Szukaj
Polub nas!

felieton fot Pixabay(fot. Pixabay)Wszystko na przecenie

W zasadzie od dawna wiedziałem, a przynajmniej przeczuwałem, że tak właśnie jest. Wchodzi się do jakiegoś sklepu, w którym wszędzie widnieją wielkie napisy informujące, iż właśnie odbywa się w nich „super wyprzedaż”, w ramach której ceny wybranych towarów są o ileś tam procent niższe niż zwykle. A największe zniżki mają zwyczajowo dotyczyć tzw. „clearances”, czyli wyprzedaży tych artykułów, których sklep chce się jak najszybciej pozbyć (choć nigdy nie bardzo wiadomo, dlaczego, co też jest dość podejrzane).

Problem w tym, że obniżka jakiejkolwiek ceny ma sens tylko wtedy, gdy znana jest cena poprzednia, czyli ustalona jako „normalna”. Jednak owa cena wyjściowa ustalana jest przez ten sam sklep i może być praktycznie dowolna. Innymi słowy, możliwa jest taka sytuacja, że w piątek cena jakiejś pary butów wynosi 35 dolarów, ale przed zapowiedzianą na sobotę „wielką wyprzedażą” cena ta jest chwilowo podnoszona do poziomu 45 dolarów, by zaraz potem obuwie można było oznaczyć nową naklejką, obwieszczającą „dramatyczną redukcję” do 34 dolarów. Klient zaoszczędza na tym jednego zielonego i udaje się do domu w błędnym poczuciu, że załapał się na wyjątkową okazję.

Nie sugeruję, że machlojki tego rodzaju odbywają się wszędzie i zawsze, ale ostatnio jeden wścibski klient udowodnił, że mają miejsce. Zarejestrowany w internetowym portalu nabywca, posługujący się pseudonimem SillyPickle, udał się niedawno do Walmartu w Riverdale w stanie New Jersey, gdzie zauważył coś dziwnego. Otóż na półkach oznaczonych jako „clearance” znalazł kilka artykułów, których domniemana atrakcyjna cena wyprzedaży była wyższa od tej, za jaką sprzedawano ten sam artykuł nieco wcześniej. Rzeczony SillyPickle znalazł latarkę oferowaną za $10.99, ale po odlepieniu z niej żółtej nalepki, pod spodem znalazł drugą, z ceną $5.99. Innymi słowy, latarka była dwa razy tańsza w normalnej sprzedaży niż w ramach domniemanej redukcji cen.

Facet zrobił w Walmarcie kilka zdjęć swojego odkrycia i umieścił je w Sieci, z komentarzem, z którego wynikało, iż przyłapał firmę na „spisku cenowym”. Jednak dzielni towarzysze z bastionu chińskiej tandety szybko dali odpór tym niecnym oskarżeniom. Przedstawiciel firmy oświadczył, iż w gruncie rzeczy nabywca wykrył jedynie „odizolowany przypadek pomyłki cenowej”, co jest stwierdzeniem dość kuriozalnym, gdyż nieprawidłowe nalepki znajdowały się na wszystkich latarkach, a nie tylko na jednej. No, ale niech im będzie. Może przeżywają jakieś okresowe trudności z klejem oraz analfabetyzmem załogi.

Walmart nie jest bynajmniej pierwszą firmą, w stosunku do której postawiono zarzuty o podejrzane manipulacje cenami. W roku 2014 były pracownik sieci sklepowej JC Penney ujawnił, że był świadkiem tego, jak w przeddzień „wielkich wyprzedaży” windowano w górę ceny wszystkich towarów, tak by ich sprowadzenie potem do pierwotnej ceny wyglądało jak ogromna oszczędność, a nie to samo zdzierstwo co zawsze.

Podał wiele przykładów, za co został ostro zjechany przez swojego byłego pracodawcę, uważającego wszystkie te oskarżenia na niecną próbę zniszczenia wizerunku firmy. Było to o tyle bez znaczenia, iż wizerunek ten uległ zniszczeniu znacznie wcześniej, przez kierownictwo, które nie miało pojęcia o tym, co robi.

Sprawą zainteresowali się wtedy dziennikarze w Cincinnati i przeprowadzili niezależne śledztwo, które wykazało liczne nieprawidłowości. Przykładowo, koszula męska, której cena została „zredukowana” z 20 dolarów do 13.99, wcześniej sprzedawana była za jedyną dychę. Klient płacił o cztery dolary więcej niż powinien, ale był przekonany, że sklep zrobił mu wielką łaskę i dał mu co nieco zaoszczędzić.

Z podobnymi oskarżeniami musiała sobie w roku 2012 radzić sieć Kohl’s, ponieważ udowodniono jej, że przed „wyprzedażami” podnosiła ceny niektórych towarów aż o 100 dolarów. Jednak dzielni handlowcy wyjaśnili, iż czasami zmuszeni są podnosić ceny w wyniku „trudności z zaopatrzeniem i przejściowych problemów rynkowych”. Bardziej prawdopodobne jest tłumaczenie, że czasami chciwość bierze górę nad rozsądkiem i nie da się jej w żaden sposób opanować. Niepokoi mnie też fakt zastosowania frazy o przejściowych problemach rynkowych, która przywołuje rzewne wspomnienia o staniu w PRL-u w kolejkach po niemal wszystko. Wtedy przynajmniej idea wyprzedaży była w zasadzie bez znaczenia, bo ludziska byli gotowi kupować absolutnie wszystko, za dowolną liczbę portretów Ludwika Waryńskiego.

Jednym z najgłupszych haseł stosowanych przez wiele sklepów w USA jest „the more you spend, the more you save”, czyli „im więcej wydajesz, tym więcej oszczędzasz”. Głupota tego sloganu jest dwuwarstwowa. Z czysto logicznego punktu widzenia, im więcej się wydaje, tym więcej się wydaje, czyli niczego się nie oszczędza, lecz się coraz więcej traci. W kategoriach czysto praktycznych hasło to winno raczej brzmieć „the more you spend, the more you are actually spending”, czyli „im więcej wydajesz, tym więcej tak naprawdę wydajesz”. Słuszność tego drugiego hasła wynika z faktu, że w gruncie rzeczy żaden klient dowolnego sklepu nie jest w stanie ustalić, jaka naprawdę powinna być czegoś cena. Istnieje wprawdzie pojęcie tzw. manufacturer’s suggested retail price (sugerowana przez wytwórcę cena detaliczna), ale zwykle odnosi się ona do takich rzeczy jak samochody, pralki, lodówki, itd. Reszta nabywców detalicznych skazana jest na wielkie, choć zwykle totalnie pozorne wyprzedaże.

Andrzej Heyduk