Szukaj
Polub nas!

korczak Janusz Korczak fot WikipediaJanusz Korczak (fot. Wikipedia)Samotna droga Starego Doktora

Janusz Korczak był lekarzem pediatrą, utalentowanym pisarzem i publicystą, działaczem społecznym, a przede wszystkim pedagogiem. Mimo że sam nigdy nie zakosztował smaku ojcostwa, był ojcem ogromnej liczby cudzych dzieci. „Za syna wybrałem ideę służenia dziecku i jego sprawie” – mówił o sobie. Dzieci, którymi się opiekował, nie zostawił nawet w obliczu śmierci...

Smutne dzieciństwo

W gruncie rzeczy niewiele pewnego wiemy o życiu Janusza Korczaka. Większość informacji pochodzi z jego własnych wypowiedzi zawartych w wątkach autobiograficznych jego książek lub ze wspomnień ludzi, którzy pozostawali z nim w kontakcie. A przecież to, co wydarzyło się w młodości Janusza Korczaka, bardzo mocno zaważyło na wyborze niekonwencjonalnej i niezwykłej drogi jego życia.

Nie jest pewne, kiedy się urodził – 22 lipca 1878 czy 1879 r. Niewiadoma ta jest wynikiem opieszałości ojca – cenionego adwokata Józefa Goldszmita – który nie spieszył się z wyrobieniem chłopcu metryki. Niektórzy eksperci twierdzą, że Józef zastanawiał się dość długo nad wyborem tożsamości dla syna – żydowskiej lub chrześcijańskiej. Decyzja zapadła wraz z rejestracją chłopca w „kancelarii dla wyznań niechrześcijańskich”. Wiemy na pewno, że przyszły bohater na świat przyszedł w Warszawie jako Hersz Goldszmit. Odziedziczone po dziadku imię rodzice uznali za odświętne i na co dzień chłopca nazywali Henrykiem.

Janusz Korczak to pseudonim literacki, którym po raz pierwszy podpisał się pod tekstem z 1900 r. Dzieci i wychowanie, a który zaczerpnął z powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego Historia o Janaszu Korczaku i o pięknej miecznikównie. Znawcy tematu przyjmują, że imię Janusz, zamiast Janasz, było wynikiem błędu drukarskiego, którego Korczak nigdy nie sprostował.

Mimo że przez pierwszych kilkanaście lat jego życia w domu nie brakowało pieniędzy – dzięki koneksjom i wysokim dochodom ojca rodzinę było stać nawet na zatrudnienie licznej służby – Janusz wspominał później, że czuł się w rodzinnym domu dojmująco samotny. Nikt nie poświęcał mu uwagi ani czasu. Matka Cecylia, z domu Gębicka, całymi dniami płakała z powodu niezbyt udanego małżeństwa, ojciec natomiast w domu bywał rzadko, a jeśli już się pojawił, to zajmował się sobą.

Samotność przyszłego bohatera pogłębiła atmosfera strachu, jaka panowała w prywatnej szkole przygotowującej do gimnazjum. To tam po raz pierwszy – jak wspominał – doświadczył bezradności dziecka wobec dominacji, a często i niesprawiedliwości dorosłych. Zauważył też, jak wiele dzieci jest biednych i osieroconych. Później wiele razy powtarzał, że dzieci często są sierotami w domu własnych rodziców.

Na domiar złego jego ojciec wpadł w chorobę psychiczną i Janusz musiał – jako uczeń męskiego Gimnazjum Praskiego – podjąć pracę, by utrzymać matkę i siostrę. Zarabiał udzielaniem korepetycji i pisaniem do gazet. Z tym drugim nie miał problemów, bo od wczesnej młodości był wielkim pasjonatem literatury (poza Kraszewskim uwielbiał Sienkiewicza, Goethego, Hugo, Zapolską), a poza tym sam wykazywał duży talent pisarski. Dowodem są późniejsze piękne książki, w tym niezapomniany Król Maciuś Pierwszy, Prawo dziecka do szacunku, Sam na sam z Bogiem oraz przyznany mu w 1937 r. przez Polską Akademię Literatury Złoty Wawrzyn. Mimo to nie zdecydował się na polonistykę, ale poszedł śladami dziadka i wybrał studia na wydziale lekarskim Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego.

Literatura to słowa, a medycyna to czyny – tłumaczył.

Został pediatrą. Wtedy też określił się raz na zawsze w kwestii przynależności narodowej, stwierdzając, że jest „polskim Żydem urodzonym pod zaborem rosyjskim”. Tu należy podkreślić, że pozostawał pod wpływem tzw. haskali – nurtu oświeceniowego Żydów polskich, który propagował wspólne życie i działanie Polaków i Żydów.

