Szukaj
Polub nas!

Ludwig van Beethoven fot WikipediaJoseph Karl Stieler,
Portret Ludwiga van Beethovena
(fot. Wikipedia)
Arcydzieła wyobraźni

Był jednym z najwybitniejszych wirtuozów i kompozytorów w historii. Zdumiewające jest to, że swoje największe dzieła stworzył, gdy stracił słuch. Prywatnie genialny Ludwig van Beethoven uchodził za dziwaka i zrzędę...

Podbój Wiednia

Nie ma pewności co do dnia urodzin Beethovena (w języku flamandzkim nazwisko to znaczy: „ogród buraków”). Wiadomo za to – z wpisu w księgach parafialnych – że został ochrzczony 17 grudnia 1770 r. w Bonn. Większość ekspertów uznaje, że genialny muzyk przyszedł na świat 16 grudnia, jako że w tamtym czasie dzieci musiały być zwyczajowo ochrzczone w okresie 24 godzin od narodzin. Jego szczęśliwe dzieciństwo trwało krótko, bo zaledwie trzy lata, i skończyło się wraz ze śmiercią dziadka Ludwiga – śpiewaka, a później kapelmistrza. To on odkrył u leworęcznego wnuka nie tylko talent muzyczny, ale też ogromną wyobraźnię i wrażliwość. Gdy zmarł, zdolności chłopca zaczął kształtować ojciec Johann – tenor w kapeli dworskiej.

Nie robił tego bynajmniej z miłości do syna. Chciał uczynić z małego Ludwiga drugiego Mozarta, bo widział w tym możliwość zarobku. Pieniędzy, których notorycznie w domu Beethovenów brakowało, potrzebował przede wszystkim na zaspokojenie swego alkoholowego nałogu.

Za młodu Ludwig uczył się grać na fortepianie, organach, altówce i skrzypcach. Na tym ostatnim instrumencie często improwizował, mimo że dostawał za to burę od ojca, który twierdził, że to marnotrawienie czasu. Na szczęście kreatywność chłopca docenili kolejni nauczyciele. Pierwszy własny koncert Beethoven zagrał w wieku 7 lat. W wieku 12 lat utrzymywał rodzinę, pracując jako pomocnik nadwornego organisty.

To wtedy zaczął komponować własne, oryginalne utwory. Za jeden z pierwszych uznaje się 9 wariacji na fortepian na temat marsza Dresslera. Napisał go w tonacji c-moll, co zdaniem znawców przedmiotu było ewenementem w tamtych czasach. Niektórym kompozycjom nadawał dziwne tytuły, na przykład Lied an einen Säugling („Piosenka dla niemowlęcia”) czy Elegie auf den Tod eines Pudels („Elegia dla martwego pudla”). Namawiany – i wspomagany finansowo przez arystokratów von Breuningów, w tej rodzinie uczył muzyki – w wieku 17 lat wyjechał do Wiednia, który był w tym czasie muzyczną stolicą świata. Tam został przedstawiony samemu Mozartowi, który po kilku udzielonych mu lekcjach miał powiedzieć: „Ten chłopiec niebawem zadziwi świat”.

Niestety, szczęśliwe chwile nie trwały długo. Na wieść o poważnej chorobie ukochanej matki (gruźlica) natychmiast wrócił do Bonn, a po jej śmierci zaopiekował się braćmi. Opinia zdolnego muzyka i nowe koneksje z wpływowymi osobami z rodzinnego miasta umożliwiły mu powrót do Wiednia – tym razem już na stałe – w 1792 r. Od razu został studentem Josepha Haydna, z którego rąk – jak zapewnił go jego pierwszy mecenas i przyjaciel, hrabia Ferdinand von Waldstein – miał „otrzymać ducha Mozarta”. Tak się jednak nie stało. Beethoven zniechęcony „staromodnym myśleniem” mistrza, którego rezultatem była ciągła ingerencja w jego kompozycje, ze współpracy szybko zrezygnował i oddał się w ręce Antonio Salieriego.

