do tego dochodzi obawa o ludzi. Wyobraźnia podpowiada skiperowi cały czas, co mogłoby się wydarzyć. I zastanawiam się często, jak bym zareagował w skrajnej sytuacji? Bo gdyby ktoś wypadł za burtę w środku takiego sztormu, jaki przeżyłem kilka razy na Atlantyku, przy rozkołysie 12 metrów... Ja nie mam postawionych żagli i mógłbym tylko próbować wrócić już na silniku. Nie wyobrażam sobie drogi w przeciwnym kierunku pod załamującą się dwunastometrową falę. I czy w takich warunkach mogę ryzykować życiem pozostałych członków załogi? A jeśli nie znajdziemy rozbitka wśród kipieli? A jeśli szalejąca fala rzuci nim o jacht i zabije na miejscu?

Przy sprzyjających wiatrach i pogodzie, gdy jest bezpiecznie, nawet jeśli płynę z niedoświadczoną załogą możemy mieć na jachcie bardzo dużo swobody. Ale kiedy w powietrzu wiszą kłopoty, dyscyplina musi być absolutna. Stąd się biorą dyktatorskie zapędy kapitanów. U mnie nigdy nikt nie wypadł na jachcie – podczas trudnej pogody zabraniam po nim chodzić! I gdyby ktoś próbował złamać taki zakaz, gotów jestem użyć przemocy fizycznej, związać, zakuć w kajdany! Bo to jest człowiek niebezpieczny. On nas wszystkich naraża na to, że aby go ratować, będę musiał wystawić na hazard życie pozostałych ludzi...

Wyzwanie

Nie, nigdy nie traktowałem żeglarstwa w takich kategoriach – nie robię tego po to, żeby się sprawdzić. Pachniałoby mi to egoizmem, smarkaterią. Co tak naprawdę miałbym sobie udowodnić: że jestem silniejszy od sztormu? Powiedziałbym raczej, że mam taką wiedzę, takie doświadczenie, że wiem, jak unikać sztormów. A jeśli już znajdę się w środku groźnego żywiołu, potrafię z niego wyjść.

Ale skoro istnieje ta wieczna obawa, skoro niebezpieczeństwo jest tak realne – czy warto w ogóle wypływać na ocean? Po co ryzykować, skoro ma to prowadzić do skrajnego napięcia? Tak, ale wówczas nigdy byśmy niczego nie odkryli. Myślę, że ludźmi, dla których bardzo wiele znaczy pojęcie patriotyzmu, kierują zupełnie inne pobudki. I nie ma to nic wspólnego ze sprawdzaniem swoich możliwości.

Kraj o takiej historii jak Polska, ojczyzna 55 milionów ludzi – licząc razem z rozsianą po świecie Polonią – po prostu nie może pewnych rzeczy nie robić. Skoro nacje, z którymi chcielibyśmy być porównywani, podejmują to wyzwanie, skoro Hiszpanie, skoro Francuzi pływają przez Atlantyk – my również powinniśmy to robić. Inaczej nie będziemy w tej samej lidze, nie będziemy mieli szacunku, na który musimy sobie zasłużyć. A kogo obchodzi druga czy trzecia liga?! Zwłaszcza, jeżeli chcemy, żeby Polska była przykładem czy punktem odniesienia dla naszych sąsiadów. Czasem są to bardzo drobne kroczki, podejmowane przez pojedynczych ludzi, ale z sumy tych dokonań tworzy się coś większego. Coś, co ma wartość wykraczającą bardzo daleko poza indywidualne, egoistycznie pojmowane sprawdziany...

„Solidarity”

Żeglarz ma podobno w życiu dwa szczęścia – kiedy kupuje i kiedy sprzedaje swój jacht. Jedno i drugie dane mi było przeżyć, i to dwukrotnie. Kiedy sprzedałem swoje jachty, zrozumiałem, że od tej chwili nie jestem już w pełni twórcą swojej drogi żeglarskiej. Stałem się zawodowym skiperem, realizatorem cudzych projektów. A jednak kończyłem ten etap z satysfakcją i... niemałą ulgą. Czułem, że moje jachty spełniły już swoje zadanie, a jako skiper szukałem ciągle nowych wyzwań...

