Szukaj
Polub nas!

Stańczyk na-obrazie-Jana Matejki Hołd pruski fot WikipediaStańczyk na obrazie Jana Matejki Hołd pruski (fot. Wikipedia)Błazen starego króla

Zatrudniali go na swych dworach trzej królowie: Aleksander Jagiellończyk, Zygmunt I Stary i Zygmunt August. Jego cięty dowcip sławili wielcy pisarze XVI wieku. Władcy tak bardzo cenili sobie rady Stańczyka, że mimo publicznej krytyki i podważania ich decyzji politycznych, nie stracił życia. Choć miał niezwykłą zdolność postrzegania tego, co istotne, zwłaszcza dla kraju, zawsze bywał zrozumiany za późno...

 Szlachcic i rycerz

Według definicji Władysława Kopalińskiego błazen to pochodzący z niższych sfer „dawn. głupiec, młokos, smarkacz; trefniś, wesołek na dworach królów, książąt i magnatów; komik cyrkowy, klaun”. Definicja ta zupełnie nie sprawdza się w przypadku najsłynniejszego polskiego błazna.

Wbrew obiegowym opiniom Stańczyk nie był osobą z niższych sfer. Był rycerzem. Urodził się około 1480 r. Niestety, o jego życiu nie wiadomo zbyt wiele. Dokładnie nie wiadomo też, jak się nazywał. Według jednych źródeł to Stanisław Gąska, ale „gąska” znaczyło w tamtym czasie „błazen”. Inni podają, że miał na imię Stanisław i był synem szlachcica Wyssogoty z Proszowic – bogatej, podkrakowskiej wsi. Są tacy, którzy utrzymują, że urodził się w Sułkowie. Z pewnością całe życie był związany z Krakowem i jego okolicami.

Nazwisko Stańczyk utworzone zostało od imienia Stanisław – od XIV w. nosili je przeważnie wysoko urodzeni szlachcice. Nie wiadomo, kiedy pojawił się na dworze królewskim w Krakowie. Wiedzę, że przebywał tu za panowania trzech Jagiellonów, czerpiemy z notatek królewskich skarbników kreślonych przy wypłacie pensji, zapisków kronikarzy i wspomnień znanych twórców. Z rachunków królewskich można wnioskować, że w 1493 r. towarzyszył królowi Janowi Olbrachtowi – jako rotmistrz – w objeździe Wielkopolski.

Niektórzy uważają, że na przełomie lat 1494-1495 dołączył do oddziału zbrojnego rotmistrza Janusza Świerczowskiego i pozostał w nim przez następne 20 lat. Na pewno jego nazwisko widnieje w rachunkach, gdy królem był Aleksander Jagiellończyk (1501-1506). Prawdopodobnie w latach 1513-14 brał udział w walkach z Moskwą, ponieważ – jak wskazują eksperci – najwcześniejszym ze wspomnianych przez niego w opowieściach wydarzeń historycznych była utrata Smoleńska w 1514 r. Przypuszcza się, że w polu odniósł rany, które zakończyły dobrze zapowiadającą się karierę wojskową.

Na dwór Zygmunta I trafił pod koniec tego samego roku, bo jego nazwisko widnieje przy spisie osób obdarowanych z okazji kolędy – miał dostać dwa floreny. Charakterystyczną czapeczkę błazeńską z dzwoneczkami i szatę szachowaną, „żeby go ta od zemsty broniła”, przywdział zapewne w okresie kolejnych pięciu lat. Przy zapisie wypłat z 1520 r., obok nazwiska Stańczyk widnieją słowa miles mancatus. Poza jednym florenem „rycerz okaleczony” – jak należałoby przetłumaczyć łacińskie określenie – otrzymał pieniądze na buty. To sugeruje, że pozostawał na służbie u króla, gdyż obuwie fundowali władcy wyłącznie swoim dworzanom.

