Szukaj
Polub nas!
1 1 1 1 1 1 1 1 1 1 Rating 4.93 (63 Votes)

Tragedia opodal The Monkey Rock

„Generałem ostatniej legendy” nazwał Władysława Eugeniusza Sikorskiego w tytule swojej książki (wydanej wcześniej na Zachodzie niż w Polsce) znakomity pisarz i publicysta Olgierd Terlecki. Trwałość legendy, którą generał budował całym swoim życiem, umacnia ludzki sentyment do wydarzeń tajemniczych — a takim w opinii publicznej była śmierć w gibraltarskiej katastrofie przywódcy polskiego narodu w walce z faszyzmem w latach II wojny światowej...

Czasami Gibraltar nazywa się The Monkey Rock ze względu na zamieszkujące go stada makaków; cieszą się one sympatią, ponieważ zgodnie z tradycją, Gibraltar tak długo pozostanie brytyjski, jak długo będą tam przebywać.

W wiekach XIX i XX trudno było przecenić strategiczne znaczenie bazy ryglującej morską drogę na Atlantyk. W dobie, gdy rakieta z głowicą jądrową w kilka sekund zniszczyć może całe 6 km2 półwyspu, rola ta jest raczej drugorzędna; „Małpia Skała” jest dziś przede wszystkim atrakcją turystyczną. Charakterystyczny kształt sterczącego z morza masywu jest powielany na biletach lotniczych, pocztówkach, firmowych papierach biur podróży. Jedną z historycznych pamiątek jest tablica wmurowana w ścianę katedry przy Main Street; jej treść przypomina o tragedii, jaka rozegrała się tutaj dnia 4 lipca 1943 roku.

O prawdziwych, wątpliwych i ewidentnie zmyślonych szczegółach katastrofy napisano całe tomy — w moim mniemaniu rozsądniej jest spojrzeć na sprawę jako na fragment większej całości. Dla przykładu przypomnę, że gdy 10 września 1898 roku w Genewie włoski anarchista Luigio Lucheni zamordował austriacką cesarzową Elżbietę („Sissi”), wbijając jej pilnik w serce, sprawa skończyła się na jego skazaniu; gdy 28 lipca roku 1914 od kul anarchisty serbskiego zginął w Sarajewie następca austriackiego tronu Franciszek Ferdynand, rozpętało to Wielką Wojnę. Wydarzenia podobne, konsekwencje diametralnie różne — dlatego, że w ciągu szesnastu lat zmieniła się sytuacja w Europie.

Jak wyglądała ona w roku 1943?

Na początku stycznia groźba odcięcia armii von Paulusa pod Stalingradem zmieniła się w ponurą dla Niemców rzeczywistość; ich zwycięskie do niedawna wojska cofały się teraz na całym ogromnym froncie od Kaukazu po Ładogę. Niebawem prezydent Franklin Delano Roosevelt dostrzegł w Stalinie przyszłego sojusznika w wojnie z Japonią na kontynencie azjatyckim, a premier Winston Churchill zdał sobie sprawę, że otwarcie drugiego frontu w Europie leży obecnie bardziej w interesie aliantów zachodnich niż Związku Radzieckiego, bo jeśli tego nie uczynią, zamiast swastyki mogą pewnego dnia zobaczyć po przeciwnej stronie kanału La Manche czerwoną flagę ze złotym sierpem i młotem — i nie będzie to wcale zmiana korzystna.

Generał Władysław Sikorski miał wizję wojsk alianckich lądujących na Bałkanach, narodowych powstań przeciw okupantom w Grecji i Jugosławii, obalenia proniemieckich rządów w Rumunii, Bułgarii i na Węgrzech, desantu na północy Francji i jego własnych dywizji prących ku Warszawie od zachodu i południa; widział się też prawdopodobnie w roli prezydenta Międzymorza.

Afirmująca te marzenia defilada Polskich Sił Zbrojnych w dniu 16 stycznia nie była niestety najważniejszym wydarzeniem odnotowanym pod tą datą: jednocześnie rząd ZSRR poinformował polską ambasadę w Kujbyszewie, że unieważnia decyzję z 1 grudnia 1941 roku potwierdzającą polskie obywatelstwo mieszkańców wschodnich województw Rzeczypospolitej deklarujących swą polską narodowość. Formalnie liczba obywateli polskich na terenie dawnych Kresów Wschodnich spadła tym sposobem do zera i automatycznie ustał dalszy pobór do PSZ.

