Szukaj
Polub nas!
1 1 1 1 1 1 1 1 1 1 Rating 4.75 (2 Votes)

Atak na Chicago

Chicago w roku 1982 stało się obiektem niezwykłego ataku, który wywołał panikę w mieście i spowodował, że w rok później Kongres uchwalił ustawę nakładającą na producentów leków wymóg stosowania wielowarstwowych zabezpieczeń pojemników z medykamentami...

W dniu 29 września 1982 roku zamieszkała w Elk Grove Village 12-letnia Mary Kellerman obudziła wczesnym rankiem swoich rodziców, ponieważ źle się czuła – miała silny ból gardła i katar. Jej matka dała jej jedną tabletkę Tylenolu i wyprawiła z powrotem do łóżka. O 7.00 rano rodzice znaleźli Mary nieprzytomną na podłodze łazienki. Pogotowie zabrało ją natychmiast do szpitala, ale tam niemal od razu stwierdzono zgon.

Tego samego dnia karetka została wezwana do 27-letniego pracownika poczty, Adama Janusa, który mieszkał w Arlington Heights. Znaleziono go leżącego na podłodze. Oddychał z trudnością, miał niebezpiecznie niskie ciśnienie krwi, a jego źrenice były rozszerzone. Po przewiezieniu pacjenta do Northwest Community Hospital próbowano go ratować, ale nie dało to żadnych rezultatów. Adam zmarł po kilkunastu minutach.

Lekarze przypuszczali początkowo, że Mary zmarła w wyniku wylewu krwi do mózgu, a Adam stał się ofiarą ataku serca. Jednak te wstępne diagnozy szybko uległy rewizji w wyniku serii dalszych wydarzeń. Następnego dnia w domu Adama zebrała się jego rodzina, zaszokowana jego nagłą śmiercią. 25-letni brat zmarłego, Stanley, oraz jego żona Theresa cierpieli z powodu bólu głowy, wynikającego zapewne ze stresu. Stanley znalazł w kuchni brata pojemnik z Tylenolem. Zażył jedną tabletkę, a drugą dał żonie. Już w kilka minut później oboje stracili przytomność. Przerażeni krewni wezwali pogotowie, ale ponownie okazało się, że nic się nie da zrobić – Stanley zmarł tego samego dnia, a jego żona w dwa dni później.

Dr Thomas Kim, który pracował wtedy w Northwest Community Hospital, nabrał podejrzeń, że przyczyną trzech zgonów w tej samej rodzinie i w tak krótkich odstępach czasu nie mogło być jakiekolwiek schorzenie, a zatem w grę wchodziły jakieś czynniki zewnętrzne. Początkowo przypuszczał, że w domu Janusów mogło dojść do zatrucia jakimś gazem. Potem jednak odbył rozmowę z Johnem B. Sullivanem, pracownikiem ośrodka toksykologicznego w Kolorado, w wyniku której doszedł do wniosku, iż Janusowie mogli umrzeć w wyniku zatrucia cyjankiem potasu. W związku z tym wysłał próbki krwi zmarłych do laboratorium.

Zanim jednak laboratorium zdążyło próbki te przebadać, strażak z Arlington Heights, Philip Cappitelli, rozmawiał z kolegą po fachu z Elk Grove Ville, Richardem Keyworthem. Zwrócił uwagę na fakt, że Mary Kellerman zmarła po zażyciu Tylenolu. Keyworth zastanawiał się, czy wszystkie cztery zgony nie miały coś wspólnego z tym środkiem przeciwbólowym. Cappitelli z czystej ciekawości zadzwonił do tych pracowników pogotowia, którzy dwukrotnie udawali się do domu Janusów i zapytał, czy pacjenci ci zażyli przed śmiercią Tylenol. Był zaszokowany, gdy usłyszał, że tak.

Zaalarmowana policja zabrała z domu Janusów i Kellermanów pojemniki z Tylenolem. Już następnego dnia główny toksykolog Cook County Michael Shaffer ogłosił, że w każdym z tych pojemników znaleziono 65 miligramów cyjanku potasu, czyli dawkę kilka tysięcy razy silniejszą od tej, która powoduje śmierć dorosłego człowieka. Stało się jasne, że Chicago zostało zaatakowane przez mordercę, który z sobie tylko znanych powodów postanowił truć ludzi.

Panika

Niemal natychmiast producent Tylenolu, koncern Johnson & Johnson, ogłosił czasowe wycofanie tego środka ze sprzedaży oraz zaapelował do wszystkich placówek medycznych o poddanie posiadanych zapasów uważnym oględzinom. Niestety, dla trzech dalszych ofiar ostrzeżenia te okazały się spóźnione. Po zażyciu Tylenolu zmarły młode kobiety w Chicago i Winfield. W sumie zatem truciciel zabił siedem osób.

