Szukaj
Polub nas!

wielkanoc fot Pixabay(fot. Pixabay)Polska Wielkanoc

Wielkanoc to najstarsze i najważniejsze święto chrześcijańskie, upamiętniające zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa. Wiąże się z nim wiele polskich zwyczajów i obrzędów. Część funkcjonuje nadal, inne odeszły już w zapomnienie...

Topienie Judasza i wielkie grzechotanie

W Wielką Środę symbolicznie wymierzano sprawiedliwość Judaszowi podczas obrzędu zwanego topieniem Judasza. Najpierw ze słomy robiono naturalnej wielkości kukłę apostoła, który dopuścił się zdrady Jezusa, zakładano na nią obdarte ubrania i nad „zdrajcą” odprawiano sąd. Następnie wieszano na wieży kościelnej i z hukiem zrzucano na ziemię, po czym wleczono na łańcuchach przez miasto lub wieś. Zarówno ci, którzy tworzyli widowisko, jak i gapie, okładali ją kijami i szarpali, a na koniec podpalali i topili w stawie lub rzece.

Tymczasem gospodynie urządzały wielkie świąteczne sprzątanie. Robiły to nie tylko po to, by wszystko lśniło niczym w lustrze. Porządki miały symboliczne znaczenie – wraz z nimi z domu była wymiatana zima oraz wszelkie zło i choroby.

W Wielki Czwartek, po Mszy Wieczerzy Pańskiej, kiedy milkły kościelne dzwony, rozlegał się dźwięk kołatek. Obyczaj ten – nazywany wielkim grzechotaniem – był okazją do urządzania psot. Młodzież biegała po mieście lub wsi z grzechotkami i kołatkami (najpopularniejsze były tzw. klepacze i walcowate taradajki), hałasując i strasząc przechodniów. Odganiano w ten sposób Wielki Post, a także odstraszano zło, chroniąc przed nim ludzi i zwierzęta. Do dziś zachował się zwyczaj obdarowywania dzieci grzechotkami w tym dniu. Wieczorem w Wielki Czwartek wszyscy spożywali specjalną postną kolację, tzw. tajnię. Po uczcie nie tylko nie myto naczyń, ale pozostawiano na nich celowo resztki potraw wierząc, że posilą się nimi przybyłe tego dnia na ziemię dusze zmarłych.

Kąpiele wodne i pogrzeb śledzia

Zgodnie ze staropolskimi zwyczajami ostatnie dwa dni postu przeznaczano na przygotowanie do święta. Przed wschodem słońca w Wielki Piątek masowo kąpano się w wodzie z jeziora lub rzeki w przekonaniu, że w tym czasie ma ona magiczną moc i nie tylko zapewni urodę i gładkość skóry, ale ochroni przed złem a nawet uzdrowi. Przemywano też oczy wodą z krzyżujących się potoków, co zapewnić miało dobry wzrok, a także skrapiano jedzenie i zwierzęta (oraz te osoby, które o świcie się nie wykąpały). Panny polewały wodą swoje skrzynie z posagiem, aby dobytek się powiększał, a kawalerowie oblewali wodą dziewczęta (im więcej, tym lepiej), by zapewnić sobie pomyślny rok. Chłopak, który nie zdołał oblać żadnej panny, uchodził za nieudacznika.

Zrobione tego dnia masło przechowywano przez cały rok jako lek na rany. W Wielki Piątek każdy ogrodnik – zwłaszcza na Kaszubach –obowiązkowo zajmował się sadzonkami, bo to gwarantowało, że będą dobrze rosły przez cały następny rok. Dodatkową gwarancją pewności urodzaju były opady deszczu w tym dniu.

W wielu regionach Polski urządzano huczne pożegnanie dwóch najbardziej znienawidzonych potraw postu: żuru i śledzia. Był to zwyczaj szczególnie popularny na Kujawach i Pomorzu. Tu należy zaznaczyć, że w dawnej Polsce post był bardzo rygorystyczny – nie spożywano nawet nabiału ani cukru. Przy głośnej muzyce i śpiewach żurowi urządzano „pogrzeb”, przy czym przybierał on różną formę. Najczęściej zakopywano napełniony zupą gar w ziemi lub po prostu wylewano go poza miastem albo wsią. Czasem chłopcy skrywali się z garnkiem żuru za rogiem chałup, w których mieszkały dziewczyny, które im się szczególnie podobały, po czym wybiegali i oblewali żurem drzwi. Gdy panienki wyszły, by je umyć, chłopcy starali się je zaczepić.

W tym samym czasie również „wieszano śledzia”. Rybę – wyciętą z tektury lub wystruganą z drewna (czasem był to szkielet prawdziwego śledzia z głową) – przybijano na wierzbie lub wleczono na sznurku przez wieś, a potem go zakopywano, śpiewając „śledź zabił rzeźnika, świt, świt... będzie mięsko”. Była to kara za to, że przez czterdzieści dni ryba zastępowała w menu mięso.

Popołudniem gospodynie domowe zabierały się do gotowania wielkanocnych potraw. Musiały uwinąć się do rana następnego dnia, gdyż po sobotnim święceniu nie wolno było już nic przygotowywać ani sprzątać.

