Szukaj
Polub nas!
1 1 1 1 1 1 1 1 1 1 Rating 5.00 (1 Vote)

„Gazmajster” z Mattoon

Przed siedmioma dekadami niewielkie miasto w środkowej części stanu Illinois żyło przez pewien czas w nieustannym strachu przed tajemniczym, nieuchwytnym napastnikiem, który terroryzował ludność atakami przy użyciu jakiegoś trującego gazu. Mieszkańcy Mattoon nigdy nie dowiedzieli się, kim ów truciciel był i jakie były motywy jego działania...

Choć finał tej niezwykłej historii miał miejsce w Mattoon, jej początek był udziałem mieszkańców powiatu Botetourt w stanie Wirginia. To właśnie tam w latach 1933-34 policja dostawała coraz liczniejsze doniesienia o tym, że jakiś nieznany osobnik usiłuje truć okolicznych mieszkańców gazem. Domniemane ofiary tych ataków zawsze opowiadały śledczym mniej więcej tę samą historię. Pod ich domami zjawiał się ktoś ubrany na czarno i zaraz potem znikał bez śladu, ale przedtem „wstrzykiwał” do domu gaz, który powodował nudności, zawroty głowy, a nawet częściowy paraliż.

Pierwszymi ofiarami była rodzina Huffmanów. Pani Huffman zeznała, że przez chwilę widziała wysokiego, ubranego w czarną odzież mężczyznę, skradającego się pod jej domem. Zaraz potem poczuła gaz i zrobiło jej się słabo. Podczas gdy ona poszła spać, jej mąż postanowił czuwać, na wypadek, gdyby tajemniczy napastnik wrócił. Po mniej więcej 30 minutach w domu Huffmanów ponownie czuć było gaz. Tym razem powiadomili policję i około północy w ich domu zjawił się detektyw, który przesłuchał całą rodzinę, ale nie był w stanie ustalić niczego konkretnego.

W pół godziny po opuszczeniu przez niego domu doszło do trzeciego ataku, w wyniku którego rozchorowali się wszyscy członkowie rodziny. Najbardziej ucierpiała 19-letnia Alice Huffman, którą trzeba było ratować sztucznym oddychaniem i u której wystąpiły konwulsje. Jej lekarz, dr S.F. Driver, był przekonany, że Alice zatruła się gazem, choć nie był w stanie ustalić, o jaką substancję mogło chodzić. Inny lekarz wykluczył chloroform, eter oraz gaz łzawiący.

W kilka dni później w niemal identyczny sposób zaatakowana została rodzina Hallów. Tym razem lekarz David Breckinridge uznał, że gaz stosowany przez napastnika był „słodkawy” i zawierał niemal na pewno formalinę. Ataki nasilały się, a w styczniu 1934 roku w jednym tylko dniu gaz pojawił się w pięciu różnych domach. W jednym przypadku nieuchwytny przestępca nie tylko wypełnił dom gazem, ale zabarykadował od zewnątrz drzwi wejściowe, tak jakby chciał uniemożliwić ucieczkę domownikom. Nie wiedział jednak, że nikogo nie było wtedy w domu. Rodzina Hartsellów wróciła po godzinie i natychmiast poczuła gaz we wnętrzu.

Wszystkie te ataki miały miejsce w terenie słabo zaludnionym, co powodowało, że nie było żadnych świadków poza samymi ofiarami. Atakujący nie pozostawiał po sobie żadnych śladów, ani też policji nigdy nie udało się zidentyfikować gazu stosowanego przez tajemniczego przestępcę. W miarę jak pojawiały się coraz to nowe doniesienia o atakach, w okolicy tej zaczęły występować objawy paniki, mimo że gaz nigdy nie spowodował śmierci żadnej z ofiar.

Tylko raz atak „gazmajstra” został udaremniony. 25 stycznia 1934 roku przed domem Chestera Snydera zaczął wieczorem szczekać pies. Chester wziął swoją strzelbę i wybiegł na podwórze, gdzie zobaczył skradającego się pod płotem mężczyznę. Oddał do niego pojedynczy strzał z odległości ok. 10 metrów, ale chybił. Policja znalazła później ślady intruza, choć nie było żadnych dowodów na to, iż skradający się w ciemnościach osobnik miał zamiar „zagazować” kolejny dom.

