Szukaj
Polub nas!

Zbigniew Herbert fot Janek Skarzynski EPA ShutterstockZbigniew Herbert
(fot. Janek Skarzyński/EPA/Shutterstock)
Książę polskich poetów

Dramatopisarz i eseista. Intelektualista, błyskotliwy rozmówca i moralista. Członek Armii Krajowej. Jeden z najwybitniejszych polskich poetów o światowej renomie. Pośmiertnie uhonorowany Orderem Orła Białego. Jeden z patronów nadchodzącego właśnie roku 2018. To Zbigniew Herbert, nazywany księciem polskich poetów...

 Błyskotliwa inteligencja

Urodził się 29 października 1924 r. pod lwowskim niebem. Ojciec Bolesław – prawnik i ekonomista oraz „zdeklarowany socjalista z wyraźną świadomością przynależności do wyższych warstw społecznych” – i matka Maria, z którą nie łączyły go bliskie więzy, dali mu imiona Zbigniew Bolesław Ryszard oraz patriotyczne wychowanie. Po pradziadku, Szkocie, który po odbyciu wędrówki po całej Europie osiedlił się we Lwowie, odziedziczył wygląd i miłość do podróży. Zawsze nosił przy sobie jego zdjęcie. Z kolei dorastanie w zróżnicowanej etnicznie przestrzeni, jaka wypełniała Lwów, wyrobiło w nim przekonanie, że świat wielonarodowy, wielokulturowy i wielojęzyczny jest o wiele bogatszy i piękniejszy od świata jednowymiarowego. Stąd wzięły się jego późniejsze fascynacje „miejscami na pograniczu”, w których historię budowały różne kultury. Przyczyniła się do tego również czterokrotna zmiana obywatelstwa.

– Byłem obywatelem II Rzeczypospolitej, potem przyłączono Lwów do zachodniej Ukrainy [a tym samym do ZSRR – przyp. red.], następnie byłem w Generalnej Guberni obywatelem z kenkartą, a w końcu znalazłem się w Polsce Ludowej. Przeżyłem cztery bardzo różne systemy polityczne. To zagęszczenie wytworzyło u mnie zmysł historyczny, pewną empatię, a może nawet zdolność rozumienia ludzi odległych epok – tłumaczył po latach.

W młodości nie marzył o tym, by zostać pisarzem, choć z klasykami literatury był za pan brat od dziecka. Gdy miał trzy lata, ojciec opowiadał mu Odyseję. Sielankę skończył wybuch II wojny światowej. Jako 16-latek wstąpił do partyzantki. Już wtedy dał się poznać jako człowiek bezkompromisowy.

– Ilekroć uważałem to za konieczne, mówiłem wprost oficerom, że ich głupota zagraża moim kolegom – wspominał.

Nie tylko walczył (brał udział m.in. w obronie Lwowa), ale pracował (m.in. jako karmiciel wszy w instytucie produkującym szczepionki przeciwtyfusowe) i uczył się na tajnych kompletach. Maturę zdał celująco. Później skończył studia, „które przygotowywały człowieka do uprawiania pożytecznego, socjalnie zaakceptowanego zawodu”. Zdobył dyplom z ekonomii w krakowskiej Akademii Handlowej i z prawa na uniwersytecie w Toruniu. Studiował też filozofię i otarł się o Akademię Sztuk Pięknych. W tym czasie często brakowało mu pieniędzy na życie, więc kupował np. nadgniłe owoce, które były trzy razy tańsze od świeżych. Ale zawsze trzymał fason. I błyszczał inteligencją.

Przykładem jest tu opowieść jego kolegi Jana Adamskiego:

– W czasie studiów, dzięki Zbysiowi zdałem na II roku prawa egzamin z ekonomii, nie powiedziawszy przy tym egzaminie ani jednego słowa. Przed egzaminem Zbyś krótko i węzłowato rzekł: „Jaś! W czasie egzaminu buzia w ciup. Ani słowa. Milcz. Resztę ja załatwię”. Gdy siedliśmy przed senatorsko wyglądającym profesorem Witoldem Krzyżanowskim, Zbyś tak zaczął swą orację: „Czcigodny Panie Profesorze. Zgodnie z Pańskimi bezcennymi zaleceniami, przestudiowaliśmy wraz z Jasiem Adamskim dość gruntownie teorię Keynesa o stopie procentowej. Niemniej jednak w dziale tym, na stronie 115, ósmy wiersz od góry w dół, są pewne stwierdzenia, które pozostają w dalekiej rozbieżności, dysproporcji, między tym, co napisał Keynes, a co twierdzi Pan Profesor. Jak mamy to rozumieć?”.

Profesor zaniemówił. Krótko to jednak trwało. Przerwał milczenie słowami: „Czy stopień celujący będzie należytą rekompensatą za pańskie wiadomości?”. „Najzupełniej – odpowiedział Zbyś. – Mój przyjaciel Jaś Adamski jest też tego zdania”. „Czy stopień dostateczny wystarczy szanownemu Panu?” – zapytał mnie z kolei profesor. „Najzupełniej” – odpowiedziałem. Profesor podał nam rękę. „Bardzo miło było mi panów poznać. Proszę łaskawie o mnie nie zapominać. Zawsze są panowie tutaj mile widziani” – dodał. A potem, uśmiechnięci, poszliśmy w Kraków... Zbyś był bardzo wierny w przyjaźni.

