Szukaj
Polub nas!

Anthony Hopkins Mike Nelson EPA ShutterstockAnthony Hopkins
(fot. Mike Nelson/EPA/Shutterstock)
Genialny kuglarz

Jest jednym z najwybitniejszych aktorów światowego kina, mimo że aktorstwa nie traktuje jako swego powołania. Temu niezwykle inteligentnemu i wrażliwemu artyście serce skradły już w dzieciństwie dwie inne muzy – malarstwa i muzyki. 80-letni sir Anthony Hopkins to z pewnością człowiek o wielu talentach...

Nieustanny walc

Rodzice, Dick i Muriel, dali mu dwa imiona – Philip Anthony, ale on zawsze wolał to drugie i posługuje się nim do dziś. Przyszedł na świat 31 grudnia 1937 r. w walijskim miasteczku Port Talbot jako pierworodny syn i jak pokazały dalsze losy rodziny – jedyny potomek Hopkinsów. Z piekarni, której Dick był właścicielem, żyli na przyzwoitym poziomie. Ale mały Anthony nie był szczęśliwy. Nie cierpiał się uczyć, co przekładało się na mierne stopnie.

– Byłem beznadziejny w szkole w Port Talbot. Nie wiem, czy powodem była dysleksja czy ADHD. Byłem kompletnym matołem i może dlatego nie miałem kolegów. Naprawdę. Byłem totalnie głupi. Nie bawiłem się z innymi dziećmi, bo nikt mnie nie lubił. Siedziałem w ostatniej ławce i nie wiedziałem, o czym mówią nauczyciele. Byłem na szarym końcu w każdym przedmiocie – opowiadał po latach.

Gdy kilkukrotna zmiana szkół niczego nie przyniosła, ojciec umieścił go w szkole z internatem. Tam cierpiał, bo nie potrafił odnaleźć się w nowych warunkach. Nie wiodło mu się ani w nauce, ani w sporcie. Nie umiał też z nikim się zaprzyjaźnić.

– Naprawdę sądziłem, że jestem dotknięty jakąś wadą genetyczną. To przekonanie, choć znacznie słabsze, tkwiło we mnie przez całe życie. Poczucie, że coś ze mną jest nie tak, że brakuje mi jakiegoś genu, uniemożliwiło mi nauczenie się innego języka czy dokończenie czegokolwiek – powiedział kiedyś.

Rówieśnicy twierdzili, że jest dziwny, a starsi uczniowie zadawali mu ból. Fizyczny i psychiczny.

– W pewnym sensie to był wspaniały dar od losu, ponieważ wzbudzili we mnie taką złość, że poprzysiągłem sobie, iż się zemszczę. Postanowiłem, że stanę się sławny i bogaty, i w ten sposób im wszystkim pokażę – powiedział.

Zaczął od budowy własnego świata w wyobraźni. A ponieważ kochał muzykę, zamarzył sobie, by zostać Beethovenem. Genialnemu niemieckiemu kompozytorowi i pianiście co prawda nie dorównał, ale okazało się, że talent muzyczny ma. Do perfekcji opanował grę na pianinie, ale bardziej niż odtwarzanie utworów innych interesowało go komponowanie własnych. W wieku zaledwie 19 lat napisał walca And the Waltz Goes On. Po raz pierwszy usłyszał go dopiero po 55 latach. Wykonał go nie byle kto, bo znany na całym świecie holenderski mistrz skrzypiec André Rieu i jego Johann Strauss Orchestra. Stało się to podczas koncertu w Wiedniu.

– Podziwiam André i jestem jego wielkim fanem. Moja żona i ja bardzo chcieliśmy go poznać, więc wysłałem mu utwór, który skomponowałem. Nie spodziewałem się, że wykona go na scenie. Jestem bardzo poruszony. Brzmi o wiele lepiej, niż się spodziewałem. To spełnienie moich największych marzeń – oświadczył Hopkins, który był obecny na koncercie.

Z czasem Anthony uwierzył w siebie na tyle, że stworzył ścieżkę dźwiękową do trzech filmów, w tym do swojego autorskiego obrazu August z 1996 r. Udało mu się też napisać symfonię. Od czasu do czasu występuje na żywo.

Ucieczką przed samotnością w czasach młodości było dla Anthony’ego również malarstwo.

– Uwielbiam malować pejzaże, czasem obrazy abstrakcyjne. Wychodzi mi to całkiem nieźle, bo są pokazywane w dużych galeriach – zdradził kiedyś.

Faktycznie, prace Hopkinsa były niejednokrotnie wystawiane w znanych galeriach Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych.

Trzecią wielką pasją Walijczyka jest jedzenie. Jego zdaniem nie ma nic lepszego na świecie niż dobry obiad. Ale chwil wolnych nie poświęca wyłącznie na przyjemności. Jest aktywistą. Bierze udział w dużej liczbie akcji charytatywnych. Działa również na rzecz środowiska.