Ostatni udokumentowany atak miał miejsce w połowie lutego 1934 roku. Później ludzie zgłaszali jeszcze ponad 20 razy obecność gazu w swoich domach, ale w miarę upływu czasu były to coraz mniej wiarygodne raporty. Po roku bezowocnego śledztwa władze doszły do wniosku, że żadnego „gazmajstra” nie ma, a doniesienia o powtarzających się atakach były wynikiem masowej histerii wśród okolicznej ludności. W ten sposób sprawa ta zapewne zakończyłaby się raz na zawsze, tym bardziej że ataki nagle ustały. Jednak w dziesięć lat później w odległym od stanu Wirginia o setki mil Mattoon doszło do wydarzeń, których scenariusz był w zasadzie identyczny w porównaniu do tego, co spotkało ludzi w powiecie Botetourt.

W dniu 31 sierpnia 1944 roku mieszkaniec Mattoon obudził się w środku nocy i powiedział żonie, że źle się czuje. Zasugerował, że może w kuchni ulatnia się gaz. Jego żona próbowała wstać z łóżka, ale – ku swojemu przerażeniu – zdała sobie sprawę, że nie jest w stanie tego zrobić, bo jest sparaliżowana. Paraliż po pewnym czasie ustąpił. Przestraszona kobieta nie wiedziała wtedy jeszcze, że u jej sąsiadki, Berty Kearney, wystąpiły dokładnie te same symptomy.

Zaalarmowana policja przeszukała okolice obu domów, ale niczego podejrzanego nie znaleziono. Następnego dnia do domu z pracy wracał o północy George Kearney. Pod jednym z okien ujrzał wysokiego, ubranego na czarno osobnika, który natychmiast zbiegł.

Wieści o tych wydarzeniach szybko rozeszły się po mieście. W ten sposób powstała legenda o „Mad Gasser of Mattoon”, czyli obłąkanym trucicielu, czyhającym w nocy na kolejne ofiary. Do publicznej histerii przyczyniła się lokalna gazeta, która swoje doniesienia o ataku na dom państwa Kearneyów „ozdobiła” przeróżnymi, sensacyjnymi spekulacjami. Do pewnego stopnia utrudniło to znacznie prowadzenie śledztwa, bo policja coraz częstsze doniesienia o atakach lekceważyła, uznając je za skutki paniki wśród ludności. Jednak nie wszystkie ataki w Mattoon można było wyjaśnić masową histerią.

Do 5 września policja dostała doniesienia o czterech kolejnych atakach. Wszystkie ofiary zeznawały, że w ich domach pojawiał się słodkawy zapach, a zaraz potem domownicy cierpieli na nudności i częściowy paraliż, który ustępował po mniej więcej 30 minutach. Najciekawszy dla prowadzących śledztwo był atak na dom państwa Cordes. Gdy wracali oni późnych wieczorem do swojej posiadłości, zauważyli, że na ich ganku leży jakaś biała szmata. Pani Cordes podniosła ją i poczuła dziwny, słodkawy zapach. Już po kilku minutach zaczęła odczuwać mdłości i zawroty głowy. Na jej twarzy i ustach wystąpiła opuchlizna, a z ust zaczęła wyciekać krew. Wszystkie te symptomy ustąpiły po dwóch godzinach.

W ten sposób policja po raz pierwszy weszła w posiadanie jakiegoś namacalnego śladu domniemanego przestępcy. Prócz szmaty na ganku znaleziono również pusty pojemnik po szmince do ust oraz wytrych. Wyglądało więc na to, że ktoś usiłował wedrzeć się do środka domu, ale próba ta nie zakończyła się sukcesem. Dziwne jest do dziś to, że policja nigdy nie poinformowała o wynikach analizy białego kawałka materiału.

