Szukaj
Polub nas!

Ostatnie królestwo Polinezji

(fot. Wikimedia Commons)Gdybyśmy chcieli znaleźć się w Raju, jak miałby on wyglądać? Przede wszystkim nie za ciepło i nie za zimno, nie za sucho i nie za wilgotno. Drzewa i krzewy winny rodzić najwspanialsze owoce, jakie wydała Ziemia, morze dostarczać ogromnej obfitości frutti di mare, a mieszkańcy być przyjaźni, zawsze uprzejmi, uśmiechnięci i gotowi pomóc. Czy takie miejsce istnieje?

Owszem, nazywa się Tonga, piękne królestwo z pałacem władcy nad cichą laguną, wyglądające niczym Ogród Hesperyd owiany spokojną bryzą, gdzie każdy obywatel ma zagwarantowane, że dostanie kawałek ziemi i możliwość zbudowania domu. Kraj, gdzie śpiew i taniec, dawanie i otrzymywanie prezentów to najważniejsze składniki życia społecznego. Czy to możliwe? Ano tak. Tamtejsi mieszkańcy mawiają skromnie: – Faka Tonga (tongańska droga, tongański sposób).

Archipelag leży na krawędzi Rowu Tongańskiego, najgłębszej rozpadliny tektonicznej w obszarze Pacyfiku, sięgającej prawie 12 kilometrów poniżej poziomu morza. Gdyby wyobrazić sobie Ziemię bez wody, to wyspy Tonga znalazłyby się wśród najwyższych gór naszej planety. Albo inaczej: woda jest, ale najwyższy wulkan Hawajów – Mauna Kea – znalazłby się na dnie Rowu Tongańskiego. Rezultat – jego wierzchołek znajdowałby się 1000 metrów poniżej poziomu morza.

Zgodnie z legendami tongańskimi, Ziemia spoczywa na ciele bogini Havea Hikule’o. Gdy bogini się porusza, ziemia się trzęsie. „W takich wypadkach – pisze XIX-wieczny podróżnik – ludzie krzyczą i okładają ziemię kijami. Wszystko po to, by zmusić boginię do leżenia spokojnie...”.

Królestwo składa się w rzeczywistości z trzech niezależnych i dość odległych od siebie archipelagów: Tongatapu, Ha’apai i Vava’u. Niewielki archipelag Niua leży tak daleko na północ, że większość map go nie odnotowuje. Rozciągające się na tysiące kilometrów kwadratowych oceanu państwo składa się z około 150 wysepek o powierzchni zaledwie 780 km kw.

W chwili stworzenia wnętrze wysp wypełniał bogaty las, który zaraz ożywiły tysiące kolorowych ptaków. Palmy kokosowe stanęły na straży piaszczystych plaż, a pracowite koralowce zadbały o to, by przybrzeżne wody były spokojne i pełne ryb. Wtedy, na przygotowany grunt, z dalekiego Zachodu nadpłynęli pierwsi ludzie – protoplaści królów i ludu Tonga.

Naukowcy uważają, że przodkowie Polinezyjczyków – najurodziwszego z ludów Oceanii – przybyli z Azji poprzez wyspy Melanezji. Badania za pomocą radioaktywnego izotopu węgla C14 wykazują, że ceramika kultury Lapita, prepolinezyjskiego ludu, który zasiedlał Fidżi, pochodzi z roku ok. 1250 p.n.e. Podobne dane odnośnie Tonga wskazują na rok 1140 p.n.e., a Samoa 200 lat później.

Większość ekspertów jest przekonana, że eksploracja nie była przypadkowa. Było to planowe i rozmyślne zasiedlanie bezludnych wysp, na które osiedleńcy przywozili ze sobą zwierzęta domowe (kury, świnie) oraz rozliczne rośliny, jak bananowce, cytrusy, chlebowce czy korzenie.

Przez całe tysiąclecia kontakty między mieszkańcami poszczególnych archipelagów były częste i bardzo różnego znaczenia – od odwiedzin przyjaciół, poprzez zawieranie korzystnych ślubów między rodami panującymi, po wojny. Bo Oceania jest wielka, ale odległości między poszczególnymi archipelagami nie przekraczały możliwości żeglugowych ówczesnych kanu. Słynny kapitan Cook obliczał, że rejsowy katamaran tubylców mógł pokonać 120 mil w ciągu doby, a odległość z Samoa do Niu’y to tylko 162 mile, a z Fidżi do Tongatapu 188 mil.