Święconka przed kapliczką

Wielka Sobota była dniem oczekiwania. Koniecznie należało wtedy, podobnie jak dziś, poświęcić jedzenie, z tym że dawniej święcono całe wielkanocne śniadanie. Obowiązkowo musiał znaleźć się w nim baranek z chorągiewką – symbol Chrystusa Zmartwychwstałego (najczęściej uformowany z masła i zbliżony wymiarami do prawdziwej owieczki) oraz mięso, przy czym w biednych domach był to zazwyczaj kawałek kiełbasy. Bogaci święcili różne mięsiwa (w tym nawet całe prosięta) i kilka rodzajów kiełbas, w tym tzw. białą kiełbasę. Koniecznością było poświęcenie chrzanu, bo „gorycz męki Pańskiej i śmierci została zwyciężona przez słodycz zmartwychwstania”, i jaj – symbolu narodzenia. Nie mogło także zabraknąć bab drożdżowych i kołaczy z serem ani bazi.

Jako że często ludzie mieli daleko do kościoła, ładowano jedzenie do koszy i zanoszono pod kapliczkę czy przydrożny krzyż, gdzie rozkładano je na białych obrusach (szlachta robiła to przed dworami) i czekano na przyjazd księdza. W międzyczasie liczono przypalone bochenki chleba. Gdy było ich więcej niż dwadzieścia cztery, wróżyło to bardzo suche i upalne lato. Po powrocie z kościoła czy spod kapliczki należało ze święconką okrążyć dom trzy razy, aby w ten sposób odgonić zło. Wierzono, że biały obrus spod święconki chroni przed piorunami, dlatego też w czasie burz rozkładano go przed chałupą. Panowało także przekonanie, iż święconka ma bardzo wielką moc.

Baziami dekorowano całe obejścia i co najmniej jedną z nich zjadało się, aby zapewnić sobie zdrowie. Z kolei skorupki ze święconych jajek zgniatano na proszek i dodawano do jedzenia, a pozostałe po święconce resztki rozrzucano po polach i ogrodach. Miało to zapewnić dobre zbiory i ochronić przed szkodnikami. Nie można było zmarnować ani jednego okrucha poświęconego pokarmu. Nie wyrzucano nawet kości. Dawano je psom, wierząc, że to uchroni je przed wścieklizną.

Mało kto wie, że jeszcze do niedawna na Kaszubach nie było zwyczaju święcenia pokarmów, a najstarsi mieszkańcy nadal nie uznają święconki.

Barabanienie i smaganie witkami

Ciekawy zwyczaj obwieszczania światu zmartwychwstania Chrystusa zachował się wśród mieszkańców Iłży koło Radomia. Otóż od północy w Wielką Sobotę do rozpoczęcia niedzielnej Mszy Rezurekcyjnej o 6.00 rano chodzą oni po miasteczku i biją w bęben, zwany barabanem, który w całości wykonany jest z miedzianej blachy. Robi to dziesięciu mężczyzn, z których dwóch trzyma instrument, aby się nie przewrócił pod uderzeniami dużych pałek. Pozostała ósemka wali z całych sił, tak że powitanie zmartwychwstałego Jezusa słychać daleko poza granicami Iłży. Muzycy są często zapraszani do domów mieszkańców miasteczka i częstowani różnymi potrawami i napojami. Baraban, którego używają, pochodzi z 1638 lub 1683 r. (nie można odczytać daty umieszczonej w środku), prawdopodobnie z Turcji, bo z tego właśnie kraju pochodzi tradycja barabanienia. Jego wysokość wynosi 28 cali, a średnica przekracza trzy stopy. Obciągnięty jest wyprawioną skórą cielęcą. Na co dzień jest przechowywany w skarbcu lokalnego kościoła. Wyciąga się go tydzień przed Wielkanocą, by przygotować do ceremonii.

Na Podlasiu panował kiedyś zwyczaj obdarowywania stworów, dziadów, czartów, które nie mogły wydać dźwięku, a które – jak głosiła legenda –w nocy z niedzieli na poniedziałek wielkanocny odwiedzały mieszkańców tamtejszych domów. Pozostawienie im jadła i napitku miało powstrzymać je przed wyrządzeniem szkód. Zwyczaj ten jest nawiązaniem do zapisanej w Biblii historii o wysłannikach żydowskich, którzy nie uwierzyli w zmartwychwstanie Jezusa i z tego powodu stracili mowę.

W poniedziałek zaś w niemal całej Polsce chłopcy urządzali śmigus-dyngus, polewając dziewczęta wodą. Wyjątek stanowiły Kaszuby, gdzie przedstawicielki płci pięknej smagano wierzbowymi witkami. W ten sam dzień bawiono się w tzw. wybijanie jajek. Polegało ono na tym, że dwie osoby stukały się wzajemnie ugotowanymi jajkami. Wygrywał ten, kto stłukł jajko przeciwnika jako pierwszy. W ramach zabaw toczono też jajka z górki. Wygrywał właściciel tego jajka, które najszybciej dotarło na dół.

Marcin Nowak