Jednak za kompozytora wszechczasów Beethoven uważał Georga Friedricha Handla. Mówił o nim, że jest niezrównanym mistrzem wszystkich mistrzów, od którego każdy muzyk powinien uczyć się, jak osiągać potężne efekty za pomocą oszczędnych środków.

Swoje publiczne występy w Wiedniu Beethoven rozpoczął w wieku 25 lat. Okrzyknięty wirtuozem fortepianu wzbudzał zachwyt arystokratów, którzy chętnie zatrudniali go jako nauczyciela. On jednak chciał być całkowicie niezależny i z tego powodu skoncentrował się na komponowaniu na zamówienie. A że tworzył muzykę, która – według jego przepisu – „zapalała płomień w sercach mężczyzn i napełniała łzami oczy kobiet” – nie miał problemu ze sprzedażą dzieł. Uznawany jest za jednego z pierwszych „wolnych artystów”, którzy utrzymywali się wyłącznie z komponowania. Jednym z jego młodzieńczych dzieł była III symfonia Eroica, którą – jako wielki entuzjasta Rewolucji Francuskiej – zadedykował Napoleonowi. Jednak na wieść, że ten koronował się na cesarza, wykrzyknął z nieukrywanym rozczarowaniem: „Więc i on jest tylko zwyczajnym człowiekiem!”, po czym dedykację anulował.

Beethoven nie tylko zajmował się muzyką. Wolny czas poświęcał filozofii, polityce, literaturze i... delektowaniu się kawą, której był wielkim miłośnikiem. I tu ciekawostka – zawsze przyrządzał sobie filiżankę napoju z odliczonych wcześniej 60 ziarenek.

Mistrz i kobiety

Beethoven był człowiekiem wyjątkowo wrażliwym na piękno. Nic dziwnego więc, że w jego życiu znalazły się też piękne kobiety.

W Wiedniu zawsze był uwikłany w różne związki – ujawnił jego przyjaciel Franz Gerhard Wegeler.

Niestety, w miłości nie miał szczęścia. Być może z powodu swojej niezbyt atrakcyjnej aparycji – był niski i gruby, a poza tym miał na twarzy wiele blizn po ospie. Zdawał sobie doskonale z tego sprawę. Kiedyś powiedział nawet:

Jestem taki brzydki, że żadna kobieta nie wyraziła dotąd chęci, by zostać moją żoną. A gdyby nawet znalazła się taka, to i tak nie ożeniłbym się z nią, bo nie lubię kobiet o złym guście.

Jego pierwszą miłością była urodzona w Przemyślu – w ówczesnej Galicji – austriacka hrabina Julie „Giulietta” Guicciardi, którą poznał w 1800 r., gdy zaczęła brać u niego lekcje gry na fortepianie.

„Moje życie znów stało się nieco przyjemniejsze. Znowu wychodzę do ludzi. Trudno uwierzyć, jak bardzo odizolowane i smutne życie wiodłem przez ostatnie dwa lata. Ta zmiana to zasługa słodkiej, czarującej dziewczyny, która mnie kocha i którą ja kocham. Po dwóch latach znów przeżywam chwile błogostanu. Po raz pierwszy czuję, że małżeństwo mogłoby przynieść mi szczęście” – pisał do Wegelera.

To z myślą o Giuliettcie skomponował jeden z najsłynniejszych utworów w historii muzyki – Sonatę Księżycową. Taki tytuł nadał mu później poeta Ludwig Rellstab, któremu – jak tłumaczył – jego pierwsza część przywodziła na myśl odbicie światła Księżyca w spokojnej, gładkiej tafli jeziora. Sam Beethoven nazwał utwór Sonata quasi una Fantasia („Sonata na kształt fantazji”). Niestety, sonata nie powstrzymała Giulietty przed odejściem. Gdy zorientowała się, że kompozytor nie zamierza się jej oświadczyć, zaczęła spotykać się z innym mężczyzną – hrabią Wenzelem Robertem von Gallenbergiem, za którego wyszła za mąż w 1803 r. Dwadzieścia lat później Beethoven wyznał swojemu sekretarzowi, a później biografowi, Antonowi Schindlerowi, że „w tamtym czasie faktycznie byłem mocno zakochany”.

