Szukaj
Polub nas!

Colette 1932 fot WikipediaColette w 1932 r. (fot. Wikipedia)Proust w spódnicy

Jeszcze za swojego życia Sidonie-Gabrielle Colette zdołała zyskać status znakomitej pisarki, o czym świadczy członkostwo w belgijskiej Królewskiej Akademii Literatury oraz francuskiej Akademii Goncourtów, której również przewodziła. Dziś przez znawców przedmiotu uznawana jest za jedną z najważniejszych postaci literatury francuskiej. Mimo to większość kojarzy ją głównie z pikantnymi skandalami, wyzwolonym stylem życia i genialną autokreacją. Bez względu na perspektywę, z której na nią spoglądamy, na pewno była jedną z najbarwniejszych postaci belle epoque...

Zero nakazów, zakazów i sankcji

Burzenie stereotypów przez Colette i wywoływanie skandali, które były na ustach całego Paryża, to w dużej mierze skutek wychowania, jakie zafundowała jej matka Adele-Sidonie Landoy, zwana Sido. Na światopogląd tej kobiety pochodzącej z zamożnej, republikańskiej i silnie antyklerykalnej rodziny ogromny wpływ wywarli dwaj bracia, którzy byli uznanymi dziennikarzami, oraz bliski przyjaciel Victor Considerant – uczeń myśliciela emancypacyjnego Charlesa Fouriera. Pod ich wpływem nauczyła się samodzielnego myślenia, co pozwoliło jej stworzyć własną, niepowtarzalną filozofię – „zero nakazów, zakazów i sankcji” – którą wpajała córce i pozostałym latoroślom. Zachęcała je przy tym, by mówiły, co ślina na język przyniesie i zupełnie nie przejmowały się konsekwencjami. Sądziła, że przez to, iż nie będą powielać istniejących wzorów, staną się nietuzinkowymi ludźmi.

Uczyła ich, że namiętności – potępianych przez społeczeństwo, które widziało w nich grzech – nie wolno tłumić, lecz należy się im zawsze poddawać i dzięki temu poznawać nowe obszary i doświadczać przyjemności. I córka nauki matki – która wysłała ją do laickiej szkoły (wtedy był to ewenement, bowiem dzieci z tzw. dobrych domów posyłano do szkół katolickich) – wchłonęła niczym gąbka. Dowodem były jej późniejsze zachowania, postrzegane przez wielu za amoralne – dziesiątki romansów z mężczyznami i kobietami, na poły kazirodczy związek z dużo młodszym pasierbem, nagie występy na paryskich scenach i nagminne łamanie konwenansów. Między innymi została jedną z pierwszych w historii kobiet mimów i korespondentek wojennych.

Drugą stronę życia Colette „ukuł” pośrednio jej ojciec, kapitan Jules-Joseph Colette (drugi mąż Sido). Ten odznaczony Legią Honorową poborca podatkowy był niespełnionym poetą i pisarzem amatorem. Pewnego dnia wróżka miała powiedzieć powieściopisarce, że stała się ona tym, czym pragnął być jej ojciec.

Mężowie

Colette miała aż trzech mężów, co zakrawa na paradoks, bowiem od wczesnej młodości instytucję małżeństwa uważała za wyraz uprzedmiotowienia kobiety. Po raz pierwszy straciła głowę dla przedstawiciela męskiej płci w wieku 20 lat. Był rok 1893. Mieszkała wtedy na burgundzkiej wsi – Saint-Sauveur-en-Puisaye – i marzyła o wielkim świecie. I wtedy na jej drodze stanął starszy od niej o 15 lat Henry Gauthier-Villars, zwany Willym, znany dziennikarz, krytyk teatralny i muzyczny, magnat wydawniczy, a przede wszystkim dziedzic niemałej fortuny (rodzice jego mieli dużą księgarnię i dom wydawniczy). Zafascynowana jego osobowością i wyzwolonym stylem życia, oznajmiła mu pewnego dnia, że umrze, jeżeli nie zostanie jego kochanką. Dał się jej uwieść i poprowadzić na ślubny kobierzec wbrew swojej rodzinie, która Colette uznała za niezbyt interesującą partię.

To dzięki niemu prowincjuszka trafiła na paryskie salony i poznała najważniejsze postaci francuskiego świata sztuki przełomu wieków, w tym Claude’a Debussy’ego i Igora Strawińskiego. Szybko oczarowała wszystkich świetnym stylem (ubierała się u znanych paryskich kreatorów mody), zabawnym akcentem, bezpretensjonalnością i ciętym językiem. Istnieje anegdota mówiąca, że gdy pewnego dnia Marcel Proust, zachwycony jej manierami chłopczycy, porównał ją do antycznego Narcyza o duszy pełnej wzniosłości, odpowiedziała z przekąsem: – W istocie rzeczy moja dusza jest pełna czerwonej fasolki i wędzonego boczku.