Pierwszy był „Solidarity” i to z nim związały mnie szczególne emocje. Na jego pokładzie pięciokrotnie pokonałem Atlantyk i przeżyłem dwa sztormy, które mogły skończyć się tragicznie. A przecież najsilniejszy ślad w pamięci pozostawiło pierwsze spotkanie, pierwsze wejście na mój jacht w 1986 roku w porcie Grossenbrode na Bałtyku – to była dla mnie prawdziwie historyczna chwila. Bo ten jacht był mój, co dawało wolność, ogromne poczucie wolności.

Wszystko, co się miało odbywać potem, działo się już na moim jachcie: płynąłem na swoim jachcie, spałem na swoim jachcie, walczyłem ze sztormem na swoim jachcie! Poczułem, że po niemal dziesięciu latach w Stanach mam coś, o czym całe życie marzyłem. I kiedy wszedłem na pokład, pomyślałem, że po latach żeglarskich perturbacji teraz wszystko zależy wyłącznie ode mnie i tylko ja decyduję, gdzie będzie mój następny port. Ochrzciliśmy ten jacht „Solidarity” – matką chrzestną była Bogusia Kosina – rozbijając kieliszek szampana o pokład i poczułem, że jestem gotów popłynąć ku nowym wyzwaniom.

Tylko, że nazwa „Solidarity” mobilizowała i zobowiązywała jednocześnie. Dlatego pierwszy rejs „Solidarity” to musiała być promocja Solidarności. Miało to szczególną wymowę w piątą rocznicę wprowadzenia stanu wojennego w Polsce, a przy tym w czasie, kiedy nad Wisłą trwała kolejna nagonka na wolne związki zawodowe i służba bezpieczeństwa intensywnie poszukiwała lidera związkowców, Zbigniewa Bujaka. Moja pierwsza trasa była bardzo podobna do tej, jaką przed wojną odbył legendarny kapitan Władysław Wagner, którego żeglarskie osiągnięcia były przez dziesięciolecia ignorowane przez PRL-owską propagandę.

Zatrzymywałem się w kilku miejscach, w których jacht z taką nazwą budził zrozumiałą sensację. Pamiętam, jak ostrożne były mijane po drodze polskie statki, które w rozmowach przez UKF-kę omijały nawet samo słowo „Solidarity”, a zwracając się do nas używały bezpieczniejszej formuły „jacht z Chicago”.

Już w Londynie poznałem patriotycznie nastawionych żeglarzy z tamtejszego polskiego jacht klubu, a następnym przystankiem był port Les Sables d’Olonne w Zatoce Biskajskiej, gdzie była okazja nawiązania kontaktu z polskimi opozycjonistami mającymi wówczas swoją główną bazę w Paryżu i Brukseli. W tamtych czasach jacht o nazwie „Solidarity” musiał budzić powszechne zainteresowanie. Udzielałem więc licznych wywiadów dla miejscowej prasy, strzelano zdjęcia i kręcono materiały filmowe z „Solidarity” w roli głównej, a ja miałem nawet kilka spotkań z dziennikarzami słynnego Radia Wolna Europa. Pamiętam, że właśnie dzięki jednej z moich pogadanek, emitowanej później na falach Wolnej Europy, moja Mama w Polsce dowiedziała się, gdzie jestem i co się ze mną dzieje.

Jednym z poznanych w Les Sables d’Olonne opozycjonistów był Mirek Chojecki, szef niezależnej oficyny wydawniczej, który zaproponował, żebym w dalszą drogę zabrał na pokład „Solidarity” książki oraz miniatury książek z niezależnego obiegu drukowanych przez jego oficynę oraz paryską Kulturę. Jego książki miałem następnie rozdawać wśród marynarzy na polskich statkach w kolejnych portach, do jakich miałem zawijać w drodze na Karaiby. Tych książek dostarczył mi około tysiąca i mimo niewielkiego formatu zajęły tyle miejsca, iż w dalszej trasie nie mogłem już spać we własnej koi.

Teraz miałem więc nowe obowiązki. Moja pierwsza podróż, której hasłem miała być pełna wolność wyboru marszruty, nabrała nieco innego charakteru. Wchodziłem głównie do portów, w których spodziewałem się trafić na polskie statki. Odwiedzałem ich załogi lub zapraszałem marynarzy do siebie, na pokład „Solidarity”, i rozdawałem opozycyjne materiały, które zresztą rozchodziły się w ten sposób bardzo szybko. Do tego stopnia, że zanim dopłynąłem na Karaiby, zostało mi już tylko kilka miniatur, które w charakterze ciekawostki przywiozłem ostatecznie do Stanów Zjednoczonych.