Walka o dobro dziecka

Spośród licznych dziedzin, którymi się interesował i zgłębiał zawodowo, najwięcej czasu, sił i serca poświęcił walce o dobro i godność dziecka. Dlaczego? Bo wierzył – podobnie jak inni badacze tzw. nowego wychowania, których poznał w Genewie i Brukseli – że „dziecko – które jest świątynią prawdy i wolności – spełni główną rolę w duchowym odrodzeniu człowieka i przebudowie świata”. Wszystkie tezy Korczaka oraz późniejsze próby wcielenia ich w życie wywodziły się z przekonania, że dziecko jest pełnowartościowym człowiekiem, a skoro tak, to powinno mieć zagwarantowane prawa zarówno w rodzinie, jak i w społeczeństwie. Miał na myśli m.in. prawo do szacunku, miłości, bycia tym, czym jest, zaspokajania swoich dziecięcych potrzeb, doświadczania i pełnego rozwoju osobowości.

Napisał nawet na ten temat esej Jak kochać dziecko. Dziecko w rodzinie, który został uznany za credo pedagogiczne. O tym, jak wychować dziecko na dobrego i wrażliwego członka społeczeństwa, opowiadał w audycjach radiowych, w których występował jako „Stary Doktor”. Sam nigdy nie założył rodziny – podobno podjął taką decyzję świadomie w 1910 roku. Jednak zdawał sobie sprawę, że to rodzina jest najlepszym miejscem do kształtowania człowieka, a w przypadku jej braku – kluczową rolę odgrywa towarzystwo rówieśników.

Korczak Budynek dawnego Domu Sierot fot WikipediaBudynek dawnego Domu Sierot. Obecnie siedziba
Domu Dziecka nr 2 im. Janusza Korczaka
oraz Ośrodka Dokumentacji i Badań KORCZAKIANUM
(fot. Wikipedia)
Dla tych dzieci, które nie miały oparcia w rodzinie, stworzył placówki opiekuńczo-wychowawcze, w których wprowadzał w życie swoje nadzwyczaj nowatorskie, jak na tamte czasy, idee. Od podstaw zbudował dwie: Dom Sierot przy ulicy Krochmalnej w Warszawie (obecnie Jaktorowskiej) i Nasz Dom w Pruszkowie. Najdłużej i najbardziej emocjonalnie był związany z tą pierwszą instytucją. Otwierając ją w 1912 r., powiedział swoim podopiecznym: – Dajemy wam tęsknotę za lepszym życiem, którego nie ma, a które kiedyś będzie. Może ta tęsknota doprowadzi was do Boga, ojczyzny i miłości.

Już sam budynek Domu Sierot – przeznaczony nie tylko dla dzieci żydowskich, bo Korczak nie uznawał granic etnicznych – był bardzo nowoczesny. Była tu duża jadalnia, pomieszczenia na warsztaty i do nauki, a także sypialnie, w tym i dla osób wyrażających chęć adopcji. Z założenia był to „dom pracy i szkoła życia”. W ramach autorskiego programu wychowawczego Korczak wprowadził nowe środki wychowawcze. Najważniejszą jego składową był samorząd, dzięki któremu dzieci miały pewność, iż są traktowane poważnie. Jego elementy stanowiły: Sejm Dziecięcy, który przyznawał nagrody za szczególne osiągnięcia, Rada Samorządowa i Sąd Koleżeński, któremu poddawali się nie tylko wychowankowie, ale i personel. Poddawanie się personelu Sądowi Koleżeńskiemu było uznawane za rozwiązanie tak kontrowersyjne, że wyeliminowano je z programu innych sierocińców. Działała tu skrzynka na listy (dla potrzeb korespondencji między nauczycielami a wychowankami) i skrzynka rzeczy znalezionych, a nawet kasa pożyczkowa. Raz w tygodniu ukazywała się redagowana przez dzieci gazetka.

Tutaj dzieci czuły się jak w raju. Nie tylko mogły realizować swoje pasje i rozwijać się pod okiem troskliwych dorosłych, ale przede wszystkim mogły być sobą. Mogły też w każdej chwili przyjść do „Dyrektora”, wypłakać się, poprosić o radę, podzielić radościami. Wszystko zaczęło się psuć wraz ze wzrostem nastrojów rasistowskich w całej Europie. Wtedy Korczak postanowił znaleźć miejsca dla podopiecznych w Palestynie, którą zachwycił się podczas podróży w 1934 i 1936 r. W liście do przyjaciela z marca 1937 r. napisał:

„Niestety będąc w Polsce nie wierzę, abym mógł być przydatny na coś, a żyć wygodnie nie mogę. Wstydzę się, że mam co jeść, wiedząc, że dzieci głodują, czuję wstręt do mego uśmiechu, gdy dookoła młode udręczone twarze. Może się łudzę, że z Palestyny łatwiej wołać mi będzie o sprawiedliwość, a przynajmniej o litość. (...) Tak ciężko, tak nieprawdopodobnie ciężko. Wy, młodzi, czekacie: historia szybko się toczy; zresztą tak długo być nie może. Zło jeszcze nie dotarło do dna, najbliższe pięć, może dziesięć lat – to burze i zalewy: ujrzycie świat nowego ładu. Nasze pokolenie przeżyło szmat dziejów i nieudanych prób, w naszych oczach waliły się wiary, zapadało się to zło i dobro, które trwało wiele stuleci. My nastawieni na wczoraj, wy na jutro, my – każdy osobno, wy – razem. My – pