Szukaj
Polub nas!

Robert E Lee fot WikipediaPomnik Roberta E. Lee (fot. Wikipedia)Niechętny secesjonista

Szef sztabu Białego Domu, generał John Kelly, wywołał spore zamieszanie i naraził się na ostrą krytykę z chwilą, gdy w wywiadzie dla telewizji Fox stwierdził, że do wojny domowej w USA doszło z powodu „braku kompromisów” i że generał Robert E. Lee, dowódca armii secesyjnej, był człowiekiem honoru. O ile w miarę oczywiste jest to, iż szukanie przyczyn secesji stanów Południa w braku odpowiednich negocjacji jest z czysto historycznego punktu widzenia całkowicie błędne, o tyle wypowiedź Kelly’ego o generale Lee nie jest pozbawiona pewnego uzasadnienia...

Ogólnie uważa się wszystkich secesjonistów za ludzi, którzy zdradzili Unię i złamali postanowienia konstytucji kraju, a zatem popełnili przestępstwo, a być może nawet dopuścili się zdrady. Jednak zanim do secesji doszło, Robert E. Lee był nienagannym obywatelem Ameryki. Jego rodzina pochodziła z Anglii i obecna była w kolonii Wirginia począwszy od wczesnego XVII wieku, a zatem niemal od samego początku jej istnienia. Ojciec późniejszego generała, Henry Lee, walczył w wojnie o niepodległość USA.

Młody Robert bardzo szybko zdecydował się na karierę wojskową, ukończył z wszelkimi honorami Akademię Militarną, a następnie służył przez 32 lata jako oficer armii amerykańskiej, walcząc między innymi w wojnie USA z Meksykiem. Był też przez pewien czas głównym nadzorcą wspomnianej Akademii.

W tym kontekście jego reakcja na secesję Wirginii w roku 1861 była dość powikłana. Wielokrotnie wypowiadał się publicznie przeciw odłączeniu się stanów Południa, ale ostatecznie postanowił, że musi dochować wierności swojej rodzimej kolonii. Przez pierwszy rok wojny domowej pełnił rolę doradcy wojskowego prezydenta Konfederacji, Jeffersona Davisa. Jednak począwszy od roku 1862, aż do kapitulacji trzy lata później, dowodził armią secesyjną i dał się poznać jako doskonały strateg, wygrywając wiele bitew ze znacznie silniejszym przeciwnikiem.

Gdy w końcu doszło do poddania się armii secesyjnej, Lee był jednym z nielicznych dowódców, którzy zdecydowanie odrzucili pomysł rozpierzchnięcia się żołnierzy po okolicznych lasach w celu prowadzenia walki na zasadach partyzanckich. Jego zdaniem Ameryka powinna była ostatecznie zakończyć wojnę i zająć się rekonstrukcją kraju oraz budowaniem narodowego pojednania.

Po wojnie były dowódca secesjonistów nie został pociągnięty do jakiejkolwiek odpowiedzialności karnej. W roku 1865 podpisał przysięgę lojalności wobec Unii i wnioskował o formalne przebaczenie mu wszelkich win oraz przywrócenie obywatelstwa USA. Jednak w wyniku kilku biurokratycznych pomyłek jego prośba nie została spełniona. Dopiero w roku 1975 Kongres pośmiertnie przyznał mu z powrotem amerykańskie obywatelstwo i oczyścił z wszelkich zarzutów. Decyzję tę podpisał prezydent Gerald Ford.

Po zakończeniu wojny domowej Lee wiódł w miarę normalne życie. Dostał pracę rektora Washington College w Lexington w stanie Wirginia i funkcję tę sprawował aż do śmierci, czyli do roku 1870. Konsekwentnie opowiadał się za ponowną unifikacją kraju. Co więcej, sprzeciwiał się stawianiu na południu Ameryki pomników ku czci bohaterów Konfederacji, gdyż obawiał się, że będzie to przeszkodą na drodze do ostatecznego pojednania narodowego. Nie mógł oczywiście wiedzieć, że ostatecznego pojednania nie będzie nawet w XXI wieku.

Z drugiej strony poglądy byłego generała na problem równouprawnienia rasowego były o wiele bardziej skomplikowane. Choć zaakceptował 13. poprawkę do konstytucji, która ostatecznie delegalizowała niewolnictwo w USA, zawsze twierdził, że ewentualne przyznanie czarnoskórej ludności USA praw politycznych, a szczególnie prawa do głosowania, byłoby „wielkim błędem”. Zresztą jeszcze przed wojną secesyjną, w roku 1857, doszło do wydarzeń, które nie stawiają generała w zbyt dobrym świetle.

Jego teść, George Parke Custis, zapisał mu w spadku kilka plantacji zatrudniających setki niewolników, ale postawił jeden warunek – wszyscy ci niewolnicy mieli stać się w ciągu pięciu lat wolnymi ludźmi. Lee zwlekał ze spełnieniem tego warunku, a gdy w roku 1859 trzech czarnoskórych pracowników jego plantacji próbowało zbiec do Pensylwanii, polecił ich publiczne biczować za karę, a istnieją nawet dokumenty, z których wynika, że sam chłostał jednego ze zbiegów.

W sumie zatem Robert E. Lee jest postacią trudną do zdefiniowania. Z pewnością był człowiekiem, który dochował wierności swoim własnym przekonaniom, a szeregi amerykańskiej armii opuścił nie tyle w poczuciu racji secesjonistów, co dlatego, iż za rzecz honorową uważał obronę stanu, który dla jego rodziny był domem od ponad 200 lat. Był jednak również typowym południowcem, który chciał zachować niewolnictwo dla „dobra” białych.

Na przełomie XIX i XX wieku postać generała Lee stała się niezwykle popularna w szeregach ludzi opisujących Południe w czasach secesji jako romantyczną krainę, broniącą własnej tożsamości i stylu życia. Jest to tzw. teoria „lost cause”, która pokutuje do dziś, a uważana jest za dość mierną próbę rewizji historii. Sam Lee nigdy by z pewnością takich ludzi nie popierał ani też nie uważałby najbardziej krwawego konfliktu w historii USA za powód do dumnej tęsknoty.

Trudno zgadnąć, dlaczego John Kelly w ogóle zdecydował się na komentowanie amerykańskiej wojny domowej, a jego wynurzenia na temat „braku kompromisu” jako przyczynie tego konfliktu nie mają żadnego sensu, gdyż przyczyna była tylko jedna – niewolnictwo. A kompromisu dotyczącego niewolnictwa nigdy nie mogło być. Natomiast to, czy Roberta E. Lee można uważać za człowieka honoru, pozostaje otwartą kwestią.

Andrzej Heyduk