Jacht „Solidarity”, kiedy przypłynąłem nim w 1987 roku do Chicago, stał się ewenementem także w środowisku polonijnym. Płynął jako herold Solidarności i jako taki znalazł się również na okładkach szeregu magazynów amerykańskich. Doskonale nadawał się więc do roli jednostki, której udział w prestiżowych amerykańskich regatach mógłby zaakcentować obecność żeglarstwa polonijnego w Stanach Zjednoczonych.

Na słynnym rozgrywanym na Wielkich Jeziorach Chicago-Mackinac Race zależało mi szczególnie. To przecież największe (w ub. roku na trasie liczącej 300 mil rywalizowało blisko 350 jachtów), najstarsze (debiut w 1898 r.) i najbardziej prestiżowe śródlądowe regaty świata. Marzenia o wystawieniu w tym wyścigu jachtu, który reprezentowałby polonijne żeglarstwo, były pielęgnowane od lat. Zwłaszcza w środowisku chicagowskiego Joseph Conrad Yacht Club, który reaktywowaliśmy w 1987 r. i którego wówczas zostałem komandorem na dwie kolejne kadencje. Wcześniej mieliśmy już na trasie Chicago-Mackinac jachty z polskimi skiperami na pokładzie, ale to właśnie „Solidarity”, choć pływał wciąż pod amerykańską banderą, jako pierwszemu przypadł w udziale zaszczyt reprezentowania honoru polonijnego żeglarstwa w tak prestiżowym towarzystwie. „Solidarity” trafił w ten sposób na plakat z tych przełomowych dla nas regat w 1988 r., który przechowuję do dziś jako szczególną pamiątkę.

Warto też z dumą podkreślić, że tym startem „Solidarity” symbolicznie otworzył nowy rozdział, przecierając drogę innym polonijnym jednostkom. Od tego czasu jachty polonijne już rokrocznie biorą udział w Chicago-Mackinac Race, a w 2003 r. startujący w tym wyścigu polonijny jacht „Błyskawica” – płynąłem wówczas na jej pokładzie jako taktyk – zajął historyczne pierwsze miejsce w swojej klasie.

Konsekwencją a zarazem kulminacją tych bardzo specjalnych dla mnie wydarzeń był rok 1991 i I Zlot Żeglarzy Polonijnych (I World Polonia Sailing Jamboree-Poland ’91), w którego organizacji brałem aktywny udział. To właśnie „Solidarity” – płynącemu pod rozpiętym spinakerem z dumnie wyeksponowanym stylizowanym orłem w koronie – i mnie jako skiperowi przypadł honor wprowadzania pocztu jachtów polonijnych do portu jachtowego im. Generała Mariusza Zaruskiego w Gdyni...

Na tropie monarchy

Tę historię usłyszałem po raz pierwszy na portugalskiej Maderze. Był początek roku 2004, „Solidarity” stał w marinie Funchal przy kei czekając na nową załogę, z którą mieliśmy popłynąć w liczącą trzy tysiące mil bezpośrednią podróż na Karaiby, a ja zagłębiałem się coraz bardziej w wyczytaną tutaj opowieść o tajemniczym Henrique Allemao (Henryk Niemiec?), który miał w XV wieku mieszkać na Maderze, a którego miejscowi nazywali również Prince Polaco. Silnie zakorzeniona w lokalnej tradycji legenda głosi również, że na wyspie od stuleci znajduje się obraz przedstawiający polskiego króla Władysława III Warneńczyka wraz z żoną. Byłby to monarcha, który – jak uczą polskie podręczniki do historii – poległ w roku 1444 zabity przez triumfujących Turków w bitwie pod Warną, mimo że nikt nie wie, co w takim razie stało się z ciałem polskiego króla.

Legendarnego obrazu szukałem wówczas bezskutecznie, ale sama historia wydała mi się wręcz intrygująca. Wersja oficjalna, prezentowana przez polską historiografię, jest dosyć zagadkowa: dlaczego nie odnaleziono ciała monarchy, skoro w owych czasach powszechnym zwyczajem było wykupywanie znaczących jeńców, nie wspominając już o głowach koronowanych, którzy nawet martwi musieli być warci gigantycznego okupu?

