Szukaj
Polub nas!

zloto fot Pixabay(fot. Pixabay)Rumuński szlak polskiego złota

Przedwojenna Polska otoczona była krajami wrogimi lub jej niechętnymi. Wyjątkiem była Rumunia, z którą nie było żadnych zatargów terytorialnych, wręcz przeciwnie, łączyła nas wspólna obawa przed sowiecką Rosją. Nic dziwnego, że w 1921 r.oba kraje zawarły sojusz wojskowy skierowany właśnie przeciwko Kremlowi. Oznaką doskonałych stosunków między oboma krajami były częste wizyty najwyższych przedstawicieli władz. Do Rumunii jeździł z oficjalną wizytą – i na odpoczynek – marszałek Józef Piłsudski, w Warszawie uroczyście przyjmowano króla Rumunii Karola II...

W 1939 r., już po tym, gdy hitlerowskie Niemcy wystąpiły z żądaniami terytorialnymi wobec Polski, pojawiły się pogłoski, że Hitler zamierza podporządkować sobie Rumunię. Berlin, licząc się z wybuchem wojny, chciał sobie zagwarantować dostawy rumuńskiej ropy naftowej. Wielka Brytania i Francja przerażone widmem niemieckiej dominacji w Europie postanowiły położyć kres dalszej niemieckiej ekspansji. W Londynie pojawił się pomysł udzielenia Polsce i Rumunii gwarancji, a jej uzupełnieniem miał być sojusz polsko-rumuński, ostrzem zwrócony przeciwko Niemcom.

Ku rozczarowaniu Anglików Józef Beck, ówczesny polski minister spraw zagranicznych, nie zamierzał podjąć tej idei, wciąż łudził się, że Hitler blefuje i w decydujący momencie cofnie się wobec nieugiętej postawy Warszawy, wspieranej przez Londyn i Paryż. Sojuszu polsko-rumuńskiego skierowanego przeciwko Niemcom nie zawarto. Już wkrótce miało się okazać, jak bardzo Beck się wówczas pomylił. Brak polsko-rumuńskiego sojuszu na wypadek wojny z Niemcami bardzo skomplikował położenie naszego kraju po 1 września 1939 r. Błąd ministra Becka skutkował tym, że polski prezydent i rząd (w tym sam Beck) nie mogli przez Rumunię wyjechać do sojuszniczej Francji i zostali internowani. Niewiele też brakowało, aby ich los podzielił transport złota Banku Polskiego.

Ta ostatnia sprawa doczekała się już licznych opracowań, ale wciąż pojawiają się dokumenty rzucające nowe światło na wydarzenia sprzed 78 lat.

W obliczu zbliżającej się wojny władze polskie podjęły kroki w celu zabezpieczenia rezerw złota Banku Polskiego, które stanowiły o sile i stabilności polskiej waluty. Ogółem w krajowych sejfach Banku Polskiego znajdowało się złoto wartości 463,6 milionów ówczesnych złotych, co stanowiło równowartość 87 mln ówczesnych dolarów amerykańskich. Złoty skarb składał się z 3067 sztab o ogólnej wadze 37.926.037 gramów czystego złota, resztę stanowiły złote monety, głównie dolarowe i rublowe. Dodać należy, że w depozytach zagranicznych – we Francji, Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych i Szwajcarii – ulokowano dodatkowo złoto wartości 102,2 mln złotych.

O ile złoto umieszczone na Zachodzie wydawało się bezpieczne, nie można było tego powiedzieć o jego części ulokowanej w kraju. Na krótko przed wojną rozglądano się za możliwościami przerzucenia większej ilości złotego kruszcu w bezpieczniejsze rejony świata, ale ostatecznie pozostało ono w Polsce. Jedyne, co zrobiono, to rozproszono znaczną jego część po skarbcach regionalnych oddziałów Banku Polskiego położonych na wschodzie, z dala od granicy z Niemcami. Wydawało się wówczas, że te kroki wystarczą dla zabezpieczenia złota, nikt nie spodziewał się szybkiego załamania polskiej obrony.

