Szukaj
Polub nas!
1 1 1 1 1 1 1 1 1 1 Rating 5.00 (2 Votes)

Czerwone jak krew

(fot. Wikimedia Commons)Ich barwę kojarzono z czymś dla człowieka najbardziej cennym – z krwią. Dlatego mieszkańcy Dalekiego Wschodu uważali je za symbol życia, a za korundy, granaty, turmaliny, karneole kupcy zawsze żądali wysokich cen. Nazwa „korund” wywodzi swoje pochodzenie z sanskrytu, a „rubin”, pod którą ten kamień jest najbardziej znany –­ z łaciny (rubens, czyli czerwony). Rzymianie nazywali go karbunkułem, a Grecy antraksem. Musimy pamiętać, że w tamtych czasach wszystkie kamienie szlachetne i półszlachetne o czerwonej barwie, bez względu na odcień, nazywano rubinami...

Wydobywa się je w Indiach, Syjamie, na Sri Lance (Cejlonie), ale najpiękniejsze okazy rubinów pozyskiwane są w Birmie, w okolicach Magok. Natrafić na nie można także na Uralu, w Montanie i Południowej Karolinie, w Australii i Afryce.

Najogólniej dzieli się je na dwa rodzaje: „rubin – spinel” o intensywnej czerwonej barwie, i bladoróżowe „rubin – balas”. Rubiny „czystej wody” są cenione na równi z diamentami. Szczególnie poszukiwany jest niezmiernie rzadki rubin gwiaździsty, którego wzór w kształcie cienkiej sześciopromiennej gwiazdy w środku kamienia tworzy się podczas procesu jego formowania, gdy krzyżują się wyrostki innego minerału (najczęściej rutylu). Odbite od kamienia światło tworzy gwiazdę. Cena takiego klejnotu, zależnie od wagi, sięga nawet kilkuset tysięcy dolarów.

Rubiny mają pewną szczególną cechę. Otóż w procesie podgrzewania można usunąć z nich skazy w postaci plamek. Pod wpływem temperatury kamień zmienia kolor na biały, następnie zielony, a w końcu ponownie na czerwony, ale już bez widocznych skaz. Rubiny szlifuje się przy użyciu diamentowego proszku, a ubytki w czasie obróbki sięgają nawet połowy pierwotnej wagi.

Ze względu na swoją barwę kamień zajmuje ważne miejsce w astrologii. Przypisany jest planecie Wenus i ma zapewniać wierność i trwałość uczuć, choć sama grecka bogini, żona kulawego boga ognia – Hefajstosa, do najwierniejszych nie należała, legitymując się wcale niemałym gronem kochanków.

W hinduskiej mitologii rubiny zajmują szczególne miejsce. Dzieje się tak za sprawą małżonki boga Śiwy – bogini Kali, symbolizującej zniszczenie i krwiożerczość oraz energię pierwiastka żeńskiego. Dłonie jej czworga splecionych rąk są splamione krwią, a oczy z rubinów nadają niesamowity wyraz twarzy, potęgowany przez wielkie tygrysie zęby i wystający język spływający posoką. Jej opasane przez węże ciało zdobi naszyjnik z ludzkich czaszek i nauszniki z trupów. Posąg ozdabiają rubiny różnej wielkości. Mimo budzącego przerażenie wyglądu, wyznawcy uważają boginię za uosobienie piękna.

Od jej imienia wzięła nazwę Kalkuta (Kalighat ­– „stopnie Kali”), po których hindusi schodzą do Gangesu. W znajdującej się w mieście świątyni wyznawcy bogini jeszcze w XIX wieku składali ofiary z ludzi, chwytanych na drogach przez bandy. Podczas rytualnych obrzędów nieszczęśników sztyletowano, a zebraną do miseczki krwią opryskiwano posąg i polewano usta bogini.