Sztuka jarmarczna

Jako nastolatek Anthony zapisał się do amatorskiego kółka dramatycznego w YMCA.

– Pomyślałem sobie wtedy: „Co ja tutaj robię?”. Nie byłem zainteresowany aktorstwem, nie miałem pojęcia, co będę robił w życiu. Sądziłem wtedy, że przejmę po ojcu piekarnię. Spróbowałem jednak swoich sił na scenie i mi się spodobało. Uznałem, że to będzie dobry sposób na utarcie nosa tym, którzy zgotowali mi w szkole piekło – wspominał.

Tak naprawdę jednak największą inspiracją dla młodego Anthony’ego, by zostać aktorem, był jego rodak i ówczesna legenda Hollywood – Richard Burton.

– Pamiętam, był rok 1955. Pomagałem ojcu w piekarni. Rozwoziłem chleb. Wszedłem do jednego ze sklepów z towarem, a gdy wychodziłem, podjechał szary samochód, którego kierowca skręcał, by wjechać na główną ulicę. To był on, to był Richard Burton. Właśnie został gwiazdą Hollywood. W południowej Walii był uważany za bohatera: lokalny chłopiec, któremu się udało. Popatrzył na mnie, ot tak spojrzał przelotnie. Odwzajemniłem spojrzenie i nasze oczy się spotkały. Pomyślałem wtedy: „Pewnego dnia chcę też być kimś takim” – wspominał aktor.

Sześć lata później otrzymał stypendium w prestiżowej londyńskiej Royal Academy of Dramatic Art, a w wieku 28 lat nie tylko pracował już z sir Laurence’em Olivierem w Royal National Theatre, ale stał się jego protegowanym. Szybko sam zaczął odnosić wielkie sukcesy, tworząc wielkie kreacje w repertuarze szekspirowskim.

– Nazywano mnie aktorskim objawieniem, a ja zacząłem w to wierzyć – mówił.

I to był początek jego problemów. Zaczął nadużywać alkoholu.

– Początkowo piłem wszystko, co wpadło mi w ręce i co zawierało alkohol. Gdy akurat nie jadłem, nie miałem nic w ustach. Z czasem moim ulubionym napojem stała się tequila. W pewnej chwili prawie straciłem przez nią rozum. (...) Przez kilka ostatnich miesięcy picia miewałem halucynacje. To było jak przedłużona jazda na kwasie. Widziałem różne rzeczy i nawet doświadczałem przeżyć natury religijnej. Raz wydawało mi się, że jestem Janem Chrzcicielem, i zacząłem przemawiać do morza. Kręciłem wtedy film w Malibu, a co ciekawe, morze również do mnie mówiło. Wszystko to było dziwaczne. Dla wielu artystów, aktorów i muzyków alkohol staje się paliwem, które w końcu ich spala. Ja uniknąłem tego losu chyba dlatego, że nagle ogarnęło mnie przerażenie. Uświadomiłem sobie bowiem, dokąd zmierzam: prosto do piekła na taczkach – opowiadał.

Dzięki – jak przyznał – wierze i spotkaniom w klubie Anonimowych Alkoholików w 1975 r. zerwał z nałogiem. Wtedy już był uznanym aktorem filmowym. Za jego przełomową rolę uznaje się występ w The Lion in Winter, u boku Petera O’Toole’a, Katharine Hepburn i Timothy’ego Daltona. Grywał jeszcze co prawda w teatrze, ale coraz częściej pojawiał się na dużym ekranie, zwłaszcza po przeprowadzce do Ameryki w latach 80. Doskonałą kreację stworzył w The Elephant Man w reżyserii Davida Lyncha, ale światową gwiazdą został po zaprezentowaniu się w roli psychopaty, dr. Hannibala Lectera w Silence of the Lamb Jonathana Demme’a.

Po tym filmie zabiegali o niego najlepsi. Z występem u Stevena Spielberga – w Amistad – związana jest pewna anegdota. Hopkins zaszokował wszystkich na planie, gdy już za pierwszym razem wygłosił bezbłędnie siedmiostronicowy monolog z sali sądowej. Spielberg, na którym trudno jest zrobić wrażenie, po prostu oniemiał i przestał zwracać się do niego Tony, a zaczął tytułować go – z pełnym szacunkiem – sir Anthony. O Hopkinsie mówi się, że posiadł rzadką zdolność grania ludzi genialnych. W sumie wystąpił w ponad stu filmach i zdobył wiele nagród. Ma na koncie jednego Oscara i cztery nominacje Akademii Filmowej oraz trzy nagrody – na siedem nominacji – Brytyjskiej Akademii Filmowej.

Co ciekawe, aktorstwa nie traktuje zbyt poważnie.

