Szukaj
Polub nas!

island fot Wikipedia(fot. Wikipedia)Kraina rozbitków

Gdy Daniel Defoe pisał swoją książkę o przygodach Robinsona Crusoe, prawdopodobnie czerpał inspirację z losów Szkota Alexandra Selkirka, który przez cztery lata mieszkał na bezludnej wyspie Más a Tierra, przemianowanej w roku 1966 na Wyspę Robinsona Crusoe. Wydawać by się mogło, że dziś rozbitkiem w zasadzie nie można być. Jest jednak zupełnie inaczej...

W dobie satelitów, telefonii komórkowej i Internetu utknięcie na bezludnej wyspie nie powinno stanowić większego problemu, gdyż metod porozumienia się ze światem jest bardzo dużo. Okazuje się jednak, że w obszarze Mikronezji na Pacyfiku zostanie współczesnym Robinsonem Crusoe wcale nie jest takie trudne.

Cały teren Mikronezji składa się z pięciu suwerennych krajów, zajmujących terytorium złożone z kilku tysięcy wysp. Wśród tych krajów jest państwo o nazwie Mikronezja składające się z ponad 600 wysp, z których wiele to małe skrawki niezamieszkałego przez nikogo lądu. Liczni poszukiwacze przygód oraz mało rozważni turyści wyruszają czasami łodziami na wyprawy oceaniczne, a gdy dochodzi do jakiejś nieprzewidzianej awarii, lądują na pustkowiu, z dala od cywilizacji, bez odpowiednich zapasów wody i żywności oraz bez możliwości skontaktowania się z kimkolwiek.

Po pewnym czasie lokalne władze informowane są o tym, że ktoś zaginął na wodach Pacyfiku. Wtedy do akcji przystępują zwykle jednostki amerykańskiej Straży Przybrzeżnej (Coast Guard), gdyż Mikronezja jest obszarem „stowarzyszonym” z USA.

Ostatnio na wodach w pobliżu Mikronezji przepadli bez wieści Linus Jack oraz jego żona Sabina. Wybrali się łodzią z wyspy Weno w kierunku innej, zaludnionej wyspy, ale do celu nie dotarli. Przez tydzień trwały poszukiwania tej pary z udziałem licznych helikopterów i 15 okrętów. Ostatecznie pilot jednego z helikopterów dostrzegł na plaży bezludnej wyspy East Fayu wielkie litery SOS narysowane na piasku. Okazało się, że to właśnie tam wylądowali rozbitkowie, którzy nie posiadali żadnych wyszukanych urządzeń nawigacyjnych, a ich zapasy żywności i wody były minimalne.

Para zdołała zbudować w pobliżu plaży prowizoryczny szałas, ale nie wiadomo jeszcze, w jaki sposób ludzie ci żywili się przez tydzień. Zostali znalezieni w samą porę, ale nie można powiedzieć, by dowódcy Coast Guard w tej części świata byli zbyt przychylnie nastawieni do osób, które decydują się na lekkomyślne wyprawy, które prowadzą następnie do kosztownych i czasochłonnych akcji ratunkowych.

Jest to już drugi w tym roku tego rodzaju przypadek. W kwietniu trzech „żeglarzy” znalazło się na bezludnej wyspie Fanadik z chwilą, gdy ich łódź wywróciła się w czasie sztormowej pogody. Rozbitkowie ułożyli na plaży z liści palmowych napis HELP, co spowodowało, że zostali oni po trzech dniach wypatrzeni przez samolot należący do U.S. Navy.

Porucznik William White powiedział potem w czasie konferencji prasowej, że „wysiłek wielu ludzi złożył się na odnalezienie osób zaginionych w bardzo odludnym miejscu Pacyfiku”. White nikogo za nic nie skrytykował, ale jego słowa wyraźnie dały do zrozumienia, iż mało doświadczeni ludzie nie powinni wyruszać w oceaniczne rejsy bez odpowiedniego przygotowania.

Sytuacja w obszarze Mikronezji stała się na tyle poważna, że miejscowe władze sporządziły listę pięciu zasadniczych wskazówek dla ewentualnych rozbitków lądujących na bezludnych wyspach. Radzą im przede wszystkim sporządzenie jakiegoś dużego znaku, tak jak zrobili to rozbitkowie opisani powyżej. Ponadto kluczowe znaczenie ma znalezienie jak najszybciej źródła wody pitnej, ponieważ bez niej wytrwać można tylko kilka dni. Jeśli chodzi o żywność, zwykle na każdej wyspie znaleźć można jakieś jadalne rośliny. Inną wskazówką jest zbudowanie czym prędzej zadaszonego pomieszczenia, najlepiej nieco powyżej poziomu gruntu.

Rząd Mikronezji, podobnie zresztą jak dowódcy tamtejszych jednostek U.S. Navy oraz Coast Guard, ostrzegają jednak, iż dwie zakończone sukcesem akcje ratunkowe nie powinny być dla potencjalnych rozbitków źródłem optymizmu. Przeszukanie w porę tysięcy wysp rozrzuconych na znacznym obszarze Pacyfiku nie zawsze będzie możliwe. Istnieje realne prawdopodobieństwo, że rozbitkowie, którzy wylądują na jakiejś samotnej, mikroskopijnej, bezludnej wyspie, nigdy nie zostaną znalezieni.

Eksperci przestrzegają też przed wyidealizowanymi wizjami mieszkania na bezludnej wyspie i „radzenia sobie” z codziennymi trudnościami. Wystarczy zapewne przypomnieć historię Francuza Gauthiera Toulemonde’a, który – znużony codziennością i monotonią pracy – postanowił zamieszkać na bezludnej wyspie w pobliżu Indonezji, w towarzystwie swojego psa oraz laptopa. Eksperyment ten nie zakończył się zbyt dobrze. Gauthier przyznał, że po pewnym czasie zaczęło mu brakować ludzkiego towarzystwa i że żył w wiecznym strachu przed żmijami i szczurami. Ostatecznie poddał się i wrócił do swojej „nudnej” cywilizacji. Dziennikarzom powiedział, że życie rozbitka na bezludnej wyspie jest wprawdzie możliwe, ale z pewnością nie jest specjalne atrakcyjne i nie ma nic wspólnego z romantyzmem fikcyjnej postaci Robinsona Crusoe. Potwierdzili to również Linus i Sabina Jack, którzy na bezludziu mieszkali tylko przez tydzień, ale zgodnie orzekli, że było to przerażające przeżycie, o którym chcą jak najszybciej zapomnieć.

Andrzej Malak