Kolejną kobietą, która zauroczyła kompozytora, była córka jednego z jego lekarzy, Teresa Maltaffi. Stanęła na jego drodze w 1810 r. Mówi się, że to dla niej skomponował swój najpopularniejszy utwór Für Elise, znany wszystkim pod nazwą „Dla Elizy”. Podobno zamierzał się jej nawet oświadczyć, ale wycofał się w ostatniej chwili. Niektórzy historycy twierdzą, że adresatką utworu Für Elise była w rzeczywistości nie Maltaffi, a niemiecka śpiewaczka operowa Elisabeth Rockel, którą Beethoven podobno poprosił o rękę.

Mniej poważniej traktował śpiewaczkę z Berlina, Amalie Sebald. Poznali się w czeskim uzdrowisku Teplitz w 1812 r. Gdy muzyk się rozchorował, Amalie się nim zaopiekowała. Mimo że bardzo się polubili, skończyło się na przelotnym flircie.

W życiu kompozytora była jeszcze jedna znacząca kobieta. O jej istnieniu wiadomo z płomiennych listów, których była adresatką. Nazywał ją w nich „nieśmiertelną ukochaną”.

„Moje myśli cisną się ku Tobie, moja nieśmiertelna ukochana, czasem radosne, potem znowu smutne, badając los, pytając, czy nas wysłucha. O Boże, dlaczego trzeba się rozłączać, kiedy się kocha?” – pisał.

To jej zadedykował wariacje na temat Diabellego. Choć do dziś trwają spory na temat tego, kim była owa tajemnicza dama, coraz więcej ekspertów przychyla się do zdania wybitnego amerykańskiego znawcy Beethovena, Maynarda Solomona, że to Johanna Antonie Josefa Edle von Birkenstock – córka austriackiego dyplomaty, kolekcjonera sztuki i doradcy pary cesarskiej, Marii Teresy i Franciszka II. W czasie, gdy zawładnęło nimi uczucie, Tonie – jak nazywali ją najbliżsi – była żoną kupca z Frankfurtu, Franza Brentano. Musieli się ukrywać, by nie doprowadzić do wybuchu skandalu.

Beethoven nigdy się nie ożenił, bo – jak zdradził baronowi Ignazowi Gleichensteinowi, z którym się przyjaźnił – znajomości z kobietami nie dawały mu radości.

„Przyjaźń i wszelkie inne uczucia przynoszą mi tylko rany... Nie ma dla ciebie szczęścia, biedny Beethovenie, wszystko musisz nosić w sobie, przyjaźń znaleźć możesz tylko w świecie ideału” – napisał w jednym z listów.

I ostatecznie zajął się pracą.

Głuchota i arcydzieła

Pierwsze oznaki zanikania słuchu pojawiły się u Beethovena, jeszcze zanim skończył 30 lat. Przeprowadzone stosunkowo niedawno badania każą przypuszczać, że powodem było ukąszenie pchły, które wywołało u niego tyfus. Wszystkie próby leczenia nie tylko zakończyły się fiaskiem, ale wręcz pogorszyły jego stan zdrowia. Załamany muzyk na poważnie rozważał samobójstwo. Przy życiu trzymały go przez jakiś czas kobiety, a później – wyłącznie praca.