Przebieg działań wojennych w pierwszych dniach września 1939 r. wykazał ogromną przewagę Wehrmachtu nad Wojskiem Polskim, a pancerne kolumny wroga zbliżyły się do stolicy już pod koniec pierwszego tygodnia wojny. W Warszawie zrozumiano, że klęska jest bliska i najwyższy czas pomyśleć o wywiezieniu złota z kraju, w przeciwnym razie wpadnie ono w ręce Niemców. Decyzję o ewakuacji złota za granicę podjęto prawdopodobnie 7 lub 8 września w Łucku, gdzie znalazły się transporty złota z warszawskiej centrali Banku Polskiego i niektórych jego oddziałów terenowych. W tym kresowym mieście przebywały władze cywilne między innymi z wicepremierem i ministrem skarbu Eugeniuszem Kwiatkowskim.

Podejmując decyzję o wywiezieniu złota, polscy politycy nie mieli dużego wyboru – w grę mogła wchodzić tylko Rumunia, kraj Polsce przyjazny, chociaż neutralny i nie mający wobec Warszawy formalnie żadnych zobowiązań. Wszystko teraz miało zależeć od Bukaresztu i zdolności polskich władz do szybkiego przeprowadzenia ewakuacji. 12 września 1939 r. wiceminister skarbu Adam Koc i dyrektor Banku Polskiego Zygmunt Karpiński przekroczyli granicę rumuńską i udali się do Czerniowiec, gdzie z Tadeuszem Buynowskim, polskim konsulem w tym mieście, uzgodnili szczegóły planowanej ewakuacji złota przez Rumunię.

Ciężar pertraktacji z władzami rumuńskimi wziął na siebie ambasador polski w Bukareszcie Roger Raczyński, którego wspierali ambasadorzy Francji – Adrien Thierry i Wielkiej Brytanii – Reginald M. Hoare. Oni także byli żywotnie zainteresowani, aby Hitler nie położył łapy na polskim złocie. Rumunii znaleźli się w trudnej sytuacji, bowiem Niemcy również nie zasypiali gruszek w popiele i domagali się od Bukaresztu, aby nie przepuszczał transportów z Polski. Ostatecznie władze rumuńskie zgodziły się na przewóz złota Banku Polskiego przez swoje terytorium, jednak pod warunkiem, że odbędzie się to dyskretnie i szybko, w przeciągu 48 godzin.

Przebieg ewakuacji polskiego złota przez Rumunię znamy z relacji płk. Ignacego Matuszewskiego i Brytyjczyków uczestniczących w tej akcji. Całkiem niedawno nasza wiedza na ten temat wzbogaciła się o relację Franciszka Dudy, Polaka, który przed wojną mieszkał w Rumunii. Mogłem się z nią zapoznać dzięki uprzejmości jego wnuczki, pani Doroty Dul, za co jej serdecznie dziękuję.

Franciszek Duda miał w 1939 r. 24 lata i był studentem prawa na uniwersytecie w Czerniowcach, a potem w Bukareszcie. Jako polonijny działacz harcerski blisko współpracował z polskim konsulatem w Czerniowcach i jego kierownikiem konsulem Buynowskim. Od pierwszych dni tragicznego września 1939 r. jako pełnomocnik konsulatu pracował w oddziale Narodowego Banku Rumunii, pomagając polskim uchodźcom przy wymianie złotych na rumuńskie leje. Pewnego dnia został pilnie wezwany przez konsula Buynowskiego, który w największej tajemnicy poinformował go, że wkrótce z polskiej stacji granicznej w Śniatyniu przybędzie niezwykle ważny transport kolejowy. Polecił Dudzie, aby dobrał sobie kilku silnych i godnych zaufania ludzi spośród miejscowych Polaków, z którymi podejmie się eskortowania transportu do portu w Konstancy. W porcie pomóc mieli przy przeładunku na statek. Buynowski wręczył mu 30 tys. lei na pokrycie kosztów związanych z eskortowaniem transportu.

Duda szybko zwerbował znanych sobie Polaków, członków dwóch organizacji młodzieżowych: Korporacji Akademików Polskich „Lechia” oraz Związku Młodzieży Pracującej. Z tej pierwszej organizacji w akcji wzięli udział: poza Franciszkiem Dudą, Jan Łopuszański i Bronisław Ziemiankowski, z drugiej Józef i Robert Smolejowie, Bronisław Czerwonka, Jan Mazurek i Józef Rzepecki.

zloto fot Wikipedia(fot. Wikipedia)Grupa młodych Polaków wyjechała 13 września do granicznej stacji kolejowej Grigore Ghica Voda i tam oczekiwała na przybycie pociągu. Tymczasem w Śniatyniu, po drugiej stronie granicy, prowadzono załadunek złota do wagonów kolejowych. Krótko po północy 14 września pociąg wyruszył w kierunku granicy rumuńskiej. Franciszek Duda tak opisał jego przyjazd: „Ze znacznym opóźnieniem, bo około godziny 1.30, na stację wtoczył się pociąg z Polski z wygaszonymi światłami sygnalizacyjnymi. Lokomotywa parowa miała stanowisko maszynisty i palacza zasłonięte ze wszystkich stron dużą plandeką w celu zakamuflowania ognia paleniskowego. Pociąg składał się z dwunastu wagonów towarowych krytych oraz dwóch Pullmanów, jeden pierwszej, drugi drugiej klasy. Natychmiast zgłosiłem się do dowodzącego transportem, był nim wiceminister skarbu […] i wręczyłem mu zapieczętowany list od konsula Buynowskiego. W obydwu wagonach […] było rozlokowanych ponad trzydziestu wymizerowanych i zmęczonych uchodźców, w tym dwie kobiety, ponoć jedna z nich to Halina Konopacka, była mistrzyni olimpijska w rzucie dyskiem. Większość mężczyzn to panowie w starszym wieku, przeważnie dyrektorzy oddziałów Banku Narodowego”.

Relacja Franciszka Dudy, chociaż sporządzona w marcu 1979 r., a więc po wielu latach od opisywanych wydarzeń, jest wiarygodna, co potwierdza jej konfrontacja z innymi źródłami. Rzeczywiście transportem dowodził były minister skarbu płk Ignacy Matuszewski, a w transporcie znajdowały się dwie kobiety: żona Matuszewskiego Halina Konopacka oraz Wanda Ostrowska, żona hrabiego Ostrowskiego, zaprzyjaźnionego z Matuszewskimi.

Franciszek Duda wraz ze swymi kolegami dołączył do transportu, który wkrótce wyruszył w dalszą drogę. Rumuńskie władze kolejowe nadały transportowi przyspieszony bieg, miał on zatrzymywać się tylko na tzw. mijankach. Pierwszy raz pociąg zatrzymał się jednak już 60 km (37 mil) od granicy na stacji Adincata, później krótkie postoje miały miejsce jeszcze na stacjach Pascani i Roman, gdzie udaremniono próby wtargnięcia do wagonów niepowołanych osób, być może niemieckich agentów.

Wieczorem około godz. 8.00 „złoty” pociąg dotarł do stacji kolejowej w porcie Konstanca i został podstawiony do rozładunku na nabrzeżu, gdzie oczekiwał mały tankowiec. Teraz sprawą niecierpiącą zwłoki było szybkie załadowanie złota na statek, tak żeby uprzedzić interwencję Niemców u władz rumuńskich. Zagrożenie było realne, gdyż tego samego dnia, kiedy „złoty” pociąg przemierzał Rumunię, poseł niemiecki w Bukareszcie Wilhelm Fabricius, poinformowany o transporcie złota, złożył wizytę rumuńskiemu ministrowi spraw zagranicznych Grigore Gafencu i w ostrych słowach protestował przeciw łamaniu przez Rumunię zasad neutralności. Argumentował, że złoto Banku Polskiego stanowi materiał wojenny i jego wywóz powinien być udaremniony. Gafencu zastosował sprytną taktykę, zasłonił się niewiedzą, złożył jedynie obietnicę przeprowadzenia własnego dochodzenia w tej sprawie. Zyskiwał tym samym na czasie. Powstało jednak pytanie, czy Polacy potrafią ten czas wykorzystać?