Pogorszenie stosunków radziecko-polskich dało się obserwować od roku, ale nikt nie sądził, że Stalin posunie się do tak radykalnych rozwiązań. Nikt też nie wiedział, jak na notę radziecką zareagować: dopiero 26 stycznia Raczyński w liście do Bogomołowa zaapelował o przywrócenie poprzedniego status quo. Do ZSRR powrócił przebywający w Londynie na konsultacjach ambasador Romer, 9 lutego premier Sikorski wysłał w tej sprawie prywatny list do Stalina. Zabiegi te strona radziecka powitała z protekcjonalną wrogością. Romer przyjęty przez Stalina w obecności Mołotowa w nocy z 26 na 27 lutego usłyszał, że przyłączenie do ZSRR „Zachodniej Ukrainy” oraz „Zachodniej Białorusi” przebiegło zgodnie z radziecką konstytucją i złamaniem tejże konstytucji byłyby dyskusje na temat powrotu tych ziem do Polski. Oświadczenie Romera, że nie znajdzie się ani jeden Polak skłonny do oddania Wilna czy Lwowa, zostało skwitowane propozycją, iż rząd radziecki ogłosi oficjalnie w trybie votum separatum swoje oświadczenie w sprawie granic. Tu Romer zrejterował i wysunął sugestię, aby nie wyciągać na forum międzynarodowym różnic poglądów przedstawionych w rozmowach dwustronnych, zaś Stalin chętnie się do tej sugestii przychylił. Chwilowo w interesie żadnej ze stron nie leżało ujawnianie konfliktu. Na koniec Stalin oświadczył, że mimo tradycyjnej wrogości Polaków wobec władzy radzieckiej odda im odebraną niemieckiemu okupantowi ojczyznę. Ta deklaracja miała jednoznaczny wydźwięk: ofiarodawca samodzielnie decyduje co, ile i komu zamierza podarować...

Na spotkaniu w Casablance prezydent Roosevelt postanowił, że nie będzie przeszkadzał Churchillowi w pracy nad ustalaniem kształtu powojennej Europy. Władze amerykańskie doszły do wniosku, że politycy brytyjscy lepiej orientują się w sprawach maleńkich, z ich punktu widzenia, państewek okupowanych lub zwasalizowanych przez Hitlera. Po powrocie z Casablanki Churchill zachorował na grypę, natomiast lord Eden zaprosił Sikorskiego, Raczyńskiego i Retingera na obiad, w trakcie którego omówiono problem rysującego się coraz wyraźniej konfliktu z rządem radzieckim. Spotkanie ponownie natchnęło premiera optymizmem: Wielka Brytania najwyraźniej nie chciała zrażać sobie Rosjan dźwigających na swoich barkach zasadniczy ciężar wojny w zakresie operacji lądowych, ale też nie miała zamiaru zrezygnować z utworzenia po wojnie przychylnego dla siebie polskiego państwa.

Politycy radzieccy wykazali się większą inicjatywą. Nie oglądając się na fakt, jak bardzo potrzebne były im dostawy zachodnie, pod koniec lutego 1943 roku utworzyli reprezentujący ich interesy Związek Patriotów Polskich, zaś od 1 marca rozpoczęli wydawanie tygodnika Wolna Polska. Już w drugim numerze tego pisma znalazł się artykuł stwierdzający, że narastanie konfliktu między emigracyjnym rządem RP a władzami radzieckimi jest mylnie interpretowane jako naprężenie w stosunkach polsko-radzieckich, ponieważ:„ostatni okres jest ponad wszelką wątpliwość okresem zacieśnienia, a nie osłabienia więzów wzajemnej życzliwości, przyjaźni i zaufania między narodem polskim i narodami Związku Radzieckiego [...]. Czynna walka przeciw hitlerowskim okupantom potęguje w ZSRR poczucie sympatii, szacunku i przyjaźni do narodu polskiego, podobnie jak bohaterska walka Armii Czerwonej przeciw temu samemu wrogowi potęguje uczucia sympatii, szacunku i przyjaźni Polaków do Związku Radzieckiego”. Prasowe przeciwstawienie interesów polskich władz emigracyjnych i polskiego narodu było pierwszym krokiem do stwierdzenia, iż londyński rząd nikogo nie reprezentuje, więc należy stworzyć nowy rząd, nowe wojsko i nowe państwo — z nowym ustrojem i nowymi granicami.