Po powrocie do Chicago poświęciłem sprawie osobny artykuł w Dzienniku Związkowym i powziąłem mocne postanowienie, żeby kontynuować poszukiwania, kiedy moje żeglarskie szlaki ponownie zawiodą mnie na Maderę. Okazja przydarzyła się jeszcze w tym samym roku 2004, kiedy trafiłem na wyspę Faial, tym razem już na jachcie „Gemini”. To tu, w portugalskim porcie Horta, stanowiącym przystanek z Karaibów do portów europejskich, w należącej do rodziny Azevedo słynnej Cafe Sport spotyka się brać żeglarska z całego świata, a czas oczekiwania na podniesienie kotwicy przed rejsem ku portom Europy umilają opowieści o morzu i o życiu, krążące między toastami i szklaneczkami whisky. W Cafe Sport usłyszeć można również legendy, w których, jak uczy znane przysłowie, zawsze odnajdzie się ziarnko prawdy...

Nie było dziełem przypadku, że w Cafe Sport spotkałem Portugalczyka, który intensywnie poszukiwał polskiego skipera. Kiedy okazało się, że jest szefem miejscowej sekcji żeglarstwa regatowego, zaprosiłem go na pokład „Gemini”, gdzie już przy szklaneczce wina wyjawił, że choć nazywa się Carlos Borges, ma polskie korzenie i dlatego bardzo interesuje się historią Warneńczyka. Kiedy zapytałem, skąd ją zna, odparł, że jest to... historia jego rodziny. Następnego dnia przyniósł dokumenty z portugalskiej parafii, a wśród nich swoiste drzewo genealogiczne zapoczątkowane przez króla Władysława III, a kończące się... na nim, Carlosie Borgesie, w 32. gałęzi.

W roku 2005 sprzedałem „Solidarity”. Był jachtem turystyczno-regatowym i – mimo iż sprawdził się w najtrudniejszych chwilach i łączyły mnie z tą łódką niezliczone wspomnienia – zdawałem sobie sprawę, że jest konstrukcją nieco przestarzałą oraz bardzo już wysłużoną po latach pływania i remontów będących wynikiem dziesiątków morskich przygód. „Gemini”, do którego nie miałem już tak silnie emocjonalnego stosunku, był znacznie szybszy i nowocześniejszy, a pływanie na nim stwarzało nierównie lepsze szanse na żeglarskie sukcesy w czysto sportowym wymiarze.

To właśnie na „Gemini” – z Carlosem Borgesem, który okazał się znakomitym żeglarzem, jako taktykiem na pokładzie – zaczęliśmy startować w licznych regatach na Azorach, wygrywając tam niemal wszystko, co było w naszej klasie do wygrania. A skoro już miałem powód wypływania na Azory, mogłem kontynuować swoje poszukiwania śladami zaginionego Władysława Warneńczyka. Zwłaszcza że nasza przyjaźń z Carlosem się pogłębiała, a on sam dorzucał coraz więcej danych do tworzącej się historycznej układanki.

Carlos wskazał mi też wydaną w języku portugalskim książkę zatytułowaną Odyseja Władysława Warneńczyka, która okazała się tłumaczeniem z polskiego oryginału, a jej autorem był Leopold Kielanowski, mieszkający w Londynie były współpracownik Radia Wolna Europa. Kielanowski zaangażował się w poszukiwanie śladów Warneńczyka tak dalece, że w ostatniej fazie życia przeniósł się na Maderę, gdzie po pięciu latach zmarł.

W miarę dokonywania coraz to nowych odkryć, które wydają się mieć związek z dziejami zaginionego króla, historia robi się coraz bardziej intrygująca i jednocześnie zagmatwana, a na dodatek zahacza o... Krzysztofa Kolumba. W Chicago nawiązaliśmy kontakt z pisarzem Henrykiem Skwarczyńskim, który równie żywo interesuje się losami Warneńczyka i pozostaje w kontakcie z Manuelem Rosą, specjalistą badającym dzieje odkrywcy Ameryki. Rosa to Portugalczyk, który urodził się na Azorach, ale studia skończył już w USA, i w swoich badaniach dotyczących słynnego żeglarza natrafił na materiały, które mogą prowadzić do wniosków wręcz sensacyjnych.

