Szukaj
Polub nas!

Farleys Boys Ranch fot Wikipedia(fot. Wikipedia)Ranczo cierpień

Gdy Steve Smith miał 8 lat, jego matka, która uważała go za dziecko trudne, oddała go do placówki o nazwie Boys Ranch, prowadzonej w Teksasie przez Cala Farleya. Było to w roku 1959. Dziś Steve ma prawie 70 lat i domaga się oficjalnych przeprosin za los, który spotkał nie tylko jego, ale również jego brata oraz niezliczonych innych młodych ludzi...

Instytucja Boys Ranch w zamyśle miała być skrzyżowaniem poprawczaka z obozem pracy. W rzeczywistości był to jednak bardziej obóz koncentracyjny dla młodocianych, działający pod nosem i za przyzwoleniem lokalnych władz. Już w pierwszym dniu swojego pobytu w tej placówce Steve został dotkliwie pobity przez swoich „opiekunów”. Przez następne lata znosił niemal codzienne maltretowanie fizyczne, katorżniczą pracę, a czasami również ataki seksualne, nie tylko ze strony personelu, ale również starszych wiekiem chłopców. Widział też raz, jak jego młodszy brat Rick został skatowany do tego stopnia, że przez pewien czas nie mógł stać na własnych nogach.

 Przemoc i okrucieństwo

Dziś Steve mieszka w zacisznej części Amarillo i wspomina o tym wszystkim bez większych emocji. Łzy kręcą mu się w oku tylko wtedy, gdy mówi o Ricku oraz o kilku psach imieniem Boots, które należały do niego, a które były kolejno zabijane przez strażników. Jest twardym człowiekiem – po zmarnowanej dekadzie spędzonej w Boys Ranch walczył w Wietnamie, gdzie został ranny.

Smith nie chce żadnych procesów sądowych, tym bardziej że jeden z głównych winowajców zmarł w roku 2013. Nie zamierza też zabiegać o jakiekolwiek odszkodowanie finansowe. Chce jednak, by świat wiedział o tym, co działo się w placówce w Teksasie, w związku z czym wraz z kolegami założył grupę dyskusyjną w serwisie Facebook, by opowiadać o wieloletnim szefie Boys Camp. Człowiek ten nazywał się Lamont Waldrip i był głównym odpowiedzialnym za cierpienia setek chłopców. Mimo to, gdy anonimowy ofiarodawca przeznaczył w tym roku sumę miliona dolarów na budowę w obozie nowego baraku mieszkalnego, budynek ten postanowiono nazwać Waldrip House, co dla Steve’a jest niemal policzkiem w twarz.

Założycielem Boys Ranch był zawodowy zapaśnik Cal Farley, który wcześniej, w latach 30., prowadził klub sportowy dla dzieci w taki czy inny sposób sprawiających rodzicom i nauczycielom problemy. Nie można kwestionować dobrych intencji Farleya, ale ani on, ani też zatrudnieni przez niego pracownicy nie mieli większego doświadczenia w prowadzeniu placówki dla tego rodzaju młodych ludzi. W roku 1950 doszło do swoistego buntu w obozie, kiedy to grupa chłopców pojmała dyrektora placówki, wrzuciła go do rzeki i na kilka dni przejęła kontrolę nad Boys Ranch.

Przerażony tymi wydarzeniami Farley zatrudnił nowego dyrektora, zapaśnika Dorrance’a Funka, którzy uznał, iż najlepszą metodą zaprowadzenia porządku jest przemoc wobec co bardziej krnąbrnych chłopców. Dokładnie tę samą taktykę przejął po nim następny dyrektor, Lamont Waldrip.

Gdy w roku 1959 Rick i Steve Smith zostali umieszczeni przez matkę w Boys Ranch, znajdowało się tam wtedy nieco ponad 250 młodych ludzi. Była to dość chaotyczna zbieranina potencjalnych przestępców, sierot oraz dzieci, z którymi ich rodzice nie mogli sobie poradzić. Jednym z lokatorów był Ed Cargill, który dziś mieszka w Nowym Meksyku. Twierdzi on, że pewnego dnia postanowił zbiec z obozu. Dotarł niemal do Amarillo, ale został schwytany przez konny pościg, na czele którego stał Waldrip. Następnie kazano mu biec przed końmi z powrotem do obozu, przez ok. 10 mil, a za każdym razem, gdy upadał, Waldrip osobiście wymierzał mu razy grubym powrozem.

 Bezkarność oprawców

Tenże sam Cargill twierdzi, że żona jednego z pracowników obozu zmuszała jego i kilku innych chłopców do uprawiania z nią seksu, co z prawnego punktu widzenia stanowiło gwałt. Jednak ofiary tych czynów nie miały żadnej możliwości składania oficjalnych skarg. Przemoc i okrucieństwo stosowane były w Boys Ranch w zasadzie bez ograniczeń aż do początku lat 90. W roku 1996 nowy dyrektor placówki zakazał stosowania jakichkolwiek kar cielesnych oraz zatrudnił specjalistów, którzy opracowali nowe zasady traktowania podopiecznych. Dziś wszyscy są w miarę zgodni co do tego, że obóz stał się wreszcie instytucją, która spełnia stosowne wymogi. Niestety dla Steve’a i jego brata wszystko to stało się o wiele za późno.

Przed dwoma laty dziennikarka z Austin, Jan Heimlich, pisząc dość pozytywnie o obozie Boys Ranch wspomniała również o Farleyu i nie szczędziła mu komplementów, głównie za talenty organizacyjne. Zaszokowany Steve Smith dopisał do jej artykułu kilka komentarzy, w których relacjonował własne doświadczenia. Jan była na tyle zaskoczona tymi relacjami, że zadzwoniła do obecnego dyrektora Boys Ranch, Dana Adamsa, i zapytała go, czy to wszystko prawda. – Tak – odparł dyrektor bez wahania – ale zostawiliśmy te czasy za sobą.

Steve twierdzi, że zarówno jemu, jak i jego bratu dojście do siebie po doświadczeniach w Boys Ranch zabrało sporo czasu. Zresztą uważa, że proces ten nigdy się całkowicie nie zakończy: – Gdy przyjdzie czas naszego pożegnania się z życiem, zarówno mój brat, jak i ja będziemy się do ostatniej chwili zastanawiać, jak to się stało, że ludzie, którzy nam wyrządzali te krzywdy, pozostali do końca bezkarni. Wątpi w to, by kiedykolwiek doczekał się oficjalnych przeprosin. Nie ma to już jednak dla niego większego znaczenia.

Andrzej Malak