Wbrew radzieckim insynuacjom, polskie nadzieje nadal wiązały się z aliantami zachodnimi — co jednak po części wynikało z niedoinformowania społeczeństwa. W rozmowach z lordem Edenem prezydent Roosevelt stwierdził wyraźnie, że Polska zyska, jeśli za Kresy dostanie Prusy Wschodnie i kawałek Śląska, a on sam nie ma ochoty jechać na przyszłą konferencję pokojową „tylko po to, aby targować się z Polską i innymi małymi państwami”.

Zaufany przyjaciel prezydenta Roosevelta, Hopkins zarzucał z kolei Sikorskiemu „wygórowane aspiracje w dążeniach do skupienia pod swym przywództwem państw bałkańskich” — przy czym mówiąc o „państwach bałkańskich” miał na myśli Litwę, Węgry i Czechosłowację (!). Po amerykańskiej wizycie Edena stało się jasne, że polska nie otrzyma karty wstępu do „klubu zwycięzców”. Zabrakło jej nie tyle miliona żołnierzy, o których mówił Churchill, lecz możliwości ich wyposażenia oraz uzbrojenia.

Dowódca Armii Krajowej generał Stefan Grot-Rowecki raportował na przedwiośniu 1943 roku, że stan zorganizowanych kadr, liczebność podziemnych organizacji bojowych oraz szacunkowe dane na temat stosunku ludności do powszechnej mobilizacji pozwalają na wystawienie 22 dywizji piechoty oraz sześciu brygad kawalerii. W tym samym raporcie stwierdzał, że broni wystarczy dla dziesięciu batalionów piechoty — czyli dla 3–4% spośród możliwych do postawienia pod bronią żołnierzy. Tereny Generalnej Guberni leżały jednak na granicy zasięgu alianckiego lotnictwa; w tej sytuacji osiągnięcie przez Armię Krajową pełnej gotowości bojowej nie wyglądało realistycznie.

Pogrzebanie szans Polski na polityczną niezależność potwierdziło rozsądne skądinąd twierdzenie, że „wojna jest sprawą zbyt poważną, aby jej prowadzenie powierzać generałom”.

Dla amerykańskich polityków (vide przytoczone powyżej opinie Hopkinsa) południowo-wschodnie połacie Europy stanowiły terra incognita, leżały na peryferiach świata. Inaczej zapatrywali się na Europę amerykańscy dowódcy, którzy mieli prowadzić tam konkretne operacje bojowe, naturalną koleją rzeczy toczone najpierw na sztabowych mapach. Słabość obrony niemieckiej w trudnym dla działań regularnej armii terenie Bałkanów budziła wśród nich żywe zainteresowanie. Dla prezydenta USA Sikorski był premierem państewka ledwie widocznego na globusie, dla amerykańskich dowódców — kolegą generałem o doświadczeniu znacznie przekraczającym ich wiedzę o przyszłym teatrze wojennym (w USA wydano właśnie proroczą książkę Władysława Sikorskiego Przyszła wojna z pochlebną przedmową generała George’a Catletta Marshalla, szefa sztabu wojsk lądowych Stanów Zjednoczonych).

Dwustutysięczne oddziały partyzanckie w Grecji i Jugosławii oraz dozbrojona Armia Krajowa w Polsce, działające w znanym sobie terenie i cieszące się poparciem ludności cywilnej — to przemawiało do wyobraźni wojskowych.

Niestety, o wszystkim zadecydował Roosevelt, który doświadczenia z bronią zdobywał na licznych safari — i, wbrew opinii wyrażanej również przez Churchilla, zaakceptował plan uderzenia na Włochy jako wstęp do wielkiej ofensywy w Normandii. Było to zapewne zasadniczym powodem wygłoszenia przez brytyjskiego premiera 21 marca w przemówieniu radiowym poglądu, że po zakończeniu wojny powinna powstać Rada Europy, wyposażona w trybunał władny do rozstrzygania sporów międzynarodowych oraz własne siły zbrojne, tworzona przez mocarstwa oraz federacje mniejszych państw.

30 marca premier Sikorski miał okazję wypowiedzieć się w tej samej sprawie w apartamentach City Livery Club, czując za plecami wsparcie dostojnego gospodarza.