Na podstawie analizy archiwów w Hiszpanii, Portugalii i na Dominikanie, a także śledząc losy arystokracji europejskiej, doszedł do przekonania, że Kolumb (który notabene nigdy nie pisał po włosku) nie mógł być Włochem, ani tym bardziej synem ubogiego tkacza z Genui. Musiał natomiast, zdaniem Rosy, mieć korzenie arystokratyczne, a jego historia zdaje się w specyficzny sposób krzyżować z dziejami Władysława Warneńczyka. Rosa uważa, że Kolumb urodził się na Maderze, a jego nazwisko Cristobal Colon jest przybrane. Kielanowski zaś dowodzi w swej książce, iż Warneńczyk miał córkę Barbarę oraz syna, który nazywał się Henryk Zygmunt. Potwierdza to również drzewo genealogiczne, którym dysponuje Carlos. Rosa uważa, iż istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że Cristobal Colon i Henryk Zygmunt to ta sama osoba. Co może nas prowadzić do fantastycznej zgoła teorii, że Krzysztof Kolumb mógł być... synem zaginionego polskiego monarchy.

Karaibska utopia

To był pomysł zupełnie utopijny, a narodził się jeszcze we wczesnych latach 70. w koszalińskim klubie żeglarskim „Tramp”. Jeśli któremuś z nas uda się kiedykolwiek dopłynąć na Karaiby, założymy tam jedyną na świecie republikę żeglarską. Do tych rajskich wysp otoczonych lazurowym morzem wydawało się z perspektywy zapyziałego Koszalina lat siedemdziesiątych dalej niż na Księżyc. I pewnie właśnie dlatego nadawały się idealnie na miejsce, gdzie powstać mogła żeglarską utopia: dalekie od szykan realnego socjalizmu, wolne, wirtualne państwo zbudowane z żeglarskich marzeń.

Ta idea, choć nieco abstrakcyjna, płynęła razem ze mną przez wiele lat. I nie potrafiłem o niej zapomnieć. A kiedy byłem już właścicielem swojego jachtu i mogłem decydować, z jakim wiatrem popłynie „Solidarity”, musiałem rozważyć ją jeszcze raz. Czy taka żeglarska utopia wciąż ma sens, kiedy żelazna kurtyna już upadła, granice straciły na znaczeniu, a możliwości ograniczone były tylko zasobnością portfela i lotnością wyobraźni?

Zastanawiałem się nad tym już na karaibskich wyspach, a one były właśnie takie, jak je sobie wówczas w klubie „Tramp” wyobrażaliśmy: egzotyczne, skąpane w słońcu i lazurowym morzu, z przyjaźnie do żeglarzy nastawionymi tubylcami. I tak pewnego dnia „Solidarity” dopłynął do wyspy Sandy Cay na Bahamach, gdzie 17 kwietnia 1995 r. marzenia przybrały realny kształt i w sześcioosobowym gronie podpisaliśmy deklarację założycielską Karaibskiej Republiki Żeglarskiej.

Czym miało się zajmować nasze wirtualne państwo? Początkowo stało się głównie swoistym forum wolnych myśli, wymiany poglądów, promocji żeglarstwa. Na pokład jachtów należących do republiki zapraszaliśmy ludzi z różnych środowisk – w tym znanych aktorów, podróżników i opozycjonistów – by wspólnie realizować żeglarskie fantazje, dyskutować o Polsce i promować polskie żagle. Na naszych rejsach i spotkaniach bywali m.in.: jeden z założycieli Republiki Bogusław Linda, Wojtek Malajkat, Marek Kondrat, Zbigniew Zamachowski, Filip Bajon, ale także Józef Szaniawski, autor książki o pułkowniku Ryszardzie Kuklińskim, skądinąd również zapalonym żeglarzu i jednym z moich idoli. Podczas naszych wypraw realizowaliśmy liczne filmy, wyróżniane na kolejnych festiwalach żeglarskich, na podstawie zdjęć realizowanych podczas rejsów wydawaliśmy stojące na wysokim poziomie edytorskim albumy promujące idee żeglarskie.

