Szukaj
Polub nas!
1 1 1 1 1 1 1 1 1 1 Rating 5.00 (5 Votes)

zwyczaje(Fot. Wikipedia)Nowy rok bieży...

„W jasełkach leży” – brzmią pierwsze słowa starej kolędy. Nowy Rok, najbardziej magiczny dzień, w którym umownie coś się kończy, a coś zaczyna. Chcemy, by zamykał złe, a otwierał obiecujące perspektywy...

Tradycja obchodów Nowego Roku sięga starożytnego Babilonu, gdzie jedenastodniowe święto rozpoczynało się w dniu wiosennego zrównania dnia z nocą (21 marca). Tak długie uroczystości oraz ofiara z kozła złożona w świątyni boga Marduka miały wybłagać dostatek i urodzaje. Starożytni Rzymianie obchodzili Nowy Rok 25 marca, a od II w. p.n.e. – w styczniu. Kościół katolicki początkowo nie uznawał tego święta, uważając je za pozostałość pogańskich wierzeń i ustanowił początek roku na Wielkanoc a później na Boże Narodzenie.

Poprzedzające Nowy Rok imieniny Sylwestra powinny być bardziej dniem refleksji i skupienia, niż okazją do szaleńczej zabawy, a to za sprawą dwóch papieży: Sylwestra I zasiadającego na tronie Piotrowym w latach 314-335, uznanego za świętego (to jego imieniny obchodzimy 31 grudnia) i Sylwestra II, którego pontyfikat przypadł na lata 999-1003, a więc na przełom tysiącleci.

Jak głosi legenda, Sylwester I w 317 r. uwięził Lewiatana, legendarnego morskiego potwora, znanego nam z biblijnych ksiąg Hioba i Izajasza, stanowiącego wielkie zagrożenie dla ludzkiego rodzaju. Papież zawiązał mu paszczę i uwięził w lochach swojej siedziby, pałacu na Lateranie.

Przepowiednia słynnej wróżki Sybilli głosiła, że w 1000 r. nastąpi koniec świata, co budziło powszechne przerażenie, tym większe, że sprawcą kataklizmu miał być Lewiatan. W pierwszych minutach nowego tysiąclecia uwolniony smok miał pochłonąć świat, ludzi i zapalić niebo. Papież Grzegorz V, poprzednik Sylwestra II, umierając w 999 r. cieszył się, że „dobry Bóg zezwolił mu nie widzieć straszliwego końca padołu ziemskiego”.

Ogólny strach potęgowała dodatkowo osoba Sylwestra II, którego postrzegano jako postać bardzo tajemniczą, posądzając go nawet o czarnoksięstwo. Ten benedyktyn, którego prawdziwe imię brzmiało Gerbert, według krążących plotek, konstruował w swojej komnacie przerażającą machinę, która później okazała się zegarem wahadłowym z kręcąca się tarczą. W powszechnym przekonaniu to on miał uwięzić Lewiatana.

Nadeszła północ 31 grudnia 999 r., we wszystkich kościołach Rzymu zaczęły bić dzwony. Minęła minuta, dwie, trzy i... nic się nie wydarzyło. Struchleli ze strachu ludzie zaczęli nieśmiało wychodzić na ulice. Powoli strach zamieniał się w radość, śmiech, a później w szaloną zabawę...

W Polsce jeszcze w XVIII w. oczekiwanie na Nowy Rok spędzano na wróżbach – podobnie jak w Andrzejki – lejąc wosk. Ciekawy swojego losu osobnik trzymał naczynie z wodą nad głową, a osoba wlewająca wosk, by nie wpływać na wynik wróżby, musiała mieć zamknięte oczy. Zdarzało się często, że rozgrzany wosk zamiast w naczyniu lądował za kołnierzem zainteresowanego.

Wróżono też ze śpiewników i Biblii. Z zamkniętymi oczami otwierano księgę, wcześniej umawiając się, która linijka – na lewej czy prawej stronie – będzie czytana. Często wychodziły z tego bardzo zabawne przepowiednie, trafiały się jednak wróżby budzące grozę.