„Nie mogłem się zdobyć na powiedzenie ludziom: »Mówcie głośno, krzyczcie, bo ja jestem głuchy!«. (...) Jedyna rzecz, jaka mnie powstrzymała przed odebraniem sobie życia, to moja sztuka. Naprawdę bowiem wydawało mi się niemożliwe opuścić ten świat, zanim stworzę wszystkie dzieła, które czuję, że muszę skomponować” – napisał w tzw. testamencie heiligenstadzkim (w rzeczywistości był to list do braci z 1802 r., w którym opisał zmagania z postępującą głuchotą).

Ludwig van Beethoven fot PixabayManuskrypt opusu 101 (fot. Pixabay)Gdy w wieku 48 lat całkowicie stracił słuch, niemal zupełnie odseparował się od ludzi (z tymi, z którymi musiał, porozumiewał się za pomocą tzw. zeszytów konwersacyjnych) i zaprzestał występów. Cały czas poświęcał komponowaniu, a że był perfekcjonistą, całe noce poświęcał na wprowadzanie korekt do swoich dzieł. Te ostatnie tworzył – jak mawiał – dla siebie i potomności.

Wiele osób zapyta, jak było możliwe komponować, nic nie słysząc. Po pierwsze, Beethoven był obdarzony słuchem absolutnym i potrafił wyobrażać sobie dźwięki, nie słysząc instrumentów. Po drugie – muzykę „wyczuwał” dotykiem. Miał odciąć nogi fortepianowi i grać, siedząc na podłodze, by lepiej wyczuwać wibracje.

Najbardziej szokujące jest to, że w okresie całkowitej głuchoty stworzył swoje największe arcydzieła, w tym IX symfonię. Podczas jej premiery w maju 1824 r. stał za pulpitem dyrygenta. Anegdota mówi, że gdy przebrzmiały ostatnie dźwięki utworu, zebrani zerwali się z miejsc i zgotowali mu owację. Nie słyszał niczego, bo wciąż stał zwrócony twarzą do orkiestry. Z aplauzu zdał sobie sprawę dopiero wtedy, gdy podeszła do niego pierwsza skrzypaczka i odwróciła go w stronę publiczności.

W sumie skomponował około 240 dzieł, w tym dziewięć symfonii, trzydzieści dwie sonaty fortepianowe, pięć koncertów fortepianowych, dziesięć sonat na skrzypce i fortepian i jedną operę. Pod koniec życia dostał szereg cennych wyróżnień. Między innymi został członkiem szwedzkiej Akademii Nauk, a od Ludwika XVIII otrzymał złoty medal.

Sukces nie poprawił mu jednak nastroju. Stawał się coraz bardziej sfrustrowany, zrzędliwy i wpadał w coraz głębszą depresję. Na dodatek cierpiał na marskość wątroby. Ostatnie tygodnie życia spędził w łóżku z powodu puchliny wodnej. Zmarł późnym popołudniem 26 marca 1827 r. Tuż przed zamknięciem oczu miał wyciągnąć ku górze zaciśniętą pięść i powiedzieć: – Oklaski, przyjaciele, komedia skończona. W tym momencie nad Wiedniem miała rozpętać się ogromna burza. Podczas pogrzebu – na Cmentarzu Friedhof St. Marx w Wiedniu – w którym udział wzięło 20 tys. wiedeńczyków (to ogromna rzesza, zważywszy na fakt, że miasto liczyło wówczas tylko 200 tys. mieszkańców), mowę pogrzebową wygłosił austriacki poeta Franz Grillparzer.

Niedługo potem pod fortepianem Beethovena znaleziono nieopróżniany od dawna nocnik, a wśród rękopisów jego kompozycji różnego rodzaju śmieci. W wyniku przeprowadzonych na początku XXI wieku badań naukowych stwierdzono, że przyczyną dolegliwości jelitowych mistrza, a i jego śmierci, było zatrucie ołowiem (tzw. ołowica). Najprawdopodobniej doprowadził do niego lekarz Andreas Wawruch, który kurował go m.in. okładami zawierającymi ten pierwiastek.

Dorota Feluś