Szukaj
Polub nas!

Kard Franciszek Macharski fot WikipediaKard. Franciszek Macharski
(fot. Wikipedia)
Franciszek z Krakowa

Był księciem Kościoła, którego nie zdobiła purpura i klejnoty, ale czarna, prosta sutanna, skromny krzyż pektoralny oraz jeszcze skromniejszy pierścień. Nie obnosił się z kardynalską godnością, a dobro czynił zawsze po cichu. Jego przyjaciółmi byli bezdomni, ubodzy i chorzy, ale także ludzie sztuki. I papież Jan Paweł II. To były metropolita krakowski kard. Franciszek Macharski – jeden z największych biskupów końca XX w. i początku wieku XXI...

Odwzajemniona miłość

Często powtarzał: „Mój dom to Kraków”. Faktycznie z Krakowem przyszły metropolita był zrośnięty całym sobą. Tutaj urodzili się jego przodkowie, po których przejął i kontynuował patriotyzm, pobożność, obyczaje i dobre maniery. On sam też przyszedł na świat w grodzie Kraka – 20 maja 1927 r. – w znanej i zamożnej mieszczańskiej rodzinie o kupieckich tradycjach. Urodziła go Zofia. Ojciec Leopold Macharski był prawnikiem i właścicielem znanej krakowskiej restauracji Hawełka. W pełnym miłości domu – o którym mówił, że „tam spotykało się wszystko, co było wielkie i małe, wszystko, co jest najważniejsze” – nie był Franciszkiem, ale Nusikiem.

Usposobienie miałem bardzo gwałtowne, ale rodzice nigdy żadnych kar poza uwagą i spojrzeniem nie stosowali. Byłem raptus, ale mój temperament ostatecznie okiełznała matka. (...) To wielka radość, kiedy człowiek po latach znajduje w sobie cechy swoich rodziców: serce matki, ogromnie mądrej kobiety, a także roztropność, spokój, opanowanie i stanowczość ojca – wspominał po latach.

Z domu Franciszek wyniósł też wrażliwość na piękno przyrody. Jako mały chłopiec asystował ogrodnikowi przy porządkach w ogrodzie. Na starość hodował rośliny, które – jak twierdzą świadkowie – traktował z ogromną czułością.

Pierwszy cud w jego życiu zdarzył się w czasie II wojny światowej, gdy uniknął wywózki na roboty do Niemiec po przeprowadzonej w mieście łapance. Nie wiadomo, dlaczego niemiecki oficer kazał go wypuścić, choć wszystkich innych załadowano do ciężarówki. Niedługo potem, by pomóc w utrzymaniu rodziny, on – „dziecko z bogatego domu” – bez wahania podjął pracę fizyczną w Generalnej Dyrekcji Monopoli. Równolegle kontynuował naukę na tajnych kompletach.

Później, gdy był już metropolitą, nie zdradził swojej wielkiej miłości – muzyki. Był stałym bywalcem filharmonii. Kochał też inne wymiary sztuki, czemu dawał wyraz obecnością na najważniejszych spektaklach teatralnych i wystawach. Mocno leżał mu na sercu los krakowskich zabytków i dlatego udzielał się w społecznym komitecie, który zajmował się ich odnową. Najczęściej jednak można było go spotkać na Rynku lub Plantach. Lubił chodzić pieszo. Nigdy się nie spieszył, bo – jak przyjęte jest w Krakowie – pośpiech świadczy o braku dobrych manier. Przechadzając się incognito w ciemnej kurtce i berecie, chętnie przystawał, by porozmawiać z krakowianami o tym i owym. Kłaniał się na ulicy osobom, których nie znał. Raz po raz wspierał jakiegoś biedaka. Starszemu panu, który siedział na chodniku przy Rynku i grał na ustnej harmonijce, zawsze wrzucał do czapki pieniądze, tłumacząc: – Ten przynajmniej coś robi.