Posługując się czytaniem gwiazd, prądów morskich, a nade wszystko widocznymi z dala kominami chmur formującymi się nad wyspami, starożytni żeglarze doskonale wiedzieli, gdzie płyną.

Z tego czasu (ok. 1545 r.) pochodzi ciekawa legenda: oto pewna łódź z Tonga zawinęła na jedną z wysp samoańskich po świeżą wodę. Wróciwszy do Tongatapu, załoga doniosła władcy, że wódz Safua ma przystojnego syna. Królewna Tu’i Tonga ruszyła w podróż i poślubiła jednego z synów wodza imieniem Tupa’i. Gdy młoda mężatka była już w zaawansowanej ciąży (a chciała urodzić w domu ojca), para wybrała się w podróż powrotną. Niestety, kapitan musiał być kiepskim żeglarzem, bowiem w momencie rozwiązania katamaran znalazł się u brzegów Fidżi. Nowo urodzone na łodzi dziecię księżniczka nazwała Va’asiliifiti, czyli w dowolnym tłumaczeniu: „łódź, która omyłkowo dotarła do Fidżi”.

Cudowny archipelag odkrył w roku 1776 kapitan James Cook i nazwał go Wyspami Przyjacielskimi. Nie wiedział, że krajowcy planowali napaść na statek z zamiarem zabicia białych i spożytkowania dóbr, jakie mógł przewozić. Wodzowie tongańscy końcem końców odstąpili od swego niecnego zamiaru i Cook odpłynął, nawet nie przypuszczając, jakie niebezpieczeństwo wisiało nad jego głową.

Prawdę ujawnił dopiero po latach William Mariner, który spędził na Tonga cztery lata i to bynajmniej nie z własnej woli. Swe przygody opisał w wielokrotnie wznawianej książce, czym zaćmił na chwilę nawet Daniela Defoe.

Will Mariner urodził się w roku 1791 w rodzinie kapitana brytyjskiej marynarki i od najmłodszych lat ciągnęło go na morze. W 1805 r. ubłagał kapitana Isaacka Ducka, przyjaciela rodziców, by zabrał go ze sobą w charakterze sekretarza. Korsarski okręt Ducka, „Port-au-Prince”, wyruszał właśnie na Atlantyk i Pacyfik, by łupić hiszpańskie kolonie. Eskapada była generalnie nieudana, a w jej trakcie – już na Pacyfiku – kapitan Duck zachorował i zmarł, zaś jego następcą został wielorybnik-nieudacznik James Brown.

Wkrótce okazało się, że statek przecieka, więc pożeglowano do Auckland, ale okręt niemal tonął, więc zdecydowano się zatrzymać w Zatoce Spokoju na wysepce Lifuka w archipelagu Tonga, gdzie można byłoby dokonać naprawy.

Na pokładzie zaraz zjawili się liczni wyspiarze z wodzem Finau II na czele. Jego tłumacz, Hawajczyk Kuikui, zapowiedział kilku swoim ziomkom znajdującym się na „Port-au-Prince”, by jak najszybciej wynieśli się na ląd. Oczywiste było, że krajowcy planują atak. Głupi Brown nie zrozumiał ostrzeżenia i grubiańsko zbeształ ostrzegających. Wkrótce potem Hawajczycy zniknęli z pokładu, a w ich miejsce pojawili się uzbrojeni w bojowe maczugi Tongańczycy. Rozprawa z załogą trwała krótko. Zabito wszystkich poza dwunastoma kanonierami i młodym Willem.

Kanonierzy przeżyli, bo wódz potrzebował ich sztuki do pokonania lokalnego przeciwnika na Tongatapu, a Willa wyraźnie sobie upodobał, wkrótce usynowił i mianował arystokratą, nadając mu ziemię i niewolników.

Dzięki Willowi i kanonierom wódz odniósł zwycięstwo i został królem Tonga, a jego syn zaprzyjaźnił się z młodym Anglikiem. Obsypywany zaszczytami i tytułami Will tęsknił jednak do mglistej Anglii i gdy tylko nadarzyła się okazja, czmychnął pierwszym okrętem, jaki się trafił. Wraz z nim odpłynęło kilku kanonierów, ale nie wszyscy. Niektórzy woleli zostać w raju na Ziemi.

Od dziewięciu stuleci władała wyspami dynastia Tu’i Tonga. Tradycja powiada, że pierwszym królem – w roku 950 – został syn boży, który poślubił kobietę z Tongatapu. W XIII w. królowie oddali część władzy swym krewnym, a w czasie, gdy przybył na wyspy kapitan Cook, rządzili w zasadzie wodzowie poszczególnych szczepów, wiodąc między sobą nieustanne wojny.