 Na dworze Zygmunta

Na pewno Stańczyk nie był pospolitym dworskim błaznem, zajmującym się wyłącznie zabawianiem innych. Z przekazów wynika, że jako osoba wykształcona i nadzwyczaj inteligentna za cel obrał sobie niewdzięczną funkcję mówienia prawdy, nawet gdy była ona trudna do przełknięcia. Oczywiście prawdę tę ubierał w żartobliwy strój. Podobnych jemu wybitnych osobowości było na dworach Europy zaledwie kilka. Takich błaznów nazywano w czasach renesansu morosophami, co po grecku znaczy: „głupio-mądry”. W rękopisie z czasów Stefana Batorego nieznany autor stwierdził: „Mało Stańczykowi równie dowcipnych ludzi mieliśmy na dworze Zygmuntów; mówił on zawsze gorzką prawdę zarówno królowi, jak i panom i dworzanom. Słuchano go uważnie, a każdy żart okrągłymi powiedziany słowy pobudzał niemal zawsze do serdecznego śmiechu”.

Był mistrzem błyskawicznych ripost, połączonych z refleksją filozoficzno-moralizatorską. Prztyczka w nos lubił najbardziej dawać swemu przełożonemu, jeśli ten na to zasługiwał.

Jedna z pierwszych zachowanych anegdot opowiada o łowach. Otóż Zygmunt Stary uwielbiał polowania. Udawał się na nie często do puszczy w Niepołomicach pod Krakowem. Pewnego wrześniowego dnia 1527 r. przywieziono dla niego z Litwy wielkiego niedźwiedzia, na którego miał zapolować. Towarzyszyła mu żona – królowa Bona Sforza – która mimo mocno zaawansowanej ciąży dosiadła konia, i cały dwór, w tym także Stańczyk, również na koniu. Gdy wypuszczano zwierzę z klatki, coś poszło nie tak, bo zamiast czmychnąć do lasu, rozwścieczony niedźwiedź zaatakował psy i ludzi. W pewnym momencie rzucił się w stronę Bony. W trakcie ucieczki koń królowej potknął się, a ona spadła i przedwcześnie urodziła syna, Olbrachta, który wkrótce zmarł. Przed niedźwiedziem uciekał także Stańczyk.

Według relacji Marcina Bielskiego – poety i kronikarza kasztelana wojnickiego Piotra Kmity – po incydencie Zygmunt śmiał się ze Stańczyka:

– Począłeś sobie nie jako rycerz, ale jako błazen, żeś przed niedźwiedziem uciekał.

Wtedy urażony błazen (wszak z urodzenia był szlachcicem), odparował:

– Większe to błazeństwo mieć niedźwiedzia w skrzyni i na swoją szkodę wypuścić.

W odpowiedzi tej dopatrywano się aluzji do układu z księciem Albrechtem Hohenzollernem z 1525 r. Według Stańczyka Zygmunt nie powinien był układać się z pruskim władcą, ale całkowicie zniszczyć Prusy, aby więcej nie stanowiły zagrożenia.

Przy kolejnej okazji błazen wytknął królowi inne polityczne zaniedbanie. Razu pewnego, gdy przechadzał się po ulicach Krakowa, został napadnięty przez łobuzów, którzy nie tylko krzyczeli na niego i go wyśmiewali, ale odarli z szat. Gdy król Zygmunt dziwił się, że nie krzyczał i nie wzywał pomocy, ten ripostował:

– Ciebie, królu, gorzej drą niż mnie; anoć wydarto ci Smoleńsk, a przecież milczysz!

Bielski skomentował te słowa następująco: „Owa z błazny szkoda panom żartować, bo prawdę radzi żartem rzeką. Jakoż to Stańczyk był błazen osobliwy”.