Był lubiany za wysmakowany dowcip i autoironię. Kiedyś powiedział: – Gdybym miał suspendować bredzących na ambonie, musiałbym suspendować wszystkich, a na końcu siebie.

Innym razem, gdy w czasie homilii przestał działać mikrofon i jakaś pani zaczęła wołać: „Eminencjo, nic nie słyszymy!”, odpowiedział: „To nic nie tracicie”. Często żartował ze swojej niezwykle szczupłej sylwetki i wzrostu. Raz opowiadał, że na jego widok w pociągu rozpłakało się dziecko, krzycząc: „Mamo, wampir z nami jedzie!”. Gdy gospodyni domowa z Zakopanego stwierdziła: „Z księdza kardynała rosołu by nie było”, odpowiedział: „Byłby, ale musiałaby pani dołożyć jeszcze ze dwa kurczaki”. Mawiał, że na jego tablicy nagrobnej wyryty zostanie napis: „Zaschnął w pokoju”. Jego poczucie humoru doceniły dzieci, przyznając mu Order Uśmiechu. Odznaczenie to cenił najbardziej, mimo że wśród ogromnej liczby nagród i wyróżnień, jakie otrzymał, był Krzyż Wielki Orderu Odrodzenia Polski i francuska Legia Honorowa.

Z czasem zaskarbił sobie szacunek Krakowa, stając się jedną z jego najważniejszych osobistości. Poza oficjalnymi imprezami nazywano go z szacunkiem Monsieur François. Miłość krakowian do niego przerodziła się w uwielbienie, gdy po śmierci Jana Pawła II wyszedł przed Pałac Biskupi i wraz z nimi klęczał na chodniku, modlił się, a tych, którzy nie mogli opanować żalu, przytulał. I tak trwał z nimi niemal przez całą noc. Z Rzymu przysłał do modlących się na Błoniach esemesa: „Jestem z Wami przy świętym Piotrze. Tu i tam wasz”. Wiadomość tekstowa od biskupa była w tamtym czasie ewenementem. Po powrocie z pogrzebu na placu pod papieskim oknem, mimo ulewnego deszczu, powitał go wielki tłum.

Ogromny dowód sympatii otrzymał, gdy odchodził na emeryturę. Na koncert pożegnalny w sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach przyszły tłumy, a w przekazanej mu przez prezydenta Krakowa Jacka Majchrowskiego Księdze wdzięczności wpisało się kilka tysięcy osób. Wtedy też otrzymał od miasta – jako pierwszy w historii – Medal Honoris Gratia.

Chciałem powiedzieć, że nie chcę nic mówić. Wy, kwiaty, życzenia, koncert to najpiękniejszy prezent, jaki może dostać człowiek w ciągu dwóch godzin – dziękował mocno wzruszony.

 Jezu, ufam Tobie

Kapłanem został, bo – jak wyznał – zachwyciła go zwyczajność Jezusa. Szczególnie przemówiła do niego scena drogi do Emaus, kiedy to po zmartwychwstaniu Jezus wyruszył w drogę, towarzysząc uczniom, a oni go nie poznali.

Nie chciałem, żeby był sam. Chciałem być człowiekiem, który rozmawiając z Nim idzie i pomaga innym, żeby się w tę rozmowę wciągnęli – wyjaśnił wiele lat później swoją decyzję.

W seminarium poznał ludzi, którzy mieli wpływ na całe jego życie – Karola Wojtyłę, Andrzeja Deskura (późniejszego kardynała i wysokiego urzędnika Kurii Rzymskiej) i Mariana Jaworskiego (późniejszego metropolitę Lwowa). Wyświęcił go książę metropolita kard. Adam Stefan Sapieha w 1950 r. Wolę Boga odnajdywał przez cały okres posługi kapłańskiej poprzez kontemplację tajemnicy Miłosiernego Boga.