Dziś Republika Karaibska zbliża się powoli do dwudziestego jubileuszu i pozostaje aktywna, również za pośrednictwem szeregu witryn internetowych. We wszystkich jej poczynaniach nadrzędnym celem pozostawała dla mnie zawsze promocja biało-czerwonej bandery. Jednak największą dumę odczuwam, kiedy myślę, że udało nam się przypomnieć i uhonorować wielką a skazaną w PRL-u na zapomnienie postać kapitana Władysława Wagnera – pierwszego Polaka, który opłynął świat na pokładzie swoich jachtów „Zjawa”, „Zjawa II” i „Zjawa III”.

Skazany na zapomnienie

W swą niezwykłą odyseję wyruszył z Gdyni 8 lipca 1932 r. pokładzie „Zjawy”, nie anonsując początkowo, że jego celem jest opłynięcie kuli ziemskiej pod żaglami. Z jednym załogantem na pokładzie, poprzez Bałtyk i Atlantyk dotarł do Kanału Panamskiego, gdzie okazało się, że jego jacht, który przebudował dla potrzeb tego rejsu z niewielkiej duńskiej jednostki, nie był już w stanie sprostać dalszym morskim wyzwaniom.

Za pieniądze, które zarobił pisząc żeglarskie reportaże – zebrał je później w książce Podług słońca i gwiazd – a także dzięki wsparciu polskiego harcerstwa i znacznej w owych latach kwocie 600 dolarów uzyskanej od chicagowskiej Polonii, kupił kadłub następnego jachtu. Na pokładzie „Zjawy II” wypłynął w dalszy rejs poprzez Ekwador, by dotrzeć do wysp Fidżi, gdzie jego nowa jednostka została sprzedana po zniszczeniach dokonanych przez... morskie korniki.

Zaproszony przez polski konsulat w Australii dotarł na antypody, a tam wygłaszał szereg odczytów relacjonując swoje morskie przygody, bowiem o jego odysei zrobiło się tymczasem głośno. Pracował równocześnie jako szkutnik i studiował budowę statków. Miał niezwykłą energię i zdolność przyswajania wiedzy, więc kiedy zdołał już odłożyć odpowiednią sumę, wrócił na Ekwador, gdzie według własnego projektu zbudował swój kolejny jacht „Zjawę III”. Na jego pokładzie wypłynął z Ekwadoru z australijskim Polonusem i poprzez Polinezję Francuską wrócił do Australii, by zatrzymać się tu ponownie na kilka miesięcy, kontynuując naukę i udzielając kolejnych odczytów. Dalsza żegluga, z dwoma australijskimi skautami na pokładzie, wiodła przez holenderskie Indie Wschodnie, Morze Czerwone, Gibraltar i Atlantyk do Anglii.

Tam zastała go wieść o wybuchu II wojny światowej i nie mógł już wrócić do Polski. W ten sposób jego podróż dookoła świata nie doczekała się zakończenia w Gdyni. Został na Zachodzie. W czasie wojny pływał na polskich statkach w brytyjskich konwojach, najpierw jako marynarz, później już oficer. Namawiano go na powrót do kraju, ale cofnął się już w konsulacie PRL, gdzie podobno młody wówczas porucznik Kiszczak (późniejszy generał kojarzony ze stanem wojennym) zażądał od niego zwrotu paszportu II Rzeczypospolitej.

Skoro powrót do ojczyzny okazał się niemożliwy, sprzedał „Zjawę III”, kupił dużą łódź „Rubikon” i na jej okładzie, wraz ze swą angielską żoną Mabel oraz młodszym bratem Marianem, miał ponownie dotrzeć na antypody. Jednak w połowie rejsu, podczas przystanku na Karaibach okazało się, że Mabel jest w ciąży. Przypadek zrządził, że właśnie Karaiby miały stać się dla Wagnerów domem na całą dekadę. Osiedlili się w Trellis Bay na brytyjskich Wyspach Dziewiczych. Kapitan Wagner zbudował tam od podstaw centrum żeglarstwa, stocznię jachtową a nawet... pas startowy lotniska. Stał się pionierem biznesu czarterowego, który rozwinął się dziś niezwykle dynamicznie na Karaibach. Na jego jachtach kręcono filmy i pojawiali się celebryci najwyższej klasy, jak Claudia Cardinale czy Bob Hope. A gdy w latach sześćdziesiątych wraz z żoną przenieśli się do Portoryko, Wagner zbudował tam kolejną stocznię, która remontowała jachty, kutry rybackie, a nawet okręty U.S. Navy...