Bale, choć nie związane jeszcze z obchodami Sylwestra, zaczęto urządzać na Wawelu po przybyciu do Krakowa Bony, żony Zygmunta Starego. Rozpoczynały się późno, bo o dziesiątej wieczorem, a trwały do drugiej nad ranem. Pierwszy z nich odbył się w karnawale 1519 r., a niedawno poślubiona królowa, wbrew powszechnemu przekonaniu kobieta piękna i mądrą, matka nowo narodzonej córki Izabelli, zachwycała strojem i kunsztem tańca.

Dopiero w latach dwudziestych XIX w. i to tylko w wielkich miastach, zaczęto organizować sylwestrowe bale. Miały one podobny charakter jak dzisiaj. Z pamiętników dowiadujemy się, że w sylwestrową noc 1821 r. mieszkańcy Warszawy bawili się w restauracji Charota na Miodowej, w kawiarni „Pod Kopciuszkami” na Długiej, a wyższe sfery witały nadchodzący rok w Teatrze Narodowym.

Pierwszy, ten wyśniony bal, najważniejszy w życiu każdej panny z dobrego domu, wprowadzający ją w świat dorosłych, zazwyczaj był balem sylwestrowym. Przygotowania rozpoczynano dużo wcześniej, pod czujnym okiem matek „debiutantek”. Poeta Antoni Odyniec, przyjaciel Mickiewicza, pożeracz niewieścich serc, w swoim wierszu pt. „Lafirynda” tak opisał nauki udzielane przez matkę młodej pannie:

– Zaraz w dół spuścić oczy,
Gdy tancerz co przemawia,
Bo to efekt uroczy,
Gdy panna się obawia.
Po tańcu dygnąć wdzięcznie.
Lecz gdyby w tańcu stan
Zbyt objął – mruknąć zręcznie!
– Bien, ma chere Maman!

Jak wyglądały bale w latach osiemdziesiątych XIX w. dowiadujemy się z relacji Bolesława Prusa: „Balów już nie wydają wielcy panowie dla pospólstwa, ale każdy zwykły śmiertelnik dla samego siebie. Za trzyrublową składkę wynajmuje sobie parę stóp froterowanej podłogi, parę taktów muzyki i dziesiątą część gazowego płomienia, potem kilkuset jemu podobnych łączy swoje chudoby w jedną całość i – wszyscy razem – mają: duży salon, pyszne oświetlenie i orkiestrę do tańca. Nikt nikomu nie dziękuje, nikt na nikogo z góry nie spogląda, ale każdy jest bardzo wielkim panem za malutkie trzy ruble. Inżynierowie, malarze, ślusarze, tapicerowie, kelnerzy i im podobna demokracja urządzają bale korporacjami: przy czym każdy z taką powagą tańcuje poloneza i tak zaciekle wybija hołubce w mazurze, jak gdyby na jego drzewie genealogicznym wisiało dziesięciu wojewodów, kasztelanów i starostów, z odpowiednią cyfrą kanoniczek. Panny wreszcie, nie czekając, aż ktoś ze znajomych urządzi wieczór tańcujący i z łaski da im możność wystąpienia (...), same dziś urządzają wieczory i spraszają taką masę galopantów, że (...) połowa męskiej ludności podpiera ściany”.

Skąd wzięło się to podpieranie ścian, tak powszechne i dzisiaj? Otóż balami kierowały pewne niezłomne zasady, zgodnie z którymi gospodarz powinien był zaprosić co najmniej o połowę więcej panów niż pań, bo nie do pomyślenia było, by któraś z nich nie miała tancerza. Często przyprowadzał ich wodzirej, bez którego nie mogły się odbyć nie tylko żaden bal, ale nawet zwykła potańcówka.

Wodzirejem mógł być tylko człowiek znakomicie tańczący, bardzo dobrze wychowany, błyskotliwy, umiejący szybko zażegnać ewentualne nieporozumienia i naprawić gafy. W przeddzień balu ustalał z panią domu program tańców. Byli wodzireje, którzy powierzoną im funkcję cenili sobie ponad wszystko. Jadwiga Dmochowska opisuje w swoim pamiętniku, jak w domu jej rodziców, prowadzący bal Jan Rzewuski złamał nogę tańcząc mazura. Wśród gości znalazł się chirurg, który unieruchomił kończynę i chciał poszkodowanego odwieść do domu. Jednak imć Rzewuski pozostał na balu do białego rana, dyrygując tańcami z fotela i jako ostatni opuścił salę balową.