Marco Polo w „Opisaniu świata” relacjonując swój pobyt na Cejlonie, gdzie przebywał jako poseł Wielkiego Chana, wspomina o wielkim bogactwie miejscowego władcy. Wśród najpiękniejszych kamieni szlachetnych w jego skarbcu znajdował się rubin, o którym tak pisał: „Powiadam wam, że król tej wyspy, Sendemajn, posiada rubin najpiękniejszy, jaki jest na całej ziemi, a jakiego nigdy nie widziano ani jakiego nikt nie ujrzy. (...) Wiedzcie, że długi jest na piędź (ok. 20 cm), gruby jak ramię męża. Rzuca najpiękniejszy w świecie blask i nie ma żadnej plamki. Czerwony jest jak ogień. Wartość jego jest tak wielka, że trudno by go pieniędzmi opłacić.” Marco Polo, który miał za zadanie zakupić kamień dla chana nawet za cenę „dobrego miasta”, spotkał się ze zdecydowaną odmową. Relacje wędrowców, którzy później przebywali na wyspie, potwierdzają przekaz wielkiego podróżnika, nie można więc wątpić w jego prawdziwość. Niestety, dalsze losy klejnotu są nieznane.

W średniowieczu korundy, podobnie jak diamenty, były w cenie, bo ich posiadanie miało mobilizować do wielkich czynów. Zanim jednak prawdziwe rubiny z Dalekiego Wschodu przepłynęły Bosfor, Europa zachwycała się granatami, uchodzącymi za antidotum na wszelkiego rodzaju trucizny oraz skutecznie przyspieszające gojenie się ran, stąd duże powodzenie tego kamienia u rycerzy, spędzających większość życia na polach bitew.

W historii szczególnie zapisały się dwa czerwone kamienie: spinel „Le Cote de Bretogne” („Wybrzeże Bretońskie”) i „Rubin Czarnego Księcia”.

Pierwszy z nich należał do księżniczki Anny Bretońskiej. Losy tego kamienia były równie burzliwe jak życie jego właścicielki. Kiedy miała pięć lat, księżniczkę wydano za mąż za księcia Walii Edwarda, którego parę lat później zamordował pełniący podówczas urząd regenta wuj, późniejszy król Anglii, Ryszard III.

Owdowiała w wieku czternastu lat Anna musiała sama troszczyć się o swój los, a ponieważ była osóbką wyjątkowo niezależną, uznała, że to na niej spoczywa obowiązek zapewnienia niezależności Bretanii. Gdy francuski monarcha Karol VIII wkroczył zbrojnie na tereny księstwa, poślubiła per procura księcia Maksymiliana I Habsburga, licząc na wsparcie wojskowe z jego strony. Jednak świeżo upieczony żonkoś z jakichś powodów, lepiej nie dociekajmy jakich, nie przybył małżonce na pomoc. Ona tymczasem więdnąc z tęsknoty bardziej za armią męża niż za nim samym, mężnie broniła się oblężona w Nantes. Niestety, nawet tak dzielna białogłowa nie była w stanie odeprzeć ataków francuskiego rycerstwa. W akcie kapitulacji została zmuszona do poślubienia króla Karola, co chyba nie było zbyt wielką dolegliwością.

Gdy Karol VIII pożegnał się ze światem doczesnym, Anna została po raz wtóry królową Francji, a to za sprawą Ludwika XII, który objąwszy tron, ją upatrzył sobie na towarzyszkę życia. I nie ma co w tym ciągu zdarzeń upatrywać jakichś specjalnych knowań, bo Anna była ponoć „urodziwą ponad miarę” i to tak bardzo, że Ludwik rozwiódł się dla niej z wcześniej poślubioną Joanną, która będąc kaleką, w konfrontacji ze swoją następczynią, szans pozostania w królewskim łożu nie miała.

Jak piękna, tak samo i nieustępliwa, Anna nie wyrzekła się marzeń o niepodległej Bretanii i niewiele brakowało, aby ten zamiar zrealizowała, ale my zajmijmy się klejnotem, który pozostał we francuskim skarbcu.

Pierwotnie kamień musiał mieć duże rozmiary, bo Ludwik XVI (ten sam, co położył głowę pod gilotynę), kazał go uformować na kształt smoka, które to cacko zdobiło jego gabinet. Rewolucja, jak to miała w zwyczaju, „ukradła” bibelot, ale w jakiś czas potem kamień znalazł swoje miejsce w muzeum w Luwrze, gdzie można go oglądać do dzisiaj.