Kard Macharski COA fot WikipediaHerb kardynalski
Franciszka Macharskiego
(fot. Wikipedia)
Intuicja, kim On jest i że jest miłosierny, towarzyszyła mi od pierwszego spotkania z orędziem siostry Faustyny, jeszcze na początku II wojny światowej. Moc tego orędzia była dla mnie zupełnie oczywista. Wiedziałem, że kult będzie się szerzyć coraz bardziej. Co najmniej dwa razy w miesiącu jeździłem do Łagiewnik: 25 – w dzień, kiedy się urodziła i 5 – w dzień, kiedy zmarła siostra Faustyna. Jeździłem dyskretnie, był to mój kult prywatny i bardzo osobisty. Nie miałem też żadnej wątpliwości, że dla mnie nie ma pewniejszej drogi dojścia do Chrystusa – ukrzyżowanego i zmartwychwstałego – jak przez miłosierdzie – powiedział.

Nie dziwi więc jego wybór dewizy biskupiej posługi: „Jezu, ufam Tobie”.

Nie miałem wątpliwości, że te słowa poprowadzą mnie przez życie, nie miałem i później – że kształtują moje kapłaństwo – powiedział.

Konsekwencją „osobistego kultu” była kontynuacja procesu beatyfikacyjnego siostry Faustyny i doprowadzenie do wybudowania bazyliki Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach, którą nazywał „darem Kościoła polskiego na III tysiąclecie chrześcijaństwa”. Według świadków „on wiedział, że to miejsce będzie punktem centralnym dla całego świata”. Wiele razy mówił, że „człowiek i jego przyszłość mają być widziane z Łagiewnik”.

To był człowiek, który nie potrafił postrzegać rzeczywistości inaczej niż przez wiarę. Zawsze był dwa poziomy głębiej niż my – powiedział były biskup pomocniczy archidiecezji krakowskiej, a obecnie metropolita Łodzi, abp Grzegorz Ryś, który nosi na piersi biskupi krzyż pektoralny Franciszka.

Ci, którzy mieli z nim bezpośredni kontakt, twierdzili, iż jest mistykiem. Opowiadali, że zatapiał się w modlitwie, sprawiając wrażenie osoby nieobecnej, kontemplującej tajemnicę Boga. Często podczas przeistoczenia po jego twarzy spływały łzy.

Kiedy raz odprawiałem z nim mszę św., był przejęty. Miałem wrażenie, jakby widział Niewidzialnego, promieniowało od niego wielkie misterium, wielka tajemnica. Zwłaszcza moment Przeistoczenia, czy Oto Baranek Boży, były takimi chwilami, kiedy wydawało mi się, że on wchodzi najdalej jak człowiek potrafi, na Golgotę – powiedział benedyktyn z Tyńca w Krakowie, o. Leon Knabit.

 Rozwaga i skuteczność

Kardynalski fotel Franciszka nie był zbyt miękki. Posługę przyszło mu pełnić w trudnych czasach. Wielu krytykowało go, zwłaszcza w okresie stanu wojennego, za zbytnią ostrożność, wręcz zachowawczość w podejmowaniu ważnych decyzji. W rzeczywistości był bardzo skuteczny – „po cichu”. Dwa dni po wprowdzeniu stanu wojennego miał pełną listę internowanych z terenu diecezji krakowskiej. Niemal natychmiast zorganizował komitet pomocy represjonowanym. Sam też odwiedzał uwięzionych i organizował paczki dla ich rodzin. Domagał się wypuszczenia internowanych kobiet.

Wybuchnął tylko raz – gdy zamordowano w Nowej Hucie Bogdana Włosika. Na spotkaniu z władzą krzyczał:

Skoro już tak się boicie, to uczcie swoich ludzi karate, ale nie pozwalajcie im strzelać!

Podczas Białego Marszu, zorganizowanego przez krakowskich studentów po zamachu na Jana Pawła II, odprawił mszę św. na Rynku, nie zważając na to, że w tłumie są także członkowie Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej i hipisi. Wiele razy przewoził w osobistym bagażu z Zachodu lekarstwa dla chorych. Wobec poważnych problemów, które pojawiały się już w czasach wolności, zawsze zachowywał rozwagę.

