Szukaj
Polub nas!

Jan Matejko fragment Autoportretu fot WikipediaJan Matejko, fragment Autoportretu
(fot. Wikipedia)
Mistrz Jan z Krakowa

Był gorącym patriotą, znakomitym pedagogiem, żarliwym obrońcą zabytków Krakowa, ale nade wszystko – wielkim malarzem. Pozostawił po sobie ponad trzysta obrazów olejnych oraz kilkaset rysunków i szkiców. Doceniono go już za życia, nie tylko w Polsce, ale także daleko poza jej granicami...

Lęki dzieciństwa i uznanie

Jan Alojzy Matejko urodził się 24 czerwca 1838 r. w Krakowie, z którym to miastem i jego okolicami był związany przez całe życie. Był dziewiątym z jedenaściorga dzieci przybyłego do Galicji na początku XIX wieku z Czech nauczyciela muzyki Franciszka Ksawerego Matieyki i Joanny Katarzyny Rosbergowej. Gdyby nie ucieczka Franciszka z domu (rodzice przeznaczyli go na księdza), to przyszłego wielkiego artysty nie byłoby na świecie.

Dzieciństwa nie wspominał zbyt dobrze. Mówił, że było pełne lęków. Nie dość, że urodził się ze słabym wzrokiem, to jeszcze często chorował. Miał skłonność do przeziębień i odmrażania dłoni i stóp. Poza tym nikt się nim specjalnie nie przejmował, tak jak i pozostałymi dziećmi. Po prostu było ich zbyt wiele. Nikt nawet nie zwrócił uwagi, gdy przewrócił się na niesiony przez siebie podnóżek i złamał sobie nos. W efekcie zrósł się on krzywo. Ale mały Jan się nie skarżył. Uciekał w świat rysunku i to zanim nauczył się czytać.

W wieku 7 lat przeżył tragedię – osierociła go matka. Ojciec był tak bardzo zajęty pracą, że opiekę nad nim i rodzeństwem przejęła siostra zmarłej, Anna Katarzyna z Rozbergów Zamojska. Ale to nie ona, a Paulina Giebułtowska, z której rodziną się przyjaźnił, dała mu ciepło, jakie panuje w rodzinnym domu. Mówił o niej później, że była jego drugą matką. W wieku 9 lat został uczniem szkoły św. Barbary w Krakowie, ale edukację na poziomie szkoły średniej kończył w liceum św. Anny. Dlaczego? Bo był nękany przez innych uczniów.

„Matejko, wątły i blady chłopaczek, z ujmującą i miłą twarzyczką, wstąpiwszy do szkoły św. Barbary ocknął się od razu jakby w azjatyckim lesie. Doświadczał nieraz od swych współtowarzyszy pewnego znęcania się nawet, a w przystępie swawoli, spotkawszy na ulicy źle ubranego, spychali go do błota albo rynsztoku, co w owych czasach niskiego poziomu wychowania uchodziło za dowcipne żarty” – napisał sekretarz Matejki, Marian Gorzkowski.

Przyszły mistrz miał marne oceny, tylko z rysunku dostawał zawsze celujący. Gdy oznajmił ojcu, że chce być malarzem, ten nie wyraził zachwytu. Po pierwsze nauczyciele Jana powiedzieli mu wyraźnie, że syn nie ma talentu, a po drugie on sam chciał, by chłopak zdobył porządny zawód, który dałby mu stały dochód. Ale Jan postawił na swoim. Gdy w trzeciej klasie liceum nie dostał promocji, kontynuował naukę w Szkole Sztuk Pięknych, która była wówczas szkołą średnią. Wtedy to porzucił malarstwo religijne, swoją dotychczasową pasję, na rzecz innego marzenia – tworzenia wielkich gabarytowo kompozycji, które poprzez przywoływanie kluczowych wydarzeń z historii Polski miały służyć krzepieniu serc i „Europie przypominać Polskę”.

