Szukaj
Polub nas!
1 1 1 1 1 1 1 1 1 1 Rating 5.00 (4 Votes)

Rozkosze prysznica

Czy może być coś bardziej przyjemnego – po całym dniu ciężkiej fizycznej pracy lub pobycie na prażącym słońcu – od prysznica, zmywającego nie tylko brud, ale uwalniającego od zmęczenia? Chyba nie. Doceniamy to szczególnie w trakcie letnich upałów. Jednak nie zawsze tak było, bo ablucje nie należały do szczególnie ulubionych czynności naszych przodków...

Tak naprawdę wodociągi, wanny, prysznice to nic nowego, znane były już bez mała pięć tysięcy lat temu, w Mezopotamii. Naszym prapraprzodkom również nie były obce przybory do mycia: mydło i szczoteczki do zębów.

Do bezwzględnego utrzymania higieny ciała namawia od szesnastu wieków hinduska „Kamasutra”, w kulturach zachodnich postrzegana niestety jedynie jako podręcznik technik seksualnych. Sprzed czterech tysięcy lat pochodzą pięknie zdobione terakotą i marmurem łazienki i wanny odkopane w pałacu Minosa na Krecie.

Starożytni Grecy myli ciała oliwą, a później kąpali się w wannach i pod tuszem, co można zobaczyć na malowidle zdobiącym wazę z IV w p.n.e., przedstawiającym cztery kobiety biorące prysznic.

Wielbicielami kąpieli byli starożytni Rzymianie. W każdej willi możnego mieszkańca Wiecznego Miasta znajdowała się łaźnia. Nie zapominano też o uboższych obywatelach, którzy mogli korzystać z łaźni publicznych.

Ponieważ mydło nie było jeszcze w powszechnym użyciu, ciało nacierano najpierw oliwą, którą wraz z brudem ściągano specjalnymi drewienkami, a następnie zażywano kąpieli gorącej, później chłodnej. W łaźni publicznej można było także ogolić się, ostrzyc a nawet wydepilować całe ciało, cyrulicy puszczali krew i robili masaże. Łaźnie były miejscem spotkań, dyskusji a także korzystania z usług natury seksualnej.

Nie gorsza pod względem utrzymywania czystości była słowiańska Europa. W każdej większej osadzie funkcjonowały łaźnie. Ciało myto ługiem znanym w tamtym okresie nie tylko w Europie, ale i w Azji. We dworach do kąpieli używano cebrów, a do wody dosypywano płatków różanych, które miały nadać ciału przyjemny zapach.

Niestety, średniowiecze, przedkładające czystość duszy nad czystością ciała sprawiło, że chrześcijańska Europa zaczęła tonąć w brudzie. Święty Hieronim upatrujący w kąpieli diabelskich praktyk, w liście „Do Lety” pisał: „Mnie się w ogóle nie podoba mycie u dziewicy dorosłej, która winna wstydzić się siebie samej i nie może widzieć się nagą. Jeśli bowiem umartwia ciało czuwaniem i postami, i jeśli płomienie chuci i zarzewia gorącego wieku pragnie gasić zimnem wstrzemięźliwości, to dlaczego (...) ma wzniecać (...) uśpione ognie”. Mimo tego, dość opornie wyrzekano się nawyku kąpieli. Do łaźni, nad którymi nadzór sprawował łaziebnik, pełniący także często rolę cyrulika, nadal podążały całe rodziny. Co zamożniejsi mieli własne łaźnie, jak to było na przykład w pałacu Wielopolskich w Pińczowie.

Niestety, wiek XVI nadal hołdował brudowi, a to za sprawą... medyków, którzy dzięki szkłom powiększającym odkryli, że woda rozpulchnia niebezpiecznie skórę i otwiera pory ciała, przez które do organizmu mogą wnikać liczne choroby. Stąd było już blisko do bardzo prostego wniosku: kąpiel nie mająca celu leczniczego może szkodzić organizmowi, czyli – „częste mycie skraca życie”.