Można bez przesady powiedzieć, że w październiku 1982 roku miasto Chicago znajdowało się w stanie paniki. Policyjne radiowozy jeździły po ulicach i przez megafony ostrzegały przed zatrutym Tylenolem. Szpitale i komisariaty policji nie mogły nadążyć z odbieraniem tysięcy telefonów od zaniepokojonych, a często wręcz przerażonych mieszkańców. Wszyscy wyrzucali w pośpiechu posiadane w domach pojemniki z Tylenolem, a środek ten całkowicie zniknął ze sklepowych półek.

Nastrój paniki nie dotyczył wyłącznie Chicago i okolic. W wielu aglomeracjach miejskich ludzie zgłaszali się na policję i do szpitali w przekonaniu, że są zatruci. Doszło nawet do tego, że toksykolog w Seattle musiał publicznie wyjaśniać ludziom, że gdyby otruli się cyjankiem, z pewnością nie mieliby czasu, by o tym kogokolwiek powiadomić.

Jednak do żadnych dalszych otruć już nie doszło, ani w Chicago, ani też w innych miastach. W sumie ze sklepów wycofano 31 milionów pojemników z Tylenolem, co firmę Johnson & Johnson kosztowało 125 milionów dolarów, nie mówiąc już o mocno nadszarpniętej reputacji. Koncern zaoferował nagrodę w wysokości 100 tysięcy dolarów za pomoc w wykryciu sprawcy. Nagrody tej nigdy nikt nie zainkasował.

Śledztwo

Szybko ustalono ponad wszelką wątpliwość, że trucizna nie została dodana do medykamentu w fabryce. Oznaczało to, że ktoś kupił Tylenol w kilku sklepach, dodał do kapsułek truciznę, a następnie umieścił produkt skrycie na sklepowych półkach. Trzeba pamiętać, że wtedy leki sprzedawane bez recept nie były w żaden sposób zalakowane, ani też nie miały jakichkolwiek innych zabezpieczeń. Wystarczyło odkręcić pokrywkę, by uzyskać dostęp do tabletek.

2 października znaleziono cyjanek w jeszcze jednym pojemniku z Tylenolem, usuniętym ze sklepu na przedmieściach Chicago. Ustalono, że zatrute lekarstwa zostały podłożone w sześciu chicagowskich sklepach: Jewel Foods w Arlington Heights, Jewel Foods w Elk Grove Village, Osco Drug Store w Schaumburgu, Walgreens Drug Store w Chicago, Frank’s Finer Foods w Winfield oraz w jeszcze jednej placówce, która nie została wtedy zidentyfikowana. W każdym z tych sklepów umieszczono tylko jeden pojemnik z zatrutym Tylenolem, a w każdym z nich truciznę zawierało od trzech do dziesięciu kapsułek. Wyjątkiem był sklep Osco, w którym znaleziono dwa pojemniki z cyjankiem.

Prowadzący śledztwo uważali, że wybór przez truciciela tych akurat sklepów był niemal na pewno całkowicie przypadkowy. Pojawiały się jednak również spekulacje o tym, że za wyborem tych sklepów stały jakieś nikomu poza mordercą nieznane intencje.

Ponieważ cyjanek potasu nie jest substancją, którą można kupić w sklepie, śledczy skoncentrowali się na analizie miejsc zatrudnienia, w których cyjanek jest powszechnie używany. W grę wchodziły laboratoria fotograficzne, fabryki nawozów sztucznych oraz fabryki chemikaliów.

Po miesiącu pojawiła się informacja, że policja aresztowała podejrzanego. Człowiek ten nie został zidentyfikowany, ale podano, że był to 48-letni chemik amator, który pracował w magazynie, gdzie miał dostęp do ładunków Tylenolu. Ponadto policja znalazła rzekomo w jego domu dwa bilety lotnicze do Tajlandii, broń palną oraz „broszury o stosowaniu trucizn”.

W sumie jednak był to zupełnie fałszywy trop. Podejrzany został wprawdzie skazany na kilka miesięcy więzienia za nielegalne posiadanie broni, ale został potem zwolniony za niewielką kaucją i wszelki słuch po nim zaginął.

Zaraz potem znalazł się jednak nowy podejrzany. Firma Johnson & Johnson dostała wkrótce po dramatycznych wydarzeniach w Chicago anonimowy list, w którym ktoś domagał się wypłacenia mu okupu w wysokości miliona dolarów w zamian za przerwanie dodawania cyjanku do Tylenolu. Policja szybko wykryła, że autorem tego listu był James W. Lewis, z zawodu księgowy, ale z zamiłowania oszust, który był też podejrzany o dokonanie brutalnego morderstwa w Kansas City.