Dalsze doniesienia o kolejnych atakach miały zawsze tego samego bohatera – wysokiego, szczupłego mężczyznę w czerni i w czarnym nakryciu głowy. Nikt jednak nigdy nie był w stanie opisać jego twarzy. Sfrustrowana brakami postępów w śledztwie policja ściągnęła ze Springfield do Mattoon dwóch agentów FBI, ale im również nie udało się osiągnąć jakichkolwiek postępów. Tymczasem panika w miasteczku narastała. Pojawiły się plotki o tym, że „Gasser” to zbiegły z zakładu dla obłąkanych szaleniec. Inna plotka sugerowała, że chodziło o zwariowanego naukowca, testującego na niewinnych ludziach swoje nowe substancje. Na ulicach Mattoon pojawiły się uzbrojone patrole złożone z okolicznych mieszkańców. Jednak ataki trwały nadal i stawały się coraz częstsze. Ponadto „gazmajster” zaczął pozostawiać po sobie różne ślady, w szczególności odciski swoich butów. Jeden z ochotniczych patroli zatrzymał po pewnym czasie podejrzanego, ale po poddaniu go testowi na prawdomówność postanowiono go zwolnić.

W dniu 10 września lokalni biznesmeni zorganizowali w centrum miasta demonstrację, w czasie której domagano się od policji bardziej zdecydowanego działania. Jednak policja była bezradna i nie była nawet w stanie usunąć z ulic ochotniczych patroli, wzmocnionych potem przez okolicznych farmerów.

Lokalne władze doszły do wniosku, że nawet jeśli „Mad Gasser” rzeczywiście istnieje, zagrożenie z jego strony jest stosunkowo niewielkie. Uznano też, że coraz to nowe doniesienia o atakach są często wynikiem wszechobecnej histerii, a nie rzeczywistych wydarzeń. Innymi słowy, policja postanowiła nie robić nic, w nadziei, że problem rozwiąże się sam. Ponadto kilku psychologów postawiło hipotezę, że postać „Gassera” wymyśliły sobie kobiety w Mattoon, czego celem miało być rzekomo „zwrócenie na siebie uwagi”. Wielu mężów walczyło wtedy w Europie w szeregach aliantów, co oznaczało, że kobiety te były tymczasowo samotne.

Szef policji w Mattoon ogłosił 12 września, że w lokalnej fabryce Atlas Diesel Engine Co. używano w owym czasie znacznych ilości tetrachlorku węgla i że to właśnie obecność tej substancji w powietrzu odpowiedzialna była za liczne przypadki zatruć. Jednak szef fabryki szybko oświadczył, że to niemożliwe, bo gaz ów używany był od lat i nigdy przedtem nie wywoływał żadnych problemów wśród ludności.

Warto wspomnieć, że mieszkańcy Mattoon nie mogli „zapożyczyć” swoich doniesień o atakach w stanie Wirginia sprzed 10 lat, ponieważ nikt o wcześniejszych wydarzeniach w powiecie Boutourt nie wiedział w Illinois. Jeśli zatem „Mad Gasser of Mattoon” rzeczywiście istniał, prawdopodobne jest, iż był to ten sam człowiek, który truł ludzi w Wirginii.

Do ostatniego ataku doszło 13 września, kiedy to gaz wpuszczony został do domu Marthy Bench i jej syna. Jednak ofiary tego ataku twierdziły, że napastnikiem była kobieta przebrana za mężczyznę. Jest to o tyle intrygujące, że w przypadku ataków w Wirginii pod domami ofiar znaleziono odciski kobiecych butów. Tak czy inaczej, od tego momentu nie było już żadnych raportów o nowych atakach. „Gasser” nigdy więcej się nie pojawił, a śledztwo po prostu umorzono.

Teorii na temat tego, kim był tajemniczy napastnik, jest bardzo wiele, a niektóre są wręcz egzotyczne. Równie często pojawiały się tezy, że żadnego truciciela nigdy nie było, a cała sprawa jest wynikiem zbiorowego urojenia. Trudno jest jednak wtedy wyjaśnić podobieństwo i spójność zeznań domniemanych ofiar w dwóch różnych częściach USA.

Andrzej Malak

(Fot.: Wikimedia Commons)