Na osłodę, 7 kwietnia Roosevelt z własnej inicjatywy podjął się mediacji między Sikorskim a Stalinem, wysyłając do ZSRR swego specjalnego przedstawiciela. Stosunki polsko-radzieckie zostały już jednak zdeterminowane postanowieniami podjętymi na Kremlu i żadna mediacja nie mogła zmienić biegu wydarzeń. Stalin czekał jedynie na pretekst do całkowitego zerwania z rządem rezydującym w Londynie. Pretekstu takiego dostarczyli mu Niemcy, ogłaszając 13 kwietnia o odkryciu masowych mogił polskich oficerów, pomordowanych w lasku katyńskim opodal Smoleńska. Ostrożną, wyważoną reakcję rządu polskiego, wnoszącą o zbadanie sprawy przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż, radziecka propaganda potraktowała jako dowód niemiecko-polskiego spisku, godzącego w jedność aliantów. Ani Churchilla, ani Roosevelta nie interesowało, kto naprawdę dokonał zbrodni: Stalin był sojusznikiem, Hitler — wrogiem; należało oskarżyć Hitlera.

Odporność Sikorskiego na nacisk amerykańsko-brytyjski bądź brak takiej odporności były bez znaczenia: w nocy z 25 na 26 kwietnia ambasador Tadeusz Romer otrzymał od Wiaczesława Mołotowa notę o zerwaniu stosunków dyplomatycznych. Na dalsze próby załagodzenia konfliktu Stalin odpowiedział ogólnikowo, rezygnując jedynie z absurdalnego oskarżenia polskiego premiera o bezpośrednią współpracę z Niemcami. W odróżnieniu od dyplomatycznych sloganów twardym faktem było rozpoczęcie formowania w ZSRR I Dywizji im. Tadeusza Kościuszki. Wyzwolenie Polski spod okupacji hitlerowskiej miało przyjść ze wschodu, jej przyszły kształt został postanowiony.

21 maja, na trzy dni przed odlotem na Bliski Wschód, premier Sikorski wydał śniadanie dla członków brytyjskiego gabinetu. Przebiegało ono pod wrażeniem zagłady warszawskiego getta; brytyjscy goście musieli sobie w duchu robić zarzuty, że wcześniejsze apele Władysława Sikorskiego o zainteresowanie losem Żydów zostały uznane za przesadne.

Liberator specjalnego dywizjonu do przewozu VIP-ów wylądował w Gibraltarze o godzinie 9.30, 25 kwietnia. Premier odwiedził żołnierzy polskich, którzy przedostali się do Gibraltaru z hiszpańskiego obozu Miranda del Ebro i 26 maja odleciał do Kairu. W powietrzu królowało już lotnictwo alianckie, podróż uznano za bezpieczną. W Kairze przebywał cztery dni. Pod miastem pozostawił swego Liberatora i na pokładzie lżejszego samolotu udał się do Iraku. W Bagdadzie oczekiwało go kilka spotkań dyplomatycznych. Przy okazji mianował Tadeusza Romera, bezrobotnego od chwili zamknięcia ambasady w ZSRR, ministrem stanu na Bliskim Wschodzie. Do Gibraltaru wrócił przez Bejrut i Kair.

Samolot, którym miał się dostać do Wielkiej Brytanii, wystartował o godzinie 23.07. Lot trwał 16 sekund, po czym maszyna wpadła do morza kilkaset metrów od brzegu. Mimo podjętej natychmiast akcji ratunkowej, nie udało się ocalić życia ani Władysławowi Sikorskiemu, ani towarzyszącym mu osobom. W katastrofie zginęli także: córka generała — Zofia Leśniowska, płk Marecki, płk Cazalet, por. Ponikiewski i sekretarz Kułakowski.

Pytanie: „zamach czy wypadek?” powtarzane jest z uporem godnym lepszej sprawy. Poszukiwaczy sensacji dopinguje do snucia hipotez fakt, iż archiwa dotyczące gibraltarskiej katastrofy są nadal zamknięte (przyczyna powściągliwości Brytyjczyków w ich udostępnieniu nie musi się wiązać bezpośrednio z osobą Władysława Sikorskiego; być może akta dotyczące katastrofy zawierają jeszcze inne informacje, które do dziś nie straciły znaczenia). W myśl analiz Sherlocka Holmesa (detektywa wymyślonego wprawdzie, lecz bardzo inteligentnego), należy zadać sobie przede wszystkim pytanie cui bono?, kto mógł zrobić dobry interes na udanym zamachu?