W trakcie malowania stał na stołku lub drabinie – to ze względu na niski wzrost, mierzył tylko 163 cm – i przykładał do lewego oka specjalne szkiełko, które pomagało mu zniwelować wadę wzroku. Z tego ostatniego powodu koledzy przezywali go „Ślepowronem”.

Pierwszy obraz olejny, Carowie Szujscy wprowadzeni przez Żółkiewskiego na sejm warszawski przed Zygmunta III, stworzył jako 15-latek. Pięć lat później malował już tak dobrze, że za obraz przedstawiający Zygmunta Starego nadającego szlachectwo profesorom Akademii Krakowskiej w 1535 roku dostał stypendium do Monachium.

Nie wspominał dobrze tego wyjazdu. To w Monachium zachorował na tyfus brzuszny. Podczas kolejnego stypendium – tym razem w Wiedniu – tak bardzo zdenerwował się na jednego z profesorów, gdy ten skrytykował jego obraz Jan Kazimierz na Bielanach (zarzucił mu, że bohater płótna powinien klęczeć), że wykrzyknął: „Polski król nie klęczy!” i niemal z dnia na dzień wrócił do Krakowa. I rzeczywiście, na obrazach mistrza Matejki król polski klęczy wyłącznie przed Bogiem: Bolesław Chrobry podczas koronacji przez biskupa i cesarza, oraz Jan Kazimierz, gdy ślubuje oddanie Polski w opiekę Matce Boskiej.

W Krakowie Matejko zawsze czuł się najlepiej. I to pomimo faktu, że jako samodzielny artysta początkowo klepał biedę. By zarobić na utrzymanie, malował szyldy i portrety. Czasem robił to, by osiągnąć jakiś cel, na przykład wykupić się od służby wojskowej – wtedy namalował portret żony komisarza wojskowego. Oczywiście cały czas pracował nad ambitniejszymi projektami.

W wieku zaledwie 24 lat stworzył jeden ze swoich najwybitniejszych obrazów, Stańczyka. Jeszcze przed 30-tką był sławny nie tylko w Polsce, ale i poza jej granicami. Na wystawach Salonu w Paryżu zdobył kilka głównych nagród, a za Unię Lubelską dostał nawet Legię Honorową. Mianowany został także dyrektorem krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Spod jego ręki wyszło kilku znakomitych malarzy, jak Jacek Malczewski, Józef Mehoffer, Włodzimierz Tetmajer czy Stanisław Wyspiański.

Berło i krytyka

Nie sposób w tym miejscu nie wspomnieć kilku wydarzeń związanych z najsłynniejszym namalowanym przez Matejkę obrazem Bitwa pod Grunwaldem. Warto odnotować, że kiedy zaczynał nad nim pracę w 1875 r., otrzymał w swojej pracowni złoty medal wybity ze składek publicznych. Z kolei w trakcie malowania dzieła wybrał się na pole, na którym doszło do słynnej bitwy. Zanim tam jednak dotarł, przejechał przez tereny należące do trzech zaborców. Po drodze, niemal na każdej stacji – nawet bardzo małej – witały go tłumy wiwatujących ludzi. To był policzek dla zaborców. Nikt jednak nie ośmielił się go zatrzymać ze względu na status znanego w całym świecie artysty.

Po ukończeniu obrazu, trzy lata później, otrzymał od Rady Miasta Krakowa berło symbolizujące jego panowanie nad sztuką polską. Wręczył mu je prezydent Mikołaj Zyblikiewicz. Doszło do tego podczas niezwykle uroczystej ceremonii odsłonięcia dzieła, która miała miejsce w pałacu Wielopolskich – ówczesnej siedzibie władz miasta. Przed obiadem, na który zaproszono znamienitych gości, Matejko wygłosił słynne przemówienie.