Przydomek „Czarny Książę” książę Walii i Akwtanii – Edward zawdzięczał kolorowi swojej ulubionej zbroi. W posiadanie wielkiego spinela wszedł jako szesnastoletni chłopiec, gdy uczestniczył u boku ojca, króla Edwarda III, w wojnie z Francją. W bitwie pod Crecy w 1346 roku odznaczył się dużym męstwem i klejnot otrzymał jako trofeum. Podobno osobiście zabrał go pokonanemu Filipowi VI. Wielki spinel nazwano „Czarnym Księciem” od przydomku jego nowego właściciela.

Według innej wersji, kamieniem obdarował Edwarda władca Kastylii Piotr Okrutny, dziękując mu w ten sposób za pomoc w odzyskaniu tronu. Piotr większość swoich klejnotów zdobył mordując ich właścicieli. Podobnie było w przypadku spinela, który należał do króla Grenady.

Gwoli prawdy historycznej dodajmy, że Edward powinien nosić raczej przydomek „Ciemnego Księcia”, bo nie różnił się niczym od swojego kastylijskiego druha. Był chyba nawet bardziej okrutny. Jego sumienie obciążało między innymi trzy tysiące wyciętych w pień, bez względu na płeć i wiek, mieszkańców podległego mu akwitańskiego miasta Limoges, których kazał zgładzić tylko dlatego, że wcześniej poddali się Francuzom.

Po śmierci Edwarda „Czarny Książę” przeszedł na własność Henryka V, a następnie Ryszarda III, któremu nie przyniósł jednak szczęścia, bo poległ on w bitwie pod Bosworth, kończącej trwającą trzydzieści lat Wojnę Białej i Czerwonej Róży. Obwołany na polu bitwy władcą Henryk VII stał się nowym właścicielem rubinu. Obecnie „Czarny Książę” zdobi koronę brytyjskich królów.

Namiętnym zbieraczem rubinów był inny despota, car Iwan Groźny. Wśród jego licznych kosztowności znajdował się duży wybór klejnotów o czerwonej barwie. Następcy Iwana również hołdowali tej namiętności. Jeden z największych spineli należał do carycy Katarzyny I, która chcąc wejść w posiadanie tego 415-karatowego klejnotu, zesłała na Sybir kniazia mającego nieszczęście być właścicielem kamienia.

Złą sławą cieszył się spinel o imieniu Timur, zrabowany, jak wiele innych znanych klejnotów, ze skarbca legendarnego Nadir Szacha. Swoim właścicielom przynosił ponoć śmierć i nieszczęścia. Kompania Wschodnio-Indyjska ofiarowała go brytyjskiej królowej Wiktorii, po stłumieniu powstania Sikhów. Dzisiaj zdobi klejnoty koronne Wielkiej Brytanii.

Pod względem chemicznym rubin to odmiana tlenku glinu (znanego także jako korund), z domieszkami chromu. Korund charakteryzuje się ogromną twardością, ustępując pod tym względem tylko diamentom. Dzięki tej zalecie bez mała dwa wieki temu, za sprawą Anglika Johna Harrisona, rubiny trafiły do naszych zegarków w postaci łożysk. Dodajmy, że korund charakteryzuje się również dużą odpornością na wysokie temperatury. Topi się przy temperaturze 2030 stopni Celsjusza.

Uzyskiwanie syntetycznych rubinów zawdzięczamy francuskiemu uczonemu Augustowi Verneuil, który na doskonalenie technologii wypracowanej przez swoich poprzedników poświęcił piętnaście lat żmudnej pracy.

W Polsce rubiny nie występują, choć ze starych zapisów wiadomo, że przed wiekami znajdowano je w złotonośnych piaskach w okolicach Złotoryi.

I tak od historii przeszliśmy do techniki, ale żeby nie psuć nastroju, na tym poprzestańmy. Lepiej zerknijmy do babcinej szkatułki, gdzie może leży zapomniany rubin i odkurzmy z zapomnienia jego historię. Cóż z tego, że może nie tak barwną, ale niewykluczone, że nie mniej interesującą.

Ludwik Kostuś