Wiek następny poszedł jeszcze dalej. Za środek czystości zaczęto uważać już nie wodę a bieliznę, która pochłaniała wydzieliny ciała i z tego względu mogła całkowicie, według ówczesnych pojęć, zastąpić łaźnię. Stąd nawet w najwykwintniejsze pałace zostały pozbawione łazienek.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. W domach szybko zagnieździło się wszelkiego rodzaju robactwo. Doszło do tego, że do łóżek magnatów przed ich udaniem się na spoczynek najpierw kładli się słudzy, aby na swoje ciało zebrać zadomowione tam insekty. Do zabijania robactwa wszelkiego rodzaju służyły specjalne przyrządy w kształcie szczypczyków, kowadełek, młoteczków, będące niejednokrotnie cackami sztuki jubilerskiej.

Wiek XVIII odrodził zwyczaj kąpieli, choć nadal odżegnywano się od gorącej wody, w której upatrywano przyczyn zniewieściałości mężczyzn i rozbudzania chuci, mogących w konsekwencji doprowadzić do ślepoty, obłędu i przedwczesnej śmierci. Przeciwdziałać temu miały zimne prysznice, ewentualnie letnia kąpiel.

Wodę do mycia noszono w wiadrach i wtedy to pojawił się nowy zawód – nosiwody. Grzano ją w dużych garach na piecu a kąpano się i myto w cebrzykach i miednicach. Kąpielowe nowinki przyjmowały się jednak dość opornie. W ich propagowaniu w Polsce ogromne zasługi miał Roman hrabia Potocki, który w ostatnich latach XIX wieku do swojego pałacu w :ańcucie doprowadził bieżącą wodę. Jego łazienka imponowała tym bardziej że w tym czasie cesarz Austrii zażywał kąpieli w małej wannie ustawianej w sypialni.

W domach mieszczańskich kąpano się raz w roku przed Wielkanocą. Obowiązywało tu kryterium starszeństwa. Pierwsi ablucji zażywali dziadkowie, potem rodzice, następnie dzieci, a na końcu służba. Wszyscy w tej samej wodzie. Na co dzień w powszechnym użyciu była miednica i dzbanek na wodę, ustawione na specjalnie do tego celu przeznaczonym stoliku.

Łazienki rozpowszechniły się dopiero po pierwszej wojnie światowej, kiedy w domach coraz częściej zaczęła się pojawiać bieżąca woda. Z czasem zwyczaj kąpieli raz w tygodniu, przeważnie w sobotę, stał się normą. Zastąpił go codzienny prysznic a później prysznic poranny i wieczorny.

Do kąpieli jednak niezbędne było mydło. Wynaleźli je, jak wiele innych niezbędnych nam przedmiotów – Fenicjanie. Produkowano je ogrzewając stopiony tłuszcz z popiołem. Pierwsze wzmianki o jego produkcji zawarte są w „Historii naturalnej” rzymskiego historyka Pliniusza Starszego. Pisze on o Germanach, którzy gotując tłuszcz wołowy mieszali go z wywarem popiołu roślinnego, uzyskiwanego z roślin wydzielających pianę jak: mydłownik, bardziej znany jako „psie goździki”, mydłodrzew lub zawstydlina. Uzyskane mydło miało postać grudek i było bardzo kruche.

W średniowieczu produkcja mydła stała się domeną Genueńczyków i Wenecjan, a w XII wieku zdominowali ją całkowicie Hiszpanie.

W Polsce pierwsze mydlarnie pojawiły się w XIV wieku. Wielką sławą cieszyli się mydlarze płoccy, a sto lat później niekwestionowanym mistrzem w jego produkcji był niejaki Maciej z Nowego Sącza. Miało ono jednak jedną wadę – było bardzo drogie, a wiec dostępne tylko dla bogatych.

Przełomem w jego produkcji stało się odkrycie chemicznego składu tłuszczów, dokonanego w XIX wieku przez profesora chemii w College de France, Michele’a E. Chevruel. Podobno – choć nie wiadomo, czy to prawda – uczony przez całe swoje ponadstuletnie życie mył się tylko ciepłą wodą, uważając mydło za środek niszczący naskórek. Dzięki rosnącej popularności stało się ono tematem porzekadeł: „Zamydlić komuś oczy” i „Wyszedł jak Zabłocki na mydle”, wywodzących swój rodowód z autentycznych wydarzeń.