Niegdyś królowie wolnymi głosy przodków naszych obierani, w murach tego grodu przyjmowali znamiona władzy z koroną – berło. Dziś interregnum! Dlatego to wy, reprezentanci miasta i narodu, w bezkrólewiu obecnem jakby na elekcji, ozdabiacie berłem królewskości swego, jak go nazywacie, mistrza. Jeżeli mamy wierzyć przeczuciom poetów, to chwila ta przypominać musi wizje dziejowe naszego Juliusza. Swego Króla-Ducha bodaj czy naród mój nie uznaje w sztuce polskiej. Wręczeniem berła dozwalacie mu przeczuwać rychłą dziejową przemianę – odrodzenie – powiedział Matejko.

Jan Matejko Portret żony Teodory fot WikipediaJan Matejko, Portret żony Teodory
(fot. Wikipedia)
Trzeba w tym miejscu jasno powiedzieć, że nie wszyscy jednak podziwiali prace mistrza. Na przykład Stanisław Witkiewicz przyrównał jego twórczość do „zatęchłego więzienia, w które chciano wtłoczyć cały nurt artystyczny w Polsce”. Krytyki nie szczędzili czasem także francuscy eksperci. Uważali, że obrazy Matejki są pretensjonalne, przeładowane szczegółami oraz pozbawione iluzji przestrzennej i czasowej. O Bitwie pod Grunwaldem mówili, że „to nie obraz, lecz muzeum”, a o Hołdzie pruskim, że to „stara makata objedzona przez mole”.

Zaślepienie miłosne

Ze swoją przyszłą żoną, młodszą od niego o osiem lat Teodorą Giebułtowską, znał się od dzieciństwa. To jej matkę traktował jak własną, gdy latem odwiedzał tę krakowską rodzinę w Wiśniczu. Jeździł tam, bo ojciec uczył Teodorę i jej braci muzyki. „Zaślepienie miłosne” – tak stan Matejki opisał Leonard Serafiński, szwagier dziewczyny. Matejko doznał go podobno po wspólnym wyjeździe z Teodorą do Iwonicza. Ta jednak nie myślała o zamążpójściu. Malarz załamał się, gdy w trakcie pierwszych oświadczyn – w marcu 1862 r. – Teodora rzuciła w niego pierścionkiem.

Przyszedłem do rodziców panny z pierścionkiem, ona wziąwszy go w rękę i popatrzywszy chwilę, tak tym pierścionkiem cisnęła o ziemię, że po podłodze się potoczył – relacjonował później.

Mimo przykrego zajścia regularnie ze sobą korespondowali. Tymczasem Jan wziął udział w powstaniu styczniowym. Nie walczył co prawda jak regularny żołnierz, bo miał słaby wzrok, a poza tym nie umiał posługiwać się bronią, ale wspierał materialnie powstańców. Gdy zmienna Teodora w końcu zgodziła się zostać jego żoną, pobrali się 21 listopada 1864 r. w św. kaplicy kościoła Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny na Piasku w Krakowie. I to wbrew rodzinie Matejków, która była przeciwna temu mariażowi. Zdaniem świadków panna młoda wyglądała prześlicznie w sukni uszytej według rysunku pana młodego przez Ryparka, znanego wówczas krawca z Bochni.

Doczekali się piątki dzieci: Tadeusza, Heleny, Beaty, Jerzego i Reginy, która żyła tylko miesiąc. Zamieszkali w pięknym majątku w Krzesławicach. Jednak ich mariaż nie należał do spokojnych, mimo że Jan był troskliwym ojcem i mężem, a poza tym wspomagał finansowo całe rodziny żony i swoich braci. Często kłócili się. Powodem była rozrzutność, wygórowane ambicje i oczekiwania Teodory, którym Jan nie mógł sprostać. Kiedyś oświadczyła mu, że chce być śpiewaczką i wyjechała na jakiś czas na lekcje do Drezna. Męża zostawiła z dziećmi i odpowiedzialną pracą na uczelni. W pewnym momencie artysta nie wytrzymał nerwowo i kazał jej natychmiast wracać do domu.

Jednak nie to było przyczyną największych scysji w domu. Teodora była chorobliwie zazdrosna. Wiedząc o tym, Jan malował jeden z portretów w tajemnicy. Pozowała do niego atrakcyjna siostrzenica Teodory, Stanisława Serafińska. Na wieść o tym Teodora wpadła w taki szał, że zniszczyła swój portret w sukni ślubnej. W obawie, że zrobi to samo z obrazem siostrzenicy, Jan odciął od sztalug cztery rogi i pokazał Teodorze, mówiąc, że to pozostałości po spalonym portrecie. O incydencie tym mówiono w Krakowie przez długi czas.

Kolejne karczemne awantury urządzane przez żonę sprawiły, iż w pewnym momencie malarz doszedł do przekonania, że ma dwa wyjścia – rozwód albo samobójstwo. Bardzo przeżywał chorobę Teodory, która rozwinęła się w obłąkanie. W lutym 1882 r. trafiła ona do domu chorych psychicznie w Wesołej. Przebywała tam rok. Później kurowała się w domu i w sanatorium w Eggenbargu. Po powrocie lekarze stwierdzili, że nadal jest ciężko chora. Do końca życia pozostawała pod ich opieką. Przeżyła męża o trzy lata. Zmarła w wyniku powikłań wywołanych cukrzycą.

Spór z Radą Miejską

Przez ostatnie dziesięć lat życia Matejko był otaczany w Krakowie szacunkiem i uwielbieniem. Dostał honorowe obywatelstwo miasta, jego imieniem nazwano plac, przy którym wzniesiono nowy budynek Szkoły Sztuk Pięknych, a z okazji 15-lecia pracy twórczej zorganizowano mu wystawę na Wawelu. W jego oczach nie wszystko wyglądało jednak tak różowo. Gdy w 1892 r. Rada Miejska podjęła decyzję o rozbiórce starego kościoła św. Ducha stojącego koło nowego Teatru Miejskiego, mocno się zdenerwował.

Jako obrońca zabytków Krakowa nie mógł się zgodzić na zniszczenie „cennej perełki”. Zaproponował więc radnym, że za własne pieniądze odnowi historyczny budynek i urządzi w nim swoją pracownię. Ci nie zgodzili się i kościół rozebrano. Wtedy artysta zwrócił tytuł honorowego obywatela miasta, zapowiedział, że nie będzie więcej wystawiał w Krakowie swoich obrazów, i oświadczył, że nie życzy sobie, by pochowano go w krypcie na Skałce mieszczącej groby zasłużonych Polaków.

Niedługo potem stan jego zdrowia zaczął się pogarszać. Matejko był człowiekiem chorowitym nie tylko w dzieciństwie. Po skończeniu 30. roku życia zapadł na wrzód żołądka. Nie chciał jednak stosować się do zaleceń lekarzy. Wręcz przeciwnie, pił mnóstwo mocnej kawy i nałogowo palił papierosy. Chętnie też sięgał po cygara. 1 listopada 1893 r. doznał krwotoku wewnętrznego z powodu pęknięcia wrzodu żołądka. Teodora była obecna przy jego łożu do końca.

Mimo silnego bólu, konając Matejko zdołał wykrzyknąć: „Módlmy się za ojczyznę! Boże błogosławiony!”. Po mszy żałobnej w kościele Panny Maryi, karawan z jego ciałem – przy dźwiękach Dzwonu Zygmunta – przejechał dookoła Rynku, po czym podążył na Cmentarz Rakowicki. W ostatniej drodze towarzyszyły mu tłumy ludzi. Spoczął w grobowcu na środku alei. Legenda mówi, że w ten sposób spełniono jego życzenie, gdy prosił, by pogrzebać go na rozstaju dróg.

Dorota Feluś