Szukaj
Polub nas!

palmy fot Pixabay(fot. Pixabay)Zagłada palm

Los Angeles uważane jest za miasto wysokich, pięknych palm. Można się na nie natknąć tuż po wyjściu z lotniska LAX. Widnieją też na niezliczonych pocztówkach i plakatach, nie mówiąc już o tym, że są one często niemymi bohaterami hollywoodzkich produkcji. Ozdabiają słynny Hollywood Boulevard, ale obecne są również w niemal każdej dzielnicy miasta. Być może jednak ich dni są policzone…

Według szacunków z 1990 roku, w Los Angeles było wtedy ponad 75 tysięcy palm. Nowszych danych na razie nie ma, ale wiele wskazuje na to, iż dziś jest ich o połowę mniej. Drzewa wymierają zarówno ze starości, jak i w wyniku ataków ze strony owada zwanego palm weevil oraz grzyba Fusarium. Co więcej, władze miasta nie zamierzają sadzić nowych palm. Zniszczone drzewa mają zostać zastąpione roślinami, które dają więcej cienia i nie wymagają tak dużo wody jak palmy. Innymi słowy, prędzej czy później palmy w Los Angeles przestaną istnieć.

Przewiduje się, że do połowy obecnego stulecia średnia temperatura w Los Angeles wzrośnie 5 stopni F, a jednocześnie przybędzie znacznie dni z rekordowymi upałami. W związku z tym Elizabeth Skrzat, zajmująca się planowaniem i utrzymywaniem roślinności w Los Angeles, twierdzi, że konieczne jest zastąpienie palm drzewami, które będą bardziej dostosowane do cieplejszego klimatu. Ponieważ właściciele prywatnych działek nadal będą sadzić palmy, nigdy zupełnie nie znikną. Jednak ich obecność w miejscach publicznych, a szczególnie wzdłuż głównych arterii miejskich, zapewne skończy się całkowicie w najbliższych dwóch dekadach.

Perspektywa ta jest dla wielu tubylców niepokojąca. Marcel Hidouche, który posiada firmę oferującą autobusy do przewozu turystów, uważa, iż palmy powinny zostać zachowane za wszelką cenę, gdyż należą nieodłącznie do stylu miasta i kojarzą się przyjezdnym z relaksem i wakacjami. Ponadto podaje przykład miasta Fillmore, położonego 50 mil na północ od Hollywoodu. Tam w roku 2012 w centrum wycięto 26 wielkich palm, by w ten sposób upodobnić miejscowość do „zwykłych miejsc” w USA i potencjalnie zwabić hollywoodzkich producentów szukających filmowych plenerów. Jednak z kinematograficznego renesansu Fillmore nic nie wyszło, za to palm nie da się już w żaden sposób przywrócić. A przynajmniej nie od razu.

Rozważania praktyczne na temat dalszej obecności palm w Los Angeles zwykle pomijają fakty czysto botaniczne. Prawda jest taka, że tylko jeden gatunek palmy jest naturalnym organizmem w stanie Kalifornia. Wszystkie inne gatunki zostały w taki czy inny sposób importowane, między innymi z Meksyku oraz Wysp Kanaryjskich. Import ten był początkowo domeną XVIII-wiecznych franciszkanów, ale z początkiem XX wieku stał się zjawiskiem powszechnym. Wtedy to właśnie palmy z różnych zakątków świata zaczęły pojawiać się wzdłuż ulic Los Angeles oraz w wielu miejskich parkach.

Nigdy nie miało ich tam być – jest to z pewnością tzw. roślinność inwazyjna, z którą botanicy i działacze na rzecz ochrony środowiska naturalnego starają się od lat walczyć. Walka ta rzadko przynosi rezultaty, ponieważ nikt nie jest w stanie w pełni kontrolować tego, co ludzie sadzą na przydomowych działkach lub przywożą do USA z obcych stron. Na O’Hare od lat służbę pełnią psy rasy beagle, których zadaniem jest wykrywanie w bagażu podróżnych rolniczej kontrabandy. Oczywiste jest jednak to, że kontrole tego typu są bardzo wybiórcze i że obce Ameryce gatunki roślin płyną do nas nieustannie szerokim strumieniem.

David Fink, szef organizacji Climate Resolve, promującej ekologicznie uzasadnione rozwiązania, jeśli chodzi o roślinność południowej Kalifornii, twierdzi, że postawienie w przeszłości na palmy nie było samo w sobie błędem, ale dziś – w zaistniałej sytuacji – konieczna jest zmiana polityki. Jego zdaniem wysychające i obumierające palmy winny być zastępowane zupełnie innymi drzewami, nawet jeśli oznaczać to będzie dramatyczne przeobrażenie krajobrazu miasta.

Stopniowa zmiana klimatu staje się w Los Angeles coraz bardziej widoczna. Miesiące letnie przynoszą rekordowe upały, co powoduje dynamiczny wzrost populacji owadów szkodliwych dla flory. Andy Lipkis, szef organizacji TreetPeople, twierdzi, że problem nie dotyczy wyłącznie Los Angeles. Drzewa wymierają w całej południowej Kalifornii, a ich usuwanie – jego zdaniem – w ciągu następnej dekady pochłonie 37 miliardów dolarów. Jest to ogromna suma, którą Kalifornia po prostu nie dysponuje, a zatem należy założyć, iż obumarłe drzewa w większości pozostaną tam, gdzie są, i nie zostaną zastąpione nowymi.

Lipkis przyznaje, że gdy widzi w Los Angeles aleje z palmami po obu stronach ulicy, zdaje sobie doskonale sprawę z tego, iż jest to roślinność, której w ogóle nie powinno w tym miejscu być. Mimo to jest do tego widoku na tyle przywiązany, że wizja zniknięcia palm z Miasta Aniołów budzi w nim odruchowy sprzeciw. Jednak realia są w tym przypadku nieubłagane. Lokalne władze nie mają zamiaru bronić palm, gdyż jest to w obecnych warunkach zupełnie nieuzasadnione. Gdy zatem ktoś za dziesięć lat wyląduje na LAX, po wyjściu z terminalu zapewne nie ujrzy imponujących rzędów wysokich palm. Nie wiadomo nawet, co ujrzy. Drzew, które są w stanie znieść obecne warunki klimatyczne w mieście, jest stosunkowo niewiele, a sytuacja ma się stopniowo pogarszać.

Andrzej Malak