Szukaj
Polub nas!

granica fot Joebeth Terriquez EPA ShutterstockPrototyp muru, jaki prezydent Trump chce postawić
wzdłuż całej granicy z meksykiem
(fot. Joebeth Terriquez/EPA/Shutterstock)
Morderstwo na granicy?

Temat południowej granicy USA stał się bardzo ważny w czasie ubiegłorocznej kampanii wyborczej, głównie za sprawą Donalda Trumpa, który obiecywał i nadal obiecuje zbudowanie wielkiego muru granicznego, oddzielającego nas od Meksyku. Ma to zatamować napływ do kraju nielegalnych imigrantów, którzy – jak twierdzi z uporem prezydent – są często sprawcami groźnych przestępstw i powinni być zdecydowanie i szybko wydalani z powrotem do domu...

Narracja o zagrożeniach wynikających z przedostawania się do USA nielegalnych wraca na forum publiczne zawsze wtedy, gdy gdzieś nad granicą dochodzi do nowego incydentu. Przez pewien czas takim sztandarowym zajściem był przypadek Jose Zaraty, Meksykanina wcześniej 5-krotnie deportowanego z USA, który został oskarżony o zastrzelenie młodej kobiety w San Francisco. Na wiele miesięcy przed procesem nielegalnego imigranta jego domniemane przestępstwo służyło jako ważki argument w dyskusjach o granicznym murze i polityce imigracyjnej. Było to o tyle łatwe, iż biografia Zaraty jest dość burzliwa i usiana drobnymi wykroczeniami, a jego wielokrotne powroty do USA po deportacjach świadczą o słabości amerykańskiej polityki imigracyjnej.

Jednak niedawno ława przysięgłych uznała Zaratę niewinnym zarzucanych mu czynów, przychylając się tym samym do argumentacji obrony, iż Meksykanin oddał feralny strzał przypadkowo i nie zamierzał nikogo zabijać. Werdykt ten wywołał wiele ostrych sporów i sprowokował Trumpa do wyrażenia poglądu, iż decyzja sądu jest „haniebna”. Jednak prawnicy są w miarę zgodni co do dwóch faktów. Po pierwsze, przysięgli wydali prawidłową decyzję, wynikającą z zaprezentowanego materiału dowodowego. Po drugie, sprawa Zaraty w gruncie rzeczy nie miała nic wspólnego z jego statusem imigracyjnym ani narodowością.

Kontrowersyjny incydent

Przed kilkoma tygodniami wydawało się, że orędownicy budowy muru granicznego znaleźli nowy przyczynek do dyskusji. Na południu Teksasu, nieopodal autostrady I-10 znaleziono w rowie irygacyjnym dwóch rannych członków U.S. Customs and Border Protection (CBP). Niestety po przewiezieniu do szpitala jeden z nich, 36-letni Rogelio Martinez, zmarł. Tuż po pojawieniu się tej wiadomości Trump napisał w serwisie Twitter: „Znajdziemy i ukarzemy sprawców tej zbrodni. Zbudujemy, musimy zbudować mur!”. Dzień później prezydent dodał, że druga ofiara została „brutalnie pobita”.

Szkopuł w tym, że do dziś nie wiadomo, w jakich okolicznościach strażnicy zostali ranni i czy w ogóle chodzi tu o jakiekolwiek przestępstwo. Nie jest też jasne, czy ktokolwiek pobił tych ludzi. Mimo to, prócz Trumpa tezę o morderstwie natychmiast wygłosili: gubernator Teksasu Greg Abbott oraz senator Ted Cruz. Ten drugi stwierdził, że przypadek ów „przypomina nam o niebezpieczeństwach, jakie wynikają z braku kontroli nad granicą”.

Faktem jest, iż przedstawiciele związku zawodowego CBP stwierdzili publicznie, że ich koledzy niemal na pewno zostali zaatakowani i że byli bici kamieniami. Jednak stwierdzenie to stoi w jaskrawej sprzeczności z ostrożnymi wypowiedziami szeryfa powiatu Culberson, Oscara Carillo, który był osobiście na miejscu zdarzenia i który uważa, że całkiem możliwe jest, iż strażnicy stali przy autostradzie i zostali potrąceni przez jakiś pojazd. Odcinek I-10 w tej okolicy jest dość monotonny, a widoczność bywa ograniczona przez pył wzbijany w powietrze przez silne wiatry. Kierowcy ciężarówek często tracą koncentrację, zmieniają przypadkowo pasy, itd.

Carillo twierdzi, że od samego początku, gdy tylko dostał radiowy komunikat o rannych strażnikach, traktowano to wydarzenie jako nieszczęśliwy wypadek, a nie jako przestępstwo. – Gdybym podejrzewał, że chodziło o atak na tych ludzi – powiedział – natychmiast wszcząłbym odpowiednie śledztwo, jednak nic nie wskazywało na to, by istniała taka konieczność. Drugi ze strażników, który powoli wraca do zdrowia, twierdzi, że niczego nie pamięta i nie wie, w jaki sposób został ranny.

Również śledczy z FBI wypowiadają się dość powściągliwie na temat tej sprawy. W czasie konferencji prasowej z udziałem agenta Emmersona Buie stwierdzono jedynie, iż na razie nie wyklucza się żadnej możliwości, począwszy od ataku, a skończywszy na wypadku drogowym. Zaoferowano też nagrodę w wysokości 45 tysięcy dolarów za dostarczenie informacji, która wyjaśniłaby przebieg wydarzeń. Na razie nie ujawniono wyniku sekcji zwłok zmarłego strażnika. Możliwe jest oczywiście nadal to, że dwójka pracowników CPB padła ofiarą jakichś przypadkowo spotkanych przemytników (narkotyków, ludzi, etc.). Śledztwo w tej sprawie pozostaje otwarte.

Pochopne wnioski

Strażnicy graniczni w USA giną na służbie bardzo rzadko. Począwszy od grudnia 2003 roku zanotowano tylko 40 wypadków śmiertelnych, przy czym 32 zgony miały miejsce w wyniku przypadkowych zdarzeń lub problemów zdrowotnych. Ponadto w okolicach, w których znaleziono dwóch rannych ludzi, zwykle jest bardzo spokojnie. W CBP nazywa się ten teren sektorem Big Bend. Ponieważ jest to obszar dość odludny i o trudnych warunkach naturalnych, prób nielegalnego przekraczania granicy jest tam bardzo niewiele. W ubiegłym roku na tym odcinku granicy stanowiły one zaledwie 1,6 proc. ogółu aresztowań ludzi usiłujących przedostać się nielegalnie do USA.

Zarówno przypadek Zaraty, jak i dwóch rannych strażników pokazuje, iż wszelkie wydarzenia dotyczące nielegalnych imigrantów oraz granicy z Meksykiem mogą łatwo prowadzić do pochopnych i mało uzasadnionych wniosków, które zwykle wynikają z kalkulacji politycznych, a nie z faktów.

Andrzej Heyduk