Władza królów była czysto tytularna, a ostatni, trzydziesty ósmy dynasta, posiadacz tytułu Tu’i Tonga zmarł w roku 1865. Po jego śmierci jeden z wodzów, Taufa’ahau, ponownie zjednoczył Tongańczyków, zawarł pokój z Fidżi, dał krajowi konstytucję i koronował się jako Jerzy Tupou I. Jego praprawnuczka jest matką obecnego władcy, króla Taufa’ahau Tupou IV.

Na trawniku przed królewskim pałacem wolno i dostojnie spaceruje wielki żółw z Madagaskaru. Ten królewski zwierzaczek to prezent od National Geografic w miejsce poprzedniego, przywiezionego jeszcze przez Jamesa Cooka.

Nuku’alofa, cicha, niewielka stolica państwa, rozłożyła się nad obszerną zatoką na północy Tongatapu. Pełna wiktoriańskich w stylu willi, zarośniętych hibiskusem, poinsettią i frangipani, przypomina o czasach panowania tu brytyjskich kolonizatorów i misjonarzy.

W jednym z takich domów mieszka pani Oto’ota ‘Eva, członkini stowarzyszenia Langa Fonua, które kultywuje tradycyjną produkcję mat. Takie maty, owinięte wokół bioder i przepasane sznurami z kopry, noszą nazwę ta’ovala i są oznaką przynależności do stanu szlacheckiego. W całym Tonga istnieją 33 takie rodziny. Wszystkie, oczywiście, stanowią dwór królewski i cieszą się specjalnymi przywilejami. „Ubierając ta’ovala – mówią – wyrażamy swój szacunek dla innych rodów i dla domu królewskiego”.

Za dnia życie kipi na wielkim targowisku w centrum miasta, nocą zaś w licznych dyskotekach i barach, a pewnie także w domach, bowiem niemal wszędzie widać talerze telewizji satelitarnej. No cóż, mamy przecież XXI wiek...

Poza miastem rozciągają się wszerz i wzdłuż plantacje bananów, kokosów, taro i kabaczków (te ostatnie niemal w stu procentach eksportowane są do Japonii), wioski są czyste, trawa wszędzie równo przystrzyżona i mnóstwo kwiatów. Na północno-zachodnim krańcu wyspy, w miejscu zwanym Kolovai, mieszkają największe na świecie rudawo-złociste nietoperze, zwane Latającymi Lisami. I chociaż ich mięso uchodzi wśród wyspiarzy za przysmak, nikt nie śmie ich tknąć, bo przywilej polowania na te latające ssaki posiada jedynie rodzina królewska.

Tongańczycy to urodzeni żeglarze, a że krewnych mają na wszystkich wyspach archipelagu, więc bez przerwy wędrują. Kiedyś, gdy nie było jeszcze promów z napędem spalinowym, podróż mogła trwać – gdy nastała cisza – nawet 67 dni. Przechwalają się, że potrafią żeglować bez kompasu, kierując się jedynie obserwacją gwiazd. – Każda gwiazda ma swoje imię – mówi stary żeglarz młodemu – i każda jest ważna. Płynąc na północ patrz na linię horyzontu. Gwiazda pojawia się na niebie i szybko odchodzi na zachód, ale ty już czekasz na następną. A rankiem widzisz Gwiazdę Zaranną i już wiesz, że jesteś w takim, a takim miejscu na oceanie...

Ciekawe, że kapitanami prawie wszystkich statków pływających w tym rejonie świata są Tongańczycy. Statek płynie z Tonga, do Pago-Pago, stamtąd do Apii, Tarawy, Portu Moresby, inny udaje się na Wyspę Wielkanocną, jeszcze inny z Guam, przez Wellington na Tahiti, a wszystkimi władają chłopcy z Tonga...

Płyniemy promem na Ha’apai i Vava’u. Tongańczycy nie korzystają z kabin, wolą zostać na pokładzie, gdzie rozkładają swoje maty i obszerne kosze z jedzeniem. Morze rzuca płaskodenną łajbą, kucharz w kambuzie nie jest w stanie przygotować najprostszej strawy, a Tongańczycy na pokładzie śpiewają i... jedzą. No cóż: Faka Tonga. W końcu morze uspokaja się, z kabin wyłażą młodzi Australijczycy (podobni do tych z amerykańskiego Peace Corps) i niemieccy turyści. Pierwsi sączą z wolna piwo i rozmawiają o swej misji na Ha’apai, drudzy nie mówią nic, gapią się w miliony migocących gwiazd i czarny ocean.