Rozpoczęły się intensywne poszukiwania Lewisa w Illinois, Missouri, Kansas oraz Teksasie. Były one tym bardziej ważne, że pod koniec października wykryto jeszcze jeden pojemnik z zatrutym Tylenolem, tym razem w sklepie na północy Chicago.

Po 10 tygodniach bibliotekarka w Nowym Jorku zadzwoniła na policję i oznajmiła, że w czytelni znajduje się człowiek odpowiadający rysopisowi Lewisa. Biblioteka została niemal natychmiast otoczona, a podejrzany został bez przeszkód aresztowany. Wkrótce potem w ręce śledczych oddała się też żona Lewisa.

W trakcie przesłuchań para ta stanowczo zaprzeczyła, by miał coś wspólnego z dodaniem do Tylenolu trucizny. Co więcej, Lewis nie przyznał się nawet do napisania listu z żądaniem okupu, mimo że na papierze znaleziono jego odciski palców. Tak czy inaczej, nie znaleziono niczego – poza listem – co łączyłoby Lewisa z morderstwami w Chicago. Ponadto okazało się, że w okresie, w którym doszło do dodania cyjanku do leków, Lewis mieszkał wraz z żoną w nowojorskim hotelu, co potwierdzili liczni świadkowie. LeAnn Lewis pracowała wtedy w Nowym Jorku i codziennie spotykała się z mężem w czasie przerwy na lunch. Nie znaleziono żadnych biletów lotniczych, kolejowych lub autobusowych, które wskazywałyby na to, iż Lewisowie byli w tym czasie w Chicago.

Ostatecznie uznano, że Lewis chciał skorzystać z sytuacji i wyłudzić znaczną sumę pieniędzy, ale z zatruwaniem leków nie miał nic wspólnego. Został za swoje przestępstwa skazany na 20 lat więzienia, a na wolność wyszedł w roku 1995.

Od tego czasu nie pojawił się już inny podejrzany, któremu można by postawić zarzuty, ani też nie natrafiono na nowe ślady. Morderstwo sprzed ponad 30 lat pozostaje niewyjaśnione.

Do dziś trwają spory o to, kim tajemniczy morderca mógł być. Przeważa opinia, że był to jakiś samotnik, mający pretensje do całego świata. Przypuszcza się, że mieszkał w Chicago lub jego okolicach, ponieważ wydawał się dobrze znać rozmieszczenie poszczególnych sklepów. W sumie jednak jest to wizerunek zbyt ogólnikowy, by mógł być pożyteczny.

Jedno jest pewne – morderca nie był profesjonalistą. Jego spreparowane ampułki były często zniekształcone i nieco „spuchnięte”, co sugeruje swoistą amatorszczyznę. Niestety, ludzie, którzy te ampułki zażyli, nie zwrócili na ich odmienny kształt uwagi. Celowe zatruwanie leków nikomu nie przyszło nawet na myśl.

Zabójca nigdy więcej nie wznowił swojej działalności. Wprawdzie przez następne lata pojawiały się próby „naśladowania” jego metod działania, ale zawsze okazywało się, że były one dziełem osób, które z wydarzeniami w Chicago nie miały nic wspólnego.

W dniu 27 kwietnia 2011 roku władze więzienia federalnego w miejscowości Florence w stanie Kolorado pobrały na zlecenie FBI próbki DNA od Teda Kaczynskiego, czyli tzw. Unabombera, skazanego na dożywocie za rozsyłanie listów z ładunkami wybuchowymi. Chodziło rzekomo o ustalenie, czy Kaczynski ma jakikolwiek związek z dodaniem cyjanku potasu do Tylenolu w 1982 roku. Wynikli tych testów nie są znane, ale trzeba przyznać, że niektóre szczegóły działalności Kaczynskiego stawiać go mogą w szeregu podejrzanych. Unabomber początkowo działał w Chicago, a konkretnie w domu swoich rodziców w Lombard. Przebywał w tym domu w latach 1978-79, choć wszystko wskazuje na to, że był tam również później.

Ponadto w rodzinnym stanie Kaczynskiego, Montanie, istnieje sporo kopalń srebra oraz zakładów obróbki tego surowca, gdzie stosowany jest cyjanek potasu. Wreszcie zapiski w jego dzienniku z roku 1982 wskazują, że był on wtedy szczególnie sfrustrowany, ponieważ kilka skonstruowanych przez niego bomb zawiodło, tj. nie doszło do ich wybuchu.

Niestety, nawet jeśli Kaczynski miał z tym wszystkim coś wspólnego, udowodnienie mu czegokolwiek po tylu latach może okazać się zupełnie niemożliwe.

Krzysztof M. Kucharski

Fot. Wikimedia Commons