Villars był nie tylko jej kochankiem, ale i mentorem. To on wprowadził ją w świat literatury. Najpierw zlecał jej pisanie recenzji, a później poprosił, by opisała swoje dni szkolne. Od razu poznał się na jej talencie i zachęcił do dalszego pisania (twierdzenia, jakoby zamykał ją w pokoju na 16 godzin i kazał pisać, to tylko legenda, podważona zresztą przez samą Colette). Tak powstał słynny autobiograficzny cykl o Klaudynie, poruszający sprawy będące w tamtych czasach tematem tabu. Odniósł niebywały sukces. Mimo że wywołał wielkie zgorszenie, przygody młodej, wyzwolonej wieśniaczki z wypiekami na twarzy czytała cała Francja początku XX wieku. W pewnym momencie kraj ogarnęła istna „klaudynomania” – pojawiło się mnóstwo produktów sygnowanych imieniem bohaterki, w tym stroje, kosmetyki, lody, a nawet papierosy.

Ogromne zyski trafiały na konto Villarsa – to on figurował oficjalnie jako autor powieści – który pieniądze wydawał bez skrępowania na wciąż to nowe kochanki. O tym, że jest zdradzana, Colette dowiedziała się, gdy na skutek zarażenia się od męża chorobą weneryczną poroniła pierwszą ciążę. Przez kilka lat tolerowała jego skoki w bok, ale gdy obiecawszy jej główną rolę w teatralnej adaptacji przygód Klaudyny oddał ją Polaire – swojej kochance i tancerce z Moulin Rouge, postanowiła położyć kres wyzyskowi i niewierności męża. Rozwiodła się z nim w 1906 r., przyjęła pseudonim Colette i podjęła walkę o formalne prawa do swoich książek.

Colette w 1907 fot WikipediaColette w 1907 r. (fot. Wikipedia)Sześć lat później – niedługo po zakończonym romansie z młodszym od siebie o 13 lat milionerem Augustem Heriotem – wyszła za mąż za redaktora Le Matin i barona z krwi i kości Henriego de Jouvenela des Ursinsa. Oszalała na punkcie jego manier i charyzmy, on – na punkcie jej „kocich oczu”. Urodziła mu córkę... Colette. Mimo że była ona jej jedynym dzieckiem, nie bardzo się o nią troszczyła. Zdarzało się, że po oddaniu jej na wychowanie niani, nie widywała jej przez dwa lata. Podobno zdesperowana dziewczyna zamierzała przejść na judaizm, „bo Żydzi kochają swoje dzieci”. Colette miała za to bzika na punkcie męża, za którym z tęsknoty – kiedy wybuchła I wojna światowa – pojechała nawet pod Verdun. Zainteresowanie nim straciła na wieść o jego zdradach. W akcie zemsty uwiodła jego 16-letniego syna, Bertranda. Wybuchł skandal, a jej małżeństwo rozpadło się w 1925 r. z wielkim hukiem.

Nie ustała jednak w poszukiwaniu prawdziwej miłości, choć mówiła, że nie chciałaby już nikogo poślubić, „no chyba, że wielkiego kota”. Mężczyzną jej życia okazał się Maurice Goudaket, żydowski, gruntownie wykształcony przedsiębiorca z zamożnej rodziny holenderskich handlarzy perłami. To musiała być miłość, skoro wspierała go, gdy po wybuchu Wielkiego Kryzysu stracił majątek. Pieniądze na wystawne życie uzyskiwała z pisania książek i sieci salonów piękności, które otworzyła wspólnie z grupą przyjaciół pod swoim nazwiskiem za radą Andre Maginota (twórcy słynnej linii). Przedsięwzięcie odniosło krótkotrwały sukces.

Za Goudaketa wyszła w 1935 r. Po wybuchu wojny ryzykowała własne życie, by go ukryć przed Niemcami. Gdy został schwytany i uwięziony w Compiegne pod Paryżem, gdzie czekał na wywóz do obozu zagłady, użyła wszystkich swoich znajomości, by go uwolnić. Zdecydowała się nawet na współpracę z Gringoire – faszyzującym i antysemickim magazynem wspierającym rząd Vichy – i publikację antysemickiej powieści Julie de Carneilhan. Maurice został wypuszczony w lutym 1942 r., po 11 miesiącach więzienia. „Najdroższy przyjaciel”, jak go nazywała, był dla niej nie tylko kochankiem, ale doradcą finansowym i wydawcą jej książek.

Wyzwolenie

Do erotycznego wyzwolenia Colette doszło po pierwszym rozwodzie. Wtedy to, zniesmaczona męskim światem, przeżyła pierwsze fascynacje lesbijskie. W całym życiu miała wiele kochanek. Do jej haremu trafiły m.in.: amerykańska milionerka Georgie Raould-Duval, pisarka i bywalczyni paryskich salonów Natalie Barney oraz znana aktorka Musidora. Łączono ją także ze słynną aktorką Josephine Baker. Jednak najsilniejsze więzy uczuciowe łaczyły ją z markizą Mathilde „Missy” de Morny, siostrzenicą Napoleona III i jedną z najbogatszych kobiet Francji. Arystokratka, która z mężem wiodła osobne życie, była jedną z najbardziej znanych postaci lesbijskich ówczesnej bohemy paryskiej.