Oddajmy znowu głos Franciszkowi Dudzie, który tak opisuje ten krytyczny dla całej akcji moment: „Rozładunek odbywał się ręcznie i pieszo przez trap stawiany bezpośrednio kolejno z każdego wagonu na okręt przycumowany przy kei. Do rozładunku zaangażowałem przygodnych dokerów cywilnych, którzy za przeładunek zażądali 7000 lei. Pierwsze dwa wagony zawierały duże skrzynie, wysokie na około 80 cm [31 cali], średnio ciężkie dające się przenosić przez dwóch ludzi i na ręcznych dwukółkach. Skrzynie te zawierać miały według słów wiceministra dzieła sztuki i skarby narodowe kultury polskiej, m.in. Szczerbiec, Psałterz Floriański, rękopisy Chopina oraz wybitnych poetów i pisarzy polskich i inne. Poza skrzyniami znajdowały się tam kilkumetrowej długości zwoje tkanin wzorzystych, które musieliśmy przenosić we czworo, ponoć były to arrasy. Z następnych dwóch wagonów wyładowaliśmy lniane woreczki z monetami, wygodne i nieciężkie do przenoszenia oraz kilka dużych worków, ponoć z arkuszami nowych banknotów. Następne wagony zawierały skrzynie ze złotem ważące od 145 do 220 kg [145 do 220 lbs]. Zbite z desek sosnowych, bardzo niewygodne do noszenia, szczególnie te ciężkie, dla jednego za ciężkie i nienadające się do noszenia we dwóch. Kłopot zaczął się z chwilą, kiedy koledze Łopuszańskiemu wyśliznęła się po raz pierwszy jedna ze skrzyń z rąk i spadając z trapu rozbiła się o szynę kolejową. »Aur! Aur!« (Złoto! Złoto!) rozległ się okrzyk zdziwienia wśród ładowaczy i rzeczywiście z rozbitej skrzyni rozleciały się podłużne czterograniaste sztabki złota [wagi] około 7 kg [15,5 lbs]. Skoro tylko uświadomili sobie przedmiot i wartość transportu, zaprzestali pracy i zażądali takiej sumy za załadunek, jaką w żaden sposób zapłacić nie byłem w stanie. Wobec strajku robotników musieliśmy w dalszym ciągu przeładowywać sami transport, tj. nas ośmiu młodzieńców wspomaganych przez kilku w sile jeszcze będących dyrektorów oddziałów Banku Polskiego. Dopiero po jakichś dwóch godzinach udało mi się zwerbować kilku żołnierzy […] rumuńskich. Po krótkim czasie i oni porzucili pracę, po czym nawinęło się kilku kolejarzy do dalszej pracy. W takiej ciągłej szarpaninie i pracy do utraty tchu złapał nas ranek”.

Do przeładunku pozostały jeszcze dwa wagony, a tymczasem na niebie ukazał się samolot, co wywołało panikę wśród władz portowych, które nakazały statkowi szybkie wyjście w morze. Na domiar złego rozbiła się kolejna skrzynia, z której dla odmiany wysypały się złote krążki o przekroju 7-8 cm [2,75-3,14 in]. Na szczęście pojawili się znowu rumuńscy dokerzy, który zgodzili się dokończyć przeładunku. Według relacji Franciszka Dudy około godziny 9.00 złoto załadowane na tankowiec „Eocene”, dowodzony przez kapitana Roberta Bretta, było już na pełnym morzu. Duda i jego grupka rumuńskich Polaków uznali swą misję za zakończoną i szalupą powrócili do portu. Czekała ich długa droga powrotna do Czerniowiec, gdzie oddali się do dyspozycji konsula Buynowskiego nadal organizującego pomoc dla tysięcy wojskowych i cywilnych uchodźców z Polski.

Najtrudniejszy etap odysei polskiego złota skończył się pomyślnie, kolejne były już łatwiejsze. Przez Turcję złoto trafiło do Bejrutu, a stąd przewieziono je drogą morską do sojuszniczej Francji.

Janusz Wróbel