Stańczyk potrafił zadrwić, ale i przewidzieć pewne sytuacje. Tego typu incydent miał miejsce w 1539 r., gdy Zygmunt wydawał swoją córkę Izabellę za starszego od niej o 32 lata króla węgierskiego, Jana Zapolyę. Wszyscy byli przeciwni temu mariażowi. Stańczyk wręcz poradził królowi, aby zawczasu kupił dla córki kamienicę, w której osiadłaby po wygnaniu z Węgier, lub karczmę, która zapewniłaby jej utrzymanie:

– Królu, po co ty tam do Węgier córkę swoję dajesz, być jej tu lepiej u ciebie. Zbudujże jej kamienicę w Krakowie, w którymby za powrotem szynk prowadzić mogła i miała gdzie mieszkać.

Niespełna półtora roku po ślubie Jan Zapolya zmarł z powodu komplikacji po udarze mózgu i Izabella wróciła z maleńkim synem do kraju, mając jedynie „krzyżyk od ojcowskiej korony”.

Stańczyk lubił drwić również z dworzan. Gdy podczas polowania przejedzone, a tym samym rozleniwione psy nie chciały atakować niedźwiedzia, Zygmunt mocno się poirytował. Wtedy Stańczyk szepnął mu na ucho:

– Każ no, królu, spuścić na niego swoich pisarzów, oni żeby się najlepiej obżarli, zawsze dobrze biorą.

Innym razem, gdy zobaczył, jak dworzanie przystawiali do nóg króla pijawki, rzekł z uśmiechem, wskazując na nie:

– To są zaiste prawdziwi przyjaciele i dworzanie Króla Jegomości.

Morosoph potrafił zadrwić również z duchownych. Mawiał, że „w Polszcze jest dwóch, którzy nigdy nic nie wyjawią. A to arcybiskup Piotr Gamrat i biskup krakowski Samuel Maciejowski, bo Gamrat mówił: »Wszystko wiem«, a nie wiedział nic, zaś Maciejowski mówił chętnie: »Nic nie wiem«, chociaż wszystko wiedział”.

Stańczyka zapraszano chętnie na uczty i spotkania literackie do rezydencji Klemensa Janickiego. Nie pogniewano się na niego nawet wtedy, gdy o swoich rodakach powiedział:

– Polacy jak tablica z wosku, na niej Niemiec, Francuz, Włoch, Hiszpan a Czech najwięcej malują, co im się żywnie podoba, a nawet swoje języki im w gębę kładą.

O tym, jak bardzo Stańczyka lubił Zygmunt Stary, świadczy fakt, że suto go wynagradzał. Pensje, które wypłacano mu na polecenie monarchym były dwu- a nawet trzykrotnie wyższe od tych, jakie przeznaczano dla innych błaznów. Najwięcej – bo aż sześć florenów – otrzymał w 1546 r. Tyle samo dostali kapelan i chirurg. O estymie, jaką się cieszył najsłynniejszy polski błazen wśród rodaków, świadczy i to, że jako jedyny w notkach królewskich skarbników został nazwany „mędrcem” („Stańczykowi sapienti”) oraz „rycerzem” („Stańczykowi błaznowi a raczej rycerzowi J.K.M. z łaski owej Miłości”). Dzięki hojności króla mądry błazen był zamożny.

Poza tym Stańczyk cieszył się powodzeniem u kobiet i poważaniem wśród polityków. Chętnie wdawali się z nim w dysputy najwięksi intelektualiści tamtych czasów. Mikołaj Rej ukazał go w prologu Zwierzyńca jako rycerza, co „nigdy z nieprawdą nie chciał być w przymierzu”. Kromer zadedykował mu dzieło Rozmowy dworzanina z mnichem. Jan Kochanowski przytaczał jego wspomniany wyżej dowcip o duchownych, a Piotr Roizjusz w wierszu „Ad Stancium scurram” podkreślał jego niezwykłą odwagę mówienia prawdy, giętkość i ciętość języka. Jego legendę już za życia tworzył Klemens Janicki, który w satyrze In Polonici vestitus varietatem et in constantiam, Dialogus przedstawił błazna rozmawiającego ze wskrzeszonym królem Władysławem Jagiełłą, jako obrońcę dawnych dobrych obyczajów.