Gorący romans między paniami wybuchł, gdy po rozwodzie z Villarsem Colette zaczęła zarabiać na życie występami w musicalach (i na tym polu wykazała duży talent, który przełożył się na sukces kasowy – należała do grona najlepiej opłacanych artystów w Paryżu), a „Missy” została jej protektorką i partnerką sceniczną. Do dziś są uznawane za autorki jednego z największych teatralnych skandali epoki. Wybuchł on po ich wspólnym występie w Moulin Rouge. Po tym, jak naga Colette – która wcześniej powoli odwinęła się z bandaży i wykonała egzotyczny, sławiący miłość i uwielbienie ciała taniec (numer ten przysporzył jej miano „kapłanki zmysłów, instynktów i ciała”) – zaczęła na oczach zgromadzonych namiętnie całować się i pieścić z „Missy”, wybuchły zamieszki, które musiała wygaszać policja. W rezultacie przedstawienie zdjęto z afiszów, a pisarka i markiza musiały ukrywać swój związek. Mimo to o Colette mówiono z drwiną, że nosi obrożę z napisem: „Należę do Missy”.

Po sześciu latach pisarka nie tylko bez skrupułów porzuciła kochankę dla młodego mężczyzny, ale wcześniej przywłaszczyła sobie jej posiadłość w Bretanii. Co gorsze, nie pomogła, gdy samotną i zrujnowaną „Missy” dopadła choroba. Nie wzięła też udziału w jej pogrzebie (markiza popełniła samobójstwo w 1944 r.). Czas, który powinna poświęcić swojej najbliższej kiedyś na świecie osobie, wolała spożytkować na sport (jeździła na rowerze, sankach i nartach, a nawet przez jakiś czas trenowała boks), lekcje u słynnego mima i gwiazdy niemego kina Georges’a Wague’a oraz kreowanie swojego wizerunku i nowych trendów. Na przykład podczas podróży do Ameryki założyła na gołe stopy płaskie sandały, tzw. „tropezianki” – zrobił je dla niej specjalnie szewc z Saint-Tropez (stąd ich nazwa) – a paznokcie pomalowała na czerwono. Buty te są modne do dziś.

Wyróżnienia, sława i świecki pochówek

Właściwie to nic nie zapowiadało wielkiej kariery i sławy Colette. Ona sama się temu dziwiła, mówiąc: „Nigdy nie chciałam pisać, a to, co chciałam, to zwłaszcza... nie pisać”. Tymczasem, poza stworzeniem serii o Klaudynie, napisała setki artykułów i felietonów oraz blisko 80 powieści, z których wiele uznanych zostało za majstersztyki francuskiej prozy. Mało kto wie, że napisała też libretto do opery Ravela. Nie bez powodu nazwano ją „Proustem w spódnicy” i „Wielką Damą francuskiej literatury” oraz wybrano do belgijskiej Królewskiej Akademii Literatury a także – jako pierwszą kobietę w historii! – do francuskiej Akademii Goncourtów. Co więcej, była też przewodniczącą tej ostatniej. Z kolei państwo francuskie w uznaniu zasług przyznało jej Legię Honorową, a Akademia Szwedzka nominowała do Nagrody Nobla.

Colette Nagrobek fot WikipediaNagrobek Colette na paryskim cmentarzu Pere Lachaise
(fot. Wikipedia)
Jej literackie osiągnięcia i barwna osobowość oczarowały Trumana Capote’a do tego stopnia, że po spotkaniu z nią w 1947 r. napisał opowiadanie Biała róża.

W ostatniej dekadzie życia Colette złagodniała i nabrała dystansu do siebie i życia. Największe rozczarowanie przeżyła, gdy po wojnie zaczęła otrzymywać listy, w których młode mieszkanki Paryża postrzegały ją – jak mawiała – „w sposób szablonowy”, pisząc: „Mamy dość pani perwersyjnego umysłu i pederastycznych historii. Mamy dość pani dekadenckiej literatury!”.

Ona sama nigdy nie uważała siebie za skandalistkę czy gorszycielkę. Być może dlatego, że – jak stwierdził jej dobry znajomy i sąsiad z Palais Royale (jej ostatnie paryskie mieszkanie) Jean Cocteau – „jako osoba niezdolna oddzielić dobro od zła, zachowywała niejako czyste sumienie”.

Przez długi czas zmagała się z artretyzmem, który na koniec przykuł ją do łóżka. Wielkim wsparciem w chorobie był Maurice. Zmarła 3 sierpnia 1954 r. Gdy Kościół katolicki odmówił jej religijnego pochówku, podając za powód jej dwa rozwody, rząd francuski wyprawił jej pogrzeb państwowy na słynnym cmentarzu Pere Lachaise w Paryżu. Była pierwszą Francuzką, którą uczczono w taki sposób. Wzięło w nim udział ponad 6 tys. osób. Cocteau podsumował to w trochę ironiczny sposób, pisząc: „Skończyła życie, które przeżyła w pantomimie, instytutach piękności i wśród starych lesbijek, w atmosferze szacunku”.

Dorota Feluś