Kolejność tańców także nie była dowolna. Przed I wojną światową obowiązywał następujący porządek: walc, kontredans, walc, mazur. Na dobieraniu tańców odciskało swoje piętno poczucie patriotyzmu. Po wielkich powstańczych zrywach nie urządzano hucznych zabaw, a gdy minęła narodowa żałoba, wszystkie bale rozpoczynano polonezem. W Krakowie wielką popularnością cieszyły się także polka i krakowiak, a wiedeński walc, uważany za taniec zaborców, znajdował się na cenzurowanym i rzadko kiedy jego dświęki rozbrzmiewały w balowych salach.

Polonez, zwany także chodzonym, jako jedyny polski taniec zdobył sobie ogromną popularność w całej Europie. Pod koniec XVIII w. pewien Liwończyk (mieszkaniec Inflant) o nazwisku Szulz pełen zachwytów opisywał poloneza, jego figury i grację, z jaką potrafili go tańczyć tylko Polacy. Jednak najwspanialszy opis tańca dał Adam Mickiewicz w XII księdze “Pana Tadeusza”. Nie będziemy go tu jednak cytować, ze względu na szczupłość miejsca.

Chodzony rzeczywiście musiał zachwycać swoim pięknem, bo zadomowił się w paryskich salonach do tego stopnia, że tańczono go tam w polskich strojach, choć – jak pisze w swoich listach Kazimierz Nestor Sapiecha – nie tak sutych i pięknych, jak prawdziwe. Próbowali go tańczyć także Niemcy, ale niezbyt udanie, bo jak zanotował pewien ich rodak o nieznanym nam nazwisku, „była to zająkliwa sylabizacja żaczka, do skończonej deklamacji artysty”. Dodajmy, że z poloneza wywodzi się także jedna z najpiękniejszych polskich kolęd „W żłobie leży”.

Po pierwszej turze tańców serwowano kolację. Na stołach pojawiały się: ryby w majonezie i galarecie, auszpiki (galarety z drobiu), pasztety, a na gorąco indyk względnie dziczyzna. Na deser podawano lody i hiszpański tort. Oczywiście, nie obyło się bez toastów wznoszonych wtedy już nie tylko winem. Potem przychodziła kolej na kotyliona, kujawiaka, błękitnego walca i białego mazura.

Szczególnym powodzeniem cieszył się kotylion, z czasem zastąpiony walcem z figurami, w którym pary dobierały się według otrzymanych oznak: maskotek, bukiecików, papierowych kółek ze wstążkami. Była to okazja do zawarcia bliższej znajomości, tym bardziej że kotyliona pląsano czasami nawet godzinę.

Nieodzownym elementem tego tańca było konfetti, papierowe różnokolorowe błyszczące półksiężyce, gwiazdki, trójkąty, którymi obrzucano się nawzajem. Wymyślili je Wenecjanie. Pierwotnie były to złocone gipsowe kuleczki lub maleńkie okrągłe cukierki. Panna jednak nie powinna była obrzucać kawalerów konfetti zbyt ostentacyjnie, by nie zostać uznaną za lekkomyślną, przestrzegały podręczniki savoir-vivre’u.

Nawet na najskromniejszym balu należało dla każdej z panien przygotować karnet z małym ołóweczkiem na jedwabnym sznureczku. Po lewej stronie karnetu znajdował się spis tańców, a po prawej wpisywali się chętni tancerze. Karnety dawały pole do popisu dowcipnym kawalerom, którzy rysowali w nich krotochwilne rysunki lub wpisywali wesołe wierszyki. Przechowywano je potem, podobnie jak listy miłosne, z wielką estymą, tym bardziej że nie zdarzało się, aby któryś karnet pozostał pusty. O ich wypełnienie miała obowiązek zadbać pani domu, gorąco zachęcająca brzydszą część rodzaju ludzkiego do tańca.

Bale starano się urozmaicać na wszelkie sposoby, co było zawsze ambicją gospodarzy. Na przykład u schyłku XIX w. na balu u warszawskich bankierów Kronenbergów, na tańczących spadły o północy spod sufitu kule ze srebrzystego papieru. Wewnątrz każdej znajdował się drobiazg w postaci srebrnego breloczka, bibelotu lub ampułki z perfumami. Największą jednak atrakcją były fajerwerki.

Zwyczaj urządzania maskarad przywiozła z Włoch królowa Bona. Zabawę rozpoczynano wybierając postać z mitologii, a uczestnicy zabawy przebierali się, biorąc ją sobie za wzór. Należało wykazać się jak największą pomysłowością. Fantazyjnie przebrany korowód był nie byle jaką atrakcją dla widzów. Ten rodzaj zabawy przez wieki cieszył się dużym powodzeniem.

Maskarady w formie balów, zwanych redutami, pojawiły się dopiero za Augusta II Sasa. Jak pisze Zygmunt Gloger w swej Encyklopedii staropolskiej: „Pierwsze reduty w Warszawie były przy ulicy Piekarskiej, w domu pod nr 105, za panowania Augusta II Sasa, który, jako miłośnik zabaw, do późnej nocy w nich uczestniczył. Dawano je potem w najętych pałacach u Przezdzieckich, Radziwiłłów, Jabłonowskich i w innych. Najpierwszym redut przedsiębiorcą był niejaki Salwator, który na Nowem Mieście kamienicę wymurował. Później znaleźli się inni współzawodnicy. Za Augusta III Sasa tak były ulubione reduty, że je dawano zacząwszy od października aż do adwentu i znowu przez całe zapusty po 3, 4 i 5 razy na tydzień. W niedzielę odbywały się reduty w kilku miejscach, a wszędzie było pełno osób i nieraz w dniu takim sprzedawano po 6000 biletów wejścia. Bilet taki przed 1780 r. kosztował 9 złp. Osoby wchodzące miewały maski i domina, czyli płaszcze kitajkowe albo osobliwsze jakie, i wspaniałe nieraz kostjumy”.

Warto poświęcić parę słów osobie Włocha Salwatora, wspomnianego przez Glogera. Był to hulaka i niesamowity – jak to wtedy określano – podwikarz, który żadnej spódniczce nie przepuścił, a na jego redutach „zamaskowane zbytnice obnażały nogi powyżej kostek, a czasem łydki pokazując tańcowały, siejąc zgorszenie”.

Opłata za bilet obejmowała tylko światło i kapelę, za wszystko inne należało płacić, nawet za szklankę wody. Sto dwadzieścia lat później wytworna Warszawa także bawiła się na redutach, ale już w wielkich salonach Resursy Obywatelskiej, Ratusza, Resursy Kupieckiej. Kurier Warszawski w 1905 r. relacjonował: „W sali i na scenie Teatru Wielkiego, w salach redutowych, na foyer i na korytarzach było tłoczno tak, że chwilami ruch stawał się niemożliwym”. I nie ma się czemu dziwić, skoro tańczyło tam 1600 par.

Rzemieślnicy i robotnicy tańczyli na tzw. „balach przyjacielskich”, urządzanych na peryferiach miasta w knajpach i piwiarniach, zwanych „bawariami”, gdzie podawano piwo bawarskie. Styczniowy Kurier Warszawski z 1874 r. tak reklamował bal karnawałowy: „Bal przyjacielski. W dniu 31 tj. w sobotę, w ogrodzie Pod Nadzieją na Pradze, orkiestra doborowa grać będzie. Wejście kop. 30 i 5 na ubogich. Początek o godzinie ósmej”.

Maskowe i kostiumowe bale, choć rzadziej, urządza się także dzisiaj, ale są to już tylko namiastki tych dawnych, wspaniałych zabaw. Jedyne, co nie zmieniło się do dzisiaj, to zapewne samopoczucie ich uczestników w następnym dniu, z tą różnicą, że za Sasów nie znano jeszcze tabletek Alka Seltzer...

Ludwik Kostuś