Pierwsze z nich powstało za panowania Zygmunta III Wazy. Pewnego dnia na jednej z maleńkich warszawskich uliczek, dwóch łotrzyków wynajęło małe pomieszczenie i wywiesiło miedniczkę symbolizującą golarnię. Wkrótce w zakładzie pojawił się klient przybyły do stolicy z prowincji. Poprosił o przycięcie wąsów i brody. Jeden z łotrzyków kłaniając się nisko opowiadał mu stołeczne plotki, a drugi przywiązawszy gościa ręcznikiem do krzesła z takim rozmachem mydlił twarz, że zamydlił mu też oczy. Gdy klient odzyskał wzrok okazało się, że został pozbawiony brylantowej szpilki, czasomierza i innych kosztowności a po golibrodach nie pozostał najmniejszy ślad.

Bardzo szpetnie na mydlanym interesie wyszedł pewien szlachcic nazwiskiem Zabłocki. Chcąc szybko nabić kabzę, zakupił dużą partię mydła i postanowił sprzedać je w Gdańsku. Ponieważ spływ Wisłą należał do najtańszych środków transportu, wynajął statek, a chcąc i na tym zaoszczędzić połakomił się na starą łajbę. Przeciekająca woda rozpuściła jednak większą część ładunku.

Nie nauczyło to niczego imć pana Zabłockiego. Nabył nową partię towaru i pojechał z nim do Wrocławia. Okazało się, że w mieście produkuje się takie ilości mydła, że nieszczęśnik nie był w stanie sprzedać swojego „mydlanego nabytku”. I tak narodziło się przysłowie.

O wiele dokładniej i przyjemniej niż rękoma, ciało zmywa się gąbką. Prawdziwa gąbka to szkielet prymitywnych stworzeń morskich. Uczeni musieli dużo się nagłowić, aby udowodnić, że kawałki miękkiej, porowatej masy, rozwijającej się w morzach i niektórych słodkich akwenach, są z przyrodniczego punktu widzenia zwierzętami.

Mają one kształt kilkumilimetrowych gwiazdek, zwiniętych koronek lub puszystych poduszeczek. Trzymają się mocno podłoża, a ich pokarm stanowią resztki substancji organicznych rozpuszczonych w wodzie, które pochłaniają porami na całej powierzchni ciała. Wodę i resztę nieprzyswojonego pokarmu wydalają przy pomocy specjalnego lejka. Szczególnym ich przysmakiem są wapienne muszle małży morskich. Gąbki wyjęte z wody obumierają, a ich szkielety oczyszczone z galaretowatej masy strumieniem wody z kwasem solnym używane są do kąpieli.

Najbardziej sprężyste i największych rozmiarów gąbki uzyskuje się we wschodnich akwenach Morza Śródziemnego. Nieco gorsze gatunkowo i mniej trwałe pochodzą z Adriatyku.

Uważa się, że powszechnie używane sztuczne gąbki wykonane z tworzywa nie są w stanie zastąpić tych naturalnych, które według naszych babć, łagodzą reumatyzm, dodają skórze gładkości, a to za sprawą zawartego w nich jodu. Może to i prawda, bo w średniowieczu proszek z roztartych gąbek uważano za doskonałe lekarstwo na przypadłości tarczycy.

Nie ulega wątpliwości, że masaż ciała przy użyciu gąbki sprzyja odprężeniu i relaksowi. Doceniali to już w XIX wieku nasi dziadkowie, którzy zalecali: „Zrób masaż całego ciała gąbką”.

Cóż, pozostaje ich tylko posłuchać, zwłaszcza kiedy za oknem termometr wskazuje prawie coraz wyższe temperatury. Jedynym ratunkiem wydaje się chłodny prysznic, pachnące mydło i dobra gąbka.

Ludwik Kostuś

Fot. Wikimedia Commons