– Kino nie zmieni świata. To sztuka jarmarczna, kuglarstwo. Moja praca polega na wygłaszaniu kwestii. Wstaję rano, ubieram się, jadę do roboty, wkładam kostium, mówię kilka zdań, potem mam przerwę na lunch, wracam na plan, znów mówię, zdejmuję kostium i wychodzę. To wszystko. Nie ma w tym głębi ani mądrości. Ot, praca jak każda inna. Gdy wracam do domu, przez próg nie przechodzi sir Anthony Hopkins, laureat Oscara i wielu innych prestiżowych nagród. Próg przekracza Tony, facet, który na razie żyje, ale za 10 lat może już go nie być. Życie jest zbyt krótkie na rozbuchane ego – powiedział w rozmowie z dziennikarzami Newsweeka.

Trzy żony

Dziwi, że w szkole Anthony’ego zupełnie nie interesowały dziewczyny. Według jego kolegi, Briana Evansa, nie był homoseksualistą, ale podobno brało go obrzydzenie na samą myśl o pocałowaniu kobiety. Zainteresował się nimi dopiero w 1955 r., w trakcie nauki w szkole teatralnej Cardiff College. Miał wtedy romans z niejaką Pam Myles, ale o wiele silniejsze uczucia wzbudzał w nim przyjaciel, Peter Gil. 18-latków połączyły skomplikowane więzi emocjonalne, choć według Pam „Tony był stuprocentowo heteroseksualnym nastolatkiem”. Gil twierdził coś innego. Po latach aktor zdradził, że tajemnice własnej seksualności zgłębił dopiero po występie w sztuce M. Butterfly.

Był trzykrotnie żonaty. Po raz pierwszy ślubował miłość do grobowej deski Petronelli. Było to w 1966 r. Mariaż przetrwał sześć lat. Jego owocem jest jedyne dziecko aktora – córka Abigail, która jest piosenkarką. Kolejną żoną była urodziwa asystentka producenta, Jennifer Lynton. Ożenił się z nią w 1973 r. Pomogła mu w walce z alkoholizmem, ale odmówiła przeprowadzki do Los Angeles. Małżeństwem pozostali na papierze aż do 2002 r.

– Nie jestem zbyt dobry, jeśli chodzi o relacje. I to nieważne, jakiego rodzaju. Nie potrafię być zamknięty z kimś przez zbyt długi czas – powiedział po finalizacji rozwodu.

Ale tak mówił, zanim na jego drodze stanęła Stella Arroyave, dziś aktorka i producentka filmowa. Była dealerem antyków, gdy Anthony wszedł do jej sklepu, „by się rozejrzeć”. Wspominał później, że zbliżyła się, by go powitać, tańcząc. Zauroczyła go. Są małżeństwem od 2003 r. Aktor twierdzi, że uratowała mu życie, wyciągając go z depresji.

– Stella każdego ranka budzi się szczęśliwa i ma bardzo pozytywne podejście do wszystkiego. Nie pozwala mi się załamać. Nauczyłem się od niej, aby przyjmować życie takim, jakie jest, więc żyję bez oczekiwań. Jest młodsza ode mnie o osiemnaście lat, ale jest o wiele bardziej dojrzała duchowo – powiedział.

Aktor przypisuje żonie również to, że namówiła go na pisanie scenariuszy. Dzięki temu powstał Slipstream. Po cichu zdradził, że bez pomocy Stelli nie kupuje żadnych ubrań.

– To wspaniała kobieta, która uwielbia wydawać moje pieniądze. Ale jest dla mnie bardzo dobra, ponieważ zawsze mnie powstrzymuje przed głupotami – przyznał.

Najbardziej lubi spacerować z żoną po plaży w Malibu, gdzie mieszkają, a wieczorami oglądać telewizję. Nie znaczy to, że zwolnił. Mimo zaawansowanego wieku ani myśli o emeryturze. Nadal gra w filmach. Ostatnio wrócił na ekrany kin jako Odyn w Thor: Ragnarok, a kilka dni temu rozpoczął zdjęcia w Argentynie do obrazu Netflixa, Pope w reżyserii Fernando Meirellesa. Opowiada on o relacji między papieżem Franciszkiem a papieżem Benedyktem XVI. Hopkins wciela się w postać tego drugiego. Obecnego przywódcę Kościoła katolickiego gra Jonathan Pryce. Latem Anthony wziął udział w kampanii reklamowej włoskiej marki Brioni (od 1945 r. szyje luksusowe garnitury), której został ambasadorem.

– Podoba mi się nieprzewidywalność życia, jego dziwaczna choreografia. Nie wiadomo, co stanie się za chwilę. Moje życie właśnie takie jest. I jestem szczęśliwy, cokolwiek to oznacza – stwierdził niedawno.

Dorota Feluś