Śmierć polskiego premiera na pewno była na rękę Stalinowi. Radzieckim specjalistom od dezinformacji łatwiej było obrzucać kalumniami Mikołajczyka, Arciszewskiego, Sosnkowskiego czy Andersa — bo zachodnia opinia publiczna wiedziała na ich temat znacznie mniej niż o Sikorskim. Obywateli własnego państwa Stalin traktował przedmiotowo — ale i w tym wypadku wygodniej było oskarżać nie znanych ogółowi „polskich jaśniepanów” niż człowieka, którego on sam kilkanaście miesięcy wcześniej podejmował na Kremlu. Mogłoby to sugerować, że przedstawiany jako nieomylny „mąż opatrznościowy Kraju Rad i reszty świata” dał się jednak komuś oszukać, nie przewidział „knowań polskiego premiera”.

Gazety, które pisały o wspólnej walce z niemieckim faszyzmem i pokazywały obu przywódców siedzących ramię w ramię za konferencyjnym stołem nie zdążyły jeszcze zżółknąć — mimo fatalnej jakości papieru użytego do ich wydrukowania.

Z mieszanymi uczuciami traktowali Sikorskiego przedwojenni polscy komuniści, których Stalin nie mógł jeszcze, w przeciwieństwie do własnych — rozstrzeliwać, bo miał ich zbyt mało. Władysław Sikorski był wprawdzie przez pewien czas premierem, a potem ministrem spraw wojskowych „burżuazyjnego rządu”, ale akurat ten rząd nie prześladował ich ze szczególną gorliwością. Potem generał popadł w niełaskę i od roku 1928 nie piastował żadnego oficjalnego stanowiska; wprost przeciwnie, wraz z Paderewskim, Hallerem, Korfantym, Popielem i Witosem stworzył opozycyjny Front Morgés. Nie spadało na niego odium tłumienia strajków chłopskich, sam żył w zagrożeniu Berezą. W komunistycznej nowomowie „dawał nadzieję na resocjalizację”. Sięgając po władzę polska lewica musiała albo otwarcie zadeklarować, że stworzyło ją radzieckie Biuro Polityczne, albo nawiązać do historycznych tradycji. Oprócz Bolesława Krzywoustego, Kościuszki, Traugutta i Dąbrowskiego (Jarosława) potrzebne były znane postacie z mniej odległej przeszłości. Paderewski, wybitny muzyk, zasłużony dla sprawy odzyskania niepodległości kraju w roku 1918, oraz Witos, syn chłopa i więzień sanacji, nieźle do tego pocztu pasowali — przynajmniej na razie, do chwili wykreowania własnych bohaterów — nie wypadało zatem zbyt ostro potępiać również ich bliskiego znajomego i współpracownika. W polskim środowisku lewicowym rząd Sikorskiego uznawano więc za mało reprezentatywny, wymagający poszerzenia o „postępowych polityków”, ale chwilowo tolerowano. Całkowita negacja kompetencji „obozu londyńskiego”, wręcz zarzucenie mu narodowej zdrady nastąpiły dopiero w deklaracji O co walczymy z listopada 1943 roku.

Nie dowiemy się nigdy, czy ton tej deklaracji byłby identyczny, gdyby na czele rządu stał nadal premier Sikorski — choć należy przypuszczać, że ewentualne zmiany dotyczyłyby tylko trzeciorzędnych szczegółów, a nie meritum sprawy. Ex post próbowano wprawdzie tworzyć mit, iż Władysław Sikorski potrafił współpracować z rządem radzieckim, natomiast Tomasz Arciszewski oraz Stanisław Mikołajczyk tego nie potrafili — celowo jednak zapominano, że Stalin otaczał się ślepymi wykonawcami swoich poleceń i bynajmniej nie marzył o posiadaniu partnerów wśród polityków z małych państw europejskich. Tolerował ich pod presją Zachodu, dopóki musiał — a w przeddzień rozgromienia ostatniej potężnej ofensywy niemieckiej w Łuku Kurskim uznał, że już nie musi. Od tej pory liczył się jedynie z żywotnymi interesami Stanów Zjednoczonych (i w mniejszym stopniu Wielkiej Brytanii). Kwestia granic Polski oraz jej rzeczywistej suwerenności do takich priorytetowych spraw nie należała; Roosevelt i Churchill popierali rząd londyński werbalnie, ale nie zamierzali wysyłać swoich żołnierzy nad Wisłę. W tej sytuacji Stalin postanowił „energicznie wypromować” w Warszawie władze wywodzące się ideowo, a po części również personalnie ze środowiska Związku Patriotów Polskich.

Radziecki satrapa myślał perspektywicznie: premier Władysław Sikorski, którego osoba w roku 1943 powodowała jedynie dyskomfort w rozmowach z zachodnimi aliantami, mógł w przyszłości, w nie dających się przewidzieć okolicznościach kryzysowych, okazać się groźnym przeciwnikiem. Doceniając sprawność radzieckiego wywiadu należy jednak stwierdzić, iż przeniknięcie w trakcie wojny do nielicznego wojskowego garnizonu w bazie o kluczowym znaczeniu strategicznym i zamordowanie tam premiera sojuszniczego rządu w sposób sugerujący zwykłą katastrofę wymagałoby raczej interwencji mocy nadprzyrodzonych. Gdyby Stalin nakazał swoim służbom specjalnym zabicie Sikorskiego, próbowałyby one dopaść generała w Londynie albo na Bliskim Wschodzie, skąd właśnie wracał. Przeciw sugestii, że w katastrofie gibraltarskiej maczał palce Józef Wisarionowicz przemawia także fakt, iż przez kilka godzin w Gibraltarze przebywał jednocześnie z Sikorskim ambasador Majski; w razie „wpadki” w zbrodnię byłby zamieszany nie jakiś anonimowy dywersant, którego można się wyprzeć, lecz radziecki dyplomata wysokiej rangi.

Z analogicznych powodów — trudności technicznych daleko poważniejszych w Gibraltarze niż gdziekolwiek indziej — na pewno nie przeprowadziły tam zamachu niechętne Sikorskiemu koła polskiej emigracji. Ludzie ci czuli się zresztą daleko bardziej kompetentni w knuciu kawiarnianych intryg niż w uszkadzaniu samolotów.

Ex post śmierć generała Władysława Sikorskiego usiłowali wykorzystać propagandowo Niemcy (którzy na zorganizowanie zamachu także szans nie mieli), przedstawiając ją jako efekt „spisku żydowsko-bolszewickiego”, ale opinia na temat hitlerowskich okupantów była w polskim społeczeństwie na tyle zła i stabilna, że gdyby Joseph Paul Goebbels pozytywnie wypowiedział się o kulistości Ziemi, Polacy nabraliby podejrzeń, iż tak naprawdę jest ona płaska jak naleśnik.

Izolacja bazy wojskowej sprzyjała morderczym planom jedynie w tym przypadku, gdyby winowajcami byli Brytyjczycy. Jest to jednak pomysł absurdalny — nie tylko i nie przede wszystkim dlatego, że Winston Churchill płakał na pogrzebie generała, bo sprawny polityk uśmiech i łzy ma na zawołanie. W połowie roku 1943 Anglosasi nie traktowali już wprawdzie Polski jak partnera, ale Sikorski miał szerokie zaplecze polityczne w okupowanym kraju, dla wielu Polaków był symbolem nadziei na odzyskanie wolności — więc przy jakimś załamaniu wewnętrznym w ZSRR, przy ewentualnych radzieckich kłopotach na terenie Azji, przy frakcyjnych walkach w łonie partii komunistycznej tą kartą można było zagrać. Tego obawiał się Stalin, na to liczył Churchill. Zachód z coraz większym zaniepokojeniem spoglądał na wzrost potęgi krzepnącej w walce Armii Czerwonej; sugestia, że ze śmierci Sikorskiego Churchill zrobił „prezent” Stalinowi, nie zasługuje na merytoryczną dyskusję. Krótko mówiąc: ci, co chcieli, nie mogli, ci co mogli, według wszelkiego prawdopodobieństwa nie chcieli.

Władysław Sikorski zginął, nim czerwonoarmiści przetoczyli się przez Polskę i pozostawili u władzy swych namiestników. Nie dożył tragedii powstania warszawskiego i ruiny własnych marzeń, które starał się realizować trudem żołnierza i przywódcy państwa. Czy wtrąciła się tu Opatrzność — należałoby spytać innych niż historycy autorytetów.

Jerzy Skrobot

Fot. Wikimedia Commons