Szukaj
Polub nas!

armia fot Pixabay(fot. Pixabay)Cywile kontra wojskowi

Jednym ze skutków ostatnich sporów, jakie powstały wokół prezydenckiego obowiązku wysyłania do rodzin poległych żołnierzy kondolencji, było wystąpienie szefa sztabu Białego Domu i emerytowanego generała piechoty morskiej, Johna Kelly’ego. Jego głównym zadaniem była obrona Donalda Tumpa przed krytykami, ale przy okazji mówca wzniecił też ogólniejszą dyskusję o roli amerykańskich sił zbrojnych w życiu kraju. Zasugerował między innymi, że ludzie, którzy nigdy nie służyli w wojsku, nie są w stanie zrozumieć, jak trudno jest powiadamiać rodziny poległych żołnierzy o ich śmierci. Problem w tym, że rodzin wojskowych w USA jest dziś rekordowo mało, a zatem domniemane niezrozumienie dotyczy praktycznie wszystkich…

Po zakończeniu wojny w Wietnamie, w roku 1973, zniesiono obowiązkową służbę wojskową. Od tego momentu wszyscy żołnierze to ochotnicy, którzy sami decydują się na karierę wojskową i są w tym sensie zawodowcami. Jednak już w roku 1776 Samuel Adams przestrzegał, że „stała armia ochotników stanowi zagrożenie dla naszych wartości, gdyż żołnierze prędzej czy później zaczną się uważać za ciało zupełnie oddzielne od reszty społeczeństwa”. Jego ostrzeżenie dziś wydaje się wręcz przepowiednią.

Od ponad czterech dekad nikt nie musi służyć w wojsku, a ludzie w mundurach stanowią dziś zaledwie 0,5 proc. narodu, czyli są mikroskopijną mniejszością. Ponadto jeszcze w roku 1975 ponad 70 proc. członków Kongresu miało w rodzinie osobę odbywającą czynną służbę wojskową. Obecnie wskaźnik ten wynosi mniej niż 20 proc. Tylko nieco ponad 6 proc. mieszkańców kraju ma w swoich życiorysach służbę w siłach zbrojnych.

Amerykańskie siły zbrojne stały się dla mieszkańców kraju czymś odległym i niemal abstrakcyjnym. Wysyłamy ludzi w różne strony świata, by walczyli z potencjalnymi zagrożeniami, ale ludność cywilna przestała na to zwracać uwagę. Mówi się często o konieczności szanowania weteranów wojen i odpowiedniego opiekowania się nimi, ale w gruncie rzeczy żołnierzy traktuje się jak policjantów lub strażaków, wracających do domu po wykonaniu codziennych zadań. Sprzyja temu również to, iż dramatyczny postęp technologiczny powoduje, że wojny stały się w znacznej mierze zdalnie sterowane i prawie nigdy nie dochodzi do wielkich, krwawych bitew, które za czasów wojny w Wietnamie gościły na telewizyjnych ekranach niemal codziennie.

Wojna jest dziś w USA niejako „rodzinnym biznesem”. Istnieją rodziny militarne, w których służba w armii przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. W ten sposób świat cywilów jest kompletnie oddzielony od świata wojskowych. W sferze publicznej powstała wyraźna przepaść między ludnością cywilną i siłami zbrojnymi. Etos bohaterskich żołnierzy, których należy darzyć szacunkiem, nadal istnieje, lecz jest zdawkowy i często motywowany politycznie. W swoim wystąpieniu Kelly dał wyraźnie do zrozumienia, że kwestionowanie decyzji militarnych i poczynań dowódców jest niepatriotyczne. Wkrótce potem rzeczniczka Białego Domu, Sara Huckabee-Sanders, wyraźnie to potwierdziła przez wyrażenie opinii, iż krytykowanie czterogwiazdkowego emerytowanego generała jest nie na miejscu.

Jeśli jednak armia jest w jakimś sensie nietykalna i elitarna, przytoczone powyżej ostrzeżenie Adamsa nabiera szczególnej mocy. Na co dzień mieszkańcy USA nie czują rzeczywistego związku z ludźmi, których zadaniem jest obrona kraju. Znamienne jest to, że emerytowany generał David Petraeus, przerażony komentarzami płynącymi z Białego Domu, publicznie oświadczył, iż wszyscy członkowie sił zbrojnych mogą i powinni być krytykowani, o ile jest to uzasadnione. Miał zapewne na myśli również samego siebie, gdyż w przeszłości uwikłał się w skandal, w wyniku którego musiał zrezygnować z funkcji dyrektora CIA.

Kiedyś, przed wojną w Wietnamie, do armii mógł trafić praktycznie każdy, niezależnie od rasy, przekonań, stanu konta bankowego czy statusu społecznego. Jednak od ponad 40 lat żołnierzami zwykle są młodzi ludzie, pochodzący z niezbyt zamożnych rodzin i upatrujący w służbie wojskowej jedyną szansę na społeczny awans. O ile przed laty niemal w każdej rodzinie ktoś mógł służyć w armii, dziś wojskowych rodzin jest bardzo mało, a istnieją niemal wyłącznie w mało zamożnych środowiskach.

W wystąpieniu Kelly’ego widoczna była w sposób jaskrawy zasadnicza sprzeczność. Z jednej strony chciałby on, żeby cywile rozumieli dokładnie poświęcenie kadry żołnierskiej, ale z drugiej strony argumentuje, iż takie zrozumienie jest niemożliwe. Tym samym potwierdza, że siły zbrojne Ameryki to wyspa odizolowana od reszty społeczeństwa. Liczni specjaliści są zdania, iż rozziew między siłami zbrojnymi i cywilami stał się w USA na tyle duży, że jest niebezpieczny, gdyż powoduje obojętność nie tylko wobec poczynań żołnierzy, ale również wobec ich losów po zakończeniu czynnej służby.

Niektórzy sugerują, że jedynym rozwiązaniem tego problemu jest przywrócenie obowiązkowej służby w wojsku, i to bez żadnych wyjątków, odroczeń, specjalnych względów dla uprzywilejowanych, itd. Podjęcie tego rodzaju decyzji jest jednak w obecnych warunkach praktycznie niemożliwe. Ci, którzy walczyli w Afganistanie i Iraku, często narzekają, że zostali w pewnym sensie oszukani. Po atakach 9/11 oni pojechali ginąć za ojczyznę, podczas gdy reszta kraju wznowiła normalne życie, tak jakby absolutnie nic się nie stało.

Mają rację przynajmniej pod jednym względem. W czasie drugiej wojny światowej 40 proc. amerykańskiej gospodarki działało na potrzeby militarne, a trudności wynikające z globalnego konfliktu dotyczyły bezpośrednio niemal wszystkich. Tymczasem wojna z talibami w Afganistanie była odległym konfliktem w obcym kraju, a walczący tam ludzie „sami wiedzieli, w co się pakują”, jak powiedział ostatnio niefortunnie Donald Trump.

Andrzej Malak