Nie zajmował stanowiska natychmiast, tylko z oddalenia i wycofania się, które jest potrzebne, by spojrzeć szerzej na dany problem – powiedział kard. Kazimierz Nycz, były biskup pomocniczy Franciszka, a obecnie metropolita warszawski.

Mimo że nie lubił polityki, konflikt wokół umieszczenia klasztoru kontemplacyjnego sióstr karmelitanek bosych w pobliżu dawnego obozu zagłady Auschwitz-Birkenau, czemu sprzeciwiły się środowiska żydowskie, rozwiązał niczym mąż stanu (tak zresztą nazywał go papież JPII). Co więcej, przy okazji doprowadził do powołania Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu.

Odcinał się od środowisk kościelnych, które nakazywały katolikom jedynie słuszne wybory. Gdy rozgorzały spory o wartości chrześcijańskie, w tym ustawę antyaborcyjną, nie grzmiał ani z ambony, ani podczas wywiadów. Brał w nich udział w sposób wyważony. Czasem milczał.

Zawsze ważył słowa, wypowiadał się delikatnie. Wolał nie skończyć, zostawić słuchaczom niedopowiedzenie, niż później się wycofywać czy wstydzić – powiedział o. Knabit.

Dla kardynała Macharskiego ważniejszy od debat był drugi człowiek, w którym dostrzegał oblicze Chrystusa. Mimo nawału obowiązków, zawsze był do jego dyspozycji i to nie tylko w Pałacu Biskupim. W Wigilie przychodził na Dworzec Główny w Krakowie, by podzielić się opłatkiem z bezdomnymi. Pojawiał się w domach samotnych matek. Spędzał długie godziny przy łóżkach umierających. A gdy sam trafił do szpitala i był już pacjentem chodzącym, posługiwał innym chorym, np. podawał basen. Fundował też kosztowne operacje i terapie ludziom, którzy nie byli w stanie sobie na to pozwolić. A wszystko to z dala od kamer.

Kapłan powinien być podobny do Jezusa. Jezus towarzyszy jak dobra matka, ona nie może wszystkiego zrobić. To musi być wolny dar wykonywany codziennie i stale na nowo, coraz pełniejszy i piękniejszy – powiedział kiedyś.

Podkreślał, że: – Nikt nie ma prawa powiedzieć: „Nie becz! Uspokój się!”, bo nie wszyscy potrafią panować nad swoją wrażliwością i nie wszyscy potrafią płakać. Nie można krzyczeć na kogoś, kto z bólu krzyczy.

Był bardzo pracowity. W ciągu 27 lat posługi na krakowskim tronie erygował ponad 200 parafii, wyświęcił niemal tysiąc kapłanów, przejechał 2 mln kilometrów. Za swoje największe osiągnięcie uznał „wspólnotę, w jakiej wierni przeżyli ostatnie dni życia Jana Pawła II i czas po jego śmierci”. Zapytany w trakcie jednego z wywiadów, co było największą trudnością w czasie jego rządów biskupich, odpowiedział:

Ja sam.

 Odejście

W czerwcu 2005 r. przeszedł na emeryturę, a że chciał być z ubogimi, zamieszkał w sanktuarium Ecce Homo św. Brata Alberta w Krakowie. Cieszył się na udział w Światowych Dniach Młodzieży. Bardzo chciał zobaczyć się z papieżem Franciszkiem podczas spotkania z biskupami na Wawelu. Żartował, że musi uszyć nową sutannę, bo nieco przytył. Kilka tygodni przed ŚDM stracił przytomność i upadł, łamiąc kręgosłup. Zmarł 2 sierpnia 2016 r. Spoczął w katedrze na Wawelu, pod Konfesją św. Stanisława, obok kard. Sapiehy. W Księdze Kondolencyjnej ktoś napisał: „Odeszło do Pana wielkie serce Krakowa”.

Dorota Feluś