Nad ranem lądujemy na Lifuka. To tu zatrzymał się James Cook, to tu wódz Finau II wymordował załogę „Port-au-Prince” i wziął do książęcej niewoli młodego Willego Marinera. Nie ma portu. Płaskodenny prom podchodzi blisko do brzegu, a wyładunek i załadunek odbywa się za pomocą łodzi. Jak 200 lat temu. Jeszcze za dnia kapitan rozkazuje podnieść kotwicę i rusza wśród raf na morze. – W nocy byłoby zbyt niebezpiecznie – wyjaśnia.

I znów niebo rozkwita miliardami gwiazd, a statek, który niby płynie stałym kursem, zdaje się kierować się to na jedną, to na drugą gwiazdę wyłaniającą się z oceanu. Jak tysiące i setki lat temu...

I znów świt, a przed nami zabudowania Neiafu, miasteczka ślicznie rozłożonego nad zatoką zwaną Portem Ocalenia. Tongańczycy mówią z dumą, że ta zatoka jest najpiękniejsza ze wszystkich na oceanie. Przyznajemy im rację, bo cały archipelag Vava’u wygląda jak skrawek raju.

Australijski botanik, prowadzący eksperymentalną stację hodowli wanilii powiedział, że patyki z gałęzi figowca wbite obok sadzonek wypuściły nagle liście i rosną równo z wanilią, a szerokie liście skutecznie chronią hodowlane rośliny przed nadmiarem słońca. Dziś Tonga z znacznym stopniu żyje z wanilli wysyłając rok w rok tony pachnących lasek do USA.

Ale raj też miewa kłopoty. Liczba ludności, której w latach 60. XX wieku było 7580 tysięcy, gwałtownie wzrosła i już przekroczyła 110 tysięcy. Dziś młody człowiek nie ma szans na otrzymanie gwarantowanej konstytucją dwuhektarowej działki. – Chyba, że jest spadkobiercą – mówi jego wysokość Ve’ehala, radca dworu – ale dajemy sobie radę. Nikt nie chodzi głodny. Dlaczego? A no z prostej przyczyny – ponad 40 tysięcy Tongańczyków przebywa (legalnie i nielegalnie) za granicą, skąd jeszcze przysyła pieniądze – a ponadto coraz więcej ludzi zajmuje się obsługą stale rosnącego ruchu turystycznego.

Mądrzy krajowcy poszli jeszcze dalej i na Tongatapu powstało już kilka fabryk (głównie przemysłu spożywczego, ale i elektronicznego), które dają zatrudnienie kilku tysiącom mieszkańców. – Zresztą – dodaje pan Ve’ehala – jak ktoś nie ma co jeść, idzie do krewnych, przyjaciół, sąsiadów i pyta: dacie trochę bananów, tapioki i jamu? I zawsze dostanie. Dzisiaj, jutro, za tydzień, za miesiąc... No cóż, Faka Tonga.

Bywa i tak, że ktoś pracujący w handlu, turystyce, czy fabryce ma swą działkę, ale nie ma czasu jej uprawiać. Oddaje ją więc potrzebującemu, a plony idą do podziału. Zawsze uczciwie.

Kilino Patolo wraz ze swymi braćmi posiada 5-hektarową plantację kava na wyspie Tafahi w odległym archipelagu Niua. Jest to wnętrze wygasłego wulkanu. – Z Tonga pochodzi najlepsza kava – mówi z dumą – nie używamy nawozów, nie potrzeba. Bracia sadzą 4000 roślin na hektarze i dostają po 20 dolarów za sztukę. Kilino ma zamiar ożenić się ze swoją amerykańską dziewczyną i przenieść się do Maryland. – A jak nie wypali, zawsze mogę wrócić na Tafahi i sadzić kava – śmieje się.

Wracamy do stolicy, Nuku’alofa. To nasza ostatnia noc przed odlotem na Fidżi. Nagle, tuż przed północą, hotel zaczyna tańczyć. Zataczamy się od ściany do ściany, jak na okręcie w czasie burzy. Wstrząsy są dość powszechne na Tonga, ale ten jest wyjątkowo silny. Jesteśmy przerażeni. I nagle z dołu, z hallu hotelowego i z baru dobiegają nas radosne okrzyki i donośny śmiech krajowców. Oni wiedzą, że to tylko bogini Hikule’o obraca się na drugi bok. Faka Tonga!

Piotr K. Domaradzki

(fot. Wikimedia Commons)