Niezwykłe dokonania kapitana Władysława Wagnera były przez całe dekady okryte ścisłą kurtyną milczenia w powojennej Polsce, bowiem władzom PRL nigdy nie udało się go namówić na jakikolwiek kompromis. Od lat bardzo leżało mi na sercu, żeby to milczenie przerwać. Już podczas pierwszego zlotu jachtów polonijnych w 1991 r. Gdyni – korzystając z faktu, iż jako laureat nagrody „Rejs roku” miałem prawo wygłoszenia krótkiej przemowy – zamiast o swoim rejsie, mówiłem o kapitanie skazanym na zapomnienie. Choć miałem świadomość, że na tej samej sali słuchali mnie również tacy, którzy kiedyś pisali na Wagnera paszkwile.

Sam Wagner był już wtedy bliski śmierci. – Zastanówmy się wspólnie, jak ułatwić mu drogę na wieczną wachtę – przekonywałem. I ten pomysł został wówczas podchwycony. Zanim odszedł, zdążyłem jeszcze odwiedzić kapitana i wręczyć mu pamiątkowy dzwon okrętowy z wygrawerowanym napisem: „Pierwszemu Polakowi, który opłynął świat – żeglarze polscy”.

Przez następne dwie dekady poświęciłem kapitanowi Wagnerowi liczne artykuły, toczyłem dziesiątki batalii z nieprzekonanymi, a dziś jestem w trakcie pisania książki o tym wielkim Polaku. Wielki dzień nadszedł 12 stycznia 2012 r., kiedy z inicjatywy Karaibskiej Republiki Żeglarskiej do zatoki Trellis Bay wpłynęło 50 jachtów i blisko pięciuset żeglarzy – głównie z USA i Kanady, ale był również żaglowiec „Fryderyk Chopin” jako przedstawiciel III Rzeczypospolitej – by oddać hołd kapitanowi i wmurować specjalną tablicę poświęconą jego pamięci. Sam Wagner nie doczekał już tej podniosłej chwili, ale łez wzruszenia nie kryła – obecna myślami z nami – wdowa po kapitanie, Mabel Wagner. A we wrześniu tego roku, w 20. rocznicę śmierci kapitana, na falochronie portu w Gdyni odsłonięta została kolejna tablica, otwierająca „Aleje sławnych żeglarzy polskich” i kapitan Wagner znalazł się jako pierwszy na tej honorowej liście...

Świadomość, że mogłem być inicjatorem tych wydarzeń, napawa mnie dziś znacznie większą dumą niż fakt, że 14-krotnie pokonałem Atlantyk. Po pięćdziesięciu latach żeglowania to jest dziś moje największe osiągnięcie.

Żeglarski skarb

Skiper na jachcie – nawet jeśli płynie z załogą – zawsze pozostaje na swój sposób samotny. Ale moim największym skarbem są ludzie. Bo mi w życiu pomogła cała masa ludzi. Bogusia Kosina, przyjaciele z klubu „Tramp” w Koszalinie i z chicagowskiego Joseph Conrad Yacht Club. I ci wszyscy, których spotykałem na swoich żeglarskich szlakach, którzy ścierali się ze mną, wymagali ode mnie i pozwolili mi zostać tym, kim dzisiaj jestem.

Pływając po morzach i zawijając do portów spotykasz na swojej drodze ludzi, od których zawsze możesz dowiedzieć się czegoś, o czym jeszcze nie wiedziałeś. Opowiesz im o tym wszystkim, czego doświadczyłeś po drodze, a oni opowiedzą ci o swoim życiu. O tych wszystkich sprawach, które są ich udziałem – i w ten sposób poznajesz inny świat. Twoja historia nie jest aż tak ważna, twoją historią się dzielisz. Dzięki nim wzbogacasz się o wiedzę dziesiątków, setek osób, które poznałeś. Ten element żeglarstwa jest dla mnie prawdziwie bezcenny.

I jeśli trafi się jacht, który będzie chciał nieść banderę Republiki Karaibskiej, chciałbym jeszcze na nim wypłynąć. Chciałbym jeszcze raz pokonać Atlantyk i dotrzeć na Azory – ja tym ludziom obiecałem, że jeszcze do nich przypłynę. I wypadałoby słowa dotrzymać...

Podał do druku: Alexander Bilik

Fot. Archiwum Andrzeja Piotrowskiego