Stańczyk, którego kochali wszyscy, miał tylko dwóch adwersarzy. Jednym był kronikarz Stanisław Orzechowski, z którego błazen otwarcie kpił. Drugim okazał się sekretarz królewski Stanisław Hozjusz, który w liście do Kromera napisał: „Dziwię się, że jego towarzystwo jest ci miłe, stracił przecież to wszystko, co niegdyś było w nim ujmujące. Lata niecofnione pozbawiły go żartów, wdzięku, zdolności towarzyskich i kawałów: co więcej, ludzie sądzą, że brak mu piątej klepki (...) gdy cię odwiedzi, dawaj mu piwo zawsze jak najlichsze, w ten sposób łatwo się go pozbędziesz”.

 Na służbie u Augusta

Stańczyk przeżył Zygmunta Starego, którego po śmierci (1 kwietnia 1548 r.) opłakiwał i w którego intencji często się modlił. To wtedy zaczęto nazywać go „błaznem starego króla”. Funkcję nadwornego błazna pełnił również u Zygmunta Augusta. Jednak ze względu na to, że był „od innych poprzedników swoich dotkliwszy na przymówiska”, w oczach króla nie znalazł uznania.

„To też za Zygmunta Augusta stracił łaskę. Król był drażliwszy, prawda mu nie smakowała, a w prywatnem jego życiu było mnóstwo zdarzeń mogących podać żartobliwemu starcowi niejeden bolesny ucinek na usta” – podaje Zygmunt Gloger w Encyklopedii Staropolskiej.

Razu pewnego król polecił zakupić znaczną liczbę ksiąg franciszkaninowi i spowiednikowi Bony, Lismaninowi. Za granicę wysłał go z pokaźną kwotą, z czego Stańczyk po cichu się śmiał. Niedługo potem król zapytał błazna:

– Powiedz mi też, Stańczyku, wieleś ty już głupców sobie równych znalazł?

– Co dzień ich spisuję i już Zygmunta Augusta zapisałem.

– A to za co?

– Za to, żeś Lismaninowi dał tyle pieniędzy i wyprawił go z nimi za granicę.

– A poczekajże, jeszcze Lismanin wróci.

– Jak powróci, to ciebie zmażę, a jego zapiszę.

Rzeczywistość pokazała, że Stańczyk miał rację. Lismanin zagarnął pieniądze i osiadł w Szwajcarii.

Przy innej okazji, gdy król – który uchodził za lenia i nigdy do wojaczki się nie kwapił ani nie miał o niej większego pojęcia – śpieszył na wojnę, Stańczyk udzielił mu rady, mówiąc:

 – Najjaśniejszy Panie, wartoby długo nad tem pomyśleć i poradzić się troistego Q.

 – Jak to?

– Quo? qua? quomodo? (Dokąd, którędy, jak?).

Władca się obraził, ale Stańczyk zupełnie się tym nie przejął. Gdy nie dostał na Nowy Rok zwyczajowych kilku nowych sukien, jak reszta dworzan królewskich, nie zawahał się upomnieć o swoje. W trakcie uczty, gdy reszta towarzystwa składała życzenia królowi, on stanął z boku i zaczął głośno wzdychać.

 – Cóż ci to? Alboż cię nie cieszy rok nowy? – zapytali panowie.

 – U mnie nie nowy, bo suknia nie nowa – odpowiedział.

Usłyszał to król i zagryzając zęby suknię ze skarbca wydać kazał.

Stańczyk doczekał wyjazdu z Polski królowej Bony (w 1556 r.), której nigdy nie darzył sympatią. Zadowolony z takiego obrotu sprawy miał wykrzyknąć „Requiescat in pace!” („Niech spoczywa w spokoju!”). Niedługo potem sam zmarł, najprawdopodobniej ze starości. Eksperci twierdzą, że stało się to przed 1560 r., bo we wspomnianym roku na pewno nie było go już na dworze Zygmunta Augusta, gdy przybył tu Kochanowski.

Dorota Feluś