Choroba duszy

Wiersze zaczął pisać, bo – jak zdradził – „chciał zanotować straszne czasy, w których żył”. Mimo nadzwyczajnego wykształcenia i znajomości sześciu języków, miał problemy materialne. Imał się różnych zajęć: był redaktorem Przeglądu Kupieckiego, projektantem urządzeń sanitarnych i odzieży ochronnej, urzędnikiem w banku, kierownikiem administracyjnym Związku Kompozytorów Polskich.

– Te wszystkie stanowiska sprawiły, że wytrzymałem fizjologicznie. Byłem na dnie. Ale broniłem się – wspominał.

Ucieczką był świat poezji. Pisał wtedy do szuflady, bo nie chciał publikować w czasach stalinowskich. Jako poeta zaistniał w 1956 r., gdy na rynek trafił pierwszy zbiór jego wierszy, Struna światła. Od czasu śmierci ojca w 1963 r. do 1980 r. jeździł po Europie, zatrzymując się na dłużej w Berlinie Zachodnim, Monachium, Wiedniu i Paryżu. W międzyczasie wziął ślub z Katarzyną Dzieduszycką i wykładał w California College w Los Angeles. To ostatnie pozwoliło mu na zakup mieszkania w Warszawie.

Zachód poznał się na jego talencie niemal od początku. Jego prace – w tym bodaj najważniejsze: Barbarzyńca w ogrodzie, Pan Cogito, Raport z oblężonego miasta i Epilog burzy – zostały przetłumaczone na 36 języków. W Polsce, z powodu swojej bezkompromisowości – nigdy nie ugiął się wobec nacisków komunistycznych władz – i oficjalnie wyrażanej pogardy do karierowiczów i konformistów, miał trudne życie. W krótkich okresach pobytu w ojczyźnie był pod stałą obserwacją milicji. Zostały mu zamknięte drogi przekazu, bo nie godził się na bycie piewcą socrealizmu. Gdy wrócił do Warszawy wkrótce po powstaniu Solidarności, nie było w ogóle jego poezji drukowanej po polsku. Komunistyczne wydawnictwa stroniły od druku pod pretekstem, że nie publikują emigrantów, którzy „bez przerwy nas obrażają”.

– Może świat rzeczywiście nie ma wielkiego znaczenia, wiadomo, że życie nie będzie wiecznie trwało, wszystko się skończy – Iliada, katedry, Picasso. Lecz potrafię cierpieć, walczyć o lepszy ład moralny; za pomocą rzeczy śmiesznej – pisania wierszy – staram się bronić spraw w moim przekonaniu ważnych. Istnieje przecież jeszcze możliwość układania i odczytywania słów – w tym jest odrobina nadziei. Sens cierpienia, sens ścierania się z rzeczywistością – to cała sprawa. Wiem, że nie potrafię zbawić mego narodu czy choćby współlokatorów tej samej kamienicy – ale muszę postępować tak, jakby to było możliwe. Muszę się starać. Nie ma takiej władzy ziemskiej, która byłaby w stanie ten sens mi odebrać. Uczynić poczucie sensu postawą ogólną to chyba największe zadanie. Jedyny obowiązek nasz polega na buntowaniu się przeciw każdej indywidualnej krzywdzie – powiedział.

W latach 80. stał się ikoną opozycji politycznej. W lutym 1986 r. wrócił do Paryża. Tam przeżył załamanie, do którego doprowadził silny stres związany z „życiem z dnia na dzień” i sytuacją polityczną. Nie mógł pisać i w końcu, w stanie silnej depresji, trafił do szpitala.

– Nie mogłem spać. To była zgryzota nie do pokonania, najgorsza możliwa choroba: choroba duszy. Cały czas siedział przy mnie lekarz, żeby mnie powstrzymać od samobójstwa. Chciałem umrzeć, ale nie jestem Bogiem. Nie miałem prawa skończyć z sobą – opowiadał.

Do Warszawy wrócił na stałe w 1992 r. Nie dość, że był już wtedy ciężko chory (cierpiał na astmę), to doznał wielkiego rozczarowania tym, co zastał. Dał temu wyraz w wywiadzie dla Tygodnika Solidarność. Mocno skrytykował w nim porozumienie okrągłego stołu i życie publiczne III Rzeczypospolitej. Za to ostatnie obwinił m.in. Adama Michnika i Czesława Miłosza. Domagał się lustracji i dekomunizacji. Wywołało to ataki na jego osobę, a spory wokół głoszonych przez niego poglądów trwają do dziś.

– Podstawowym obowiązkiem intelektualisty jest myśleć i mówić prawdę. (…) Myśleć to znaczy zastanawiać się nad tym, kim jesteśmy i jaka jest otaczająca rzeczywistość – tłumaczył.

Ostatnie lata życia upłynęły mu na zmaganiu się z chorobą. Zmarł 28 lipca 1998 r. Został pochowany na Starych Powązkach w Warszawie. Podczas pogrzebu bp J. Zawistowski rozpoczął swoje przemówienie słowami: – Pamięci świętej Czcigodny Panie Zbigniewie, Książę Polskich Poetów, Największy z Orląt Lwowskich z Białym Orłem spóźnionej nagrody...

Order przyznał Herbertowi dwa dni po jego śmierci ówczesny prezydent Aleksander Kwaśniewski, ale żona zmarłego go nie przyjęła. Zrobiła to dziewięć lat później, z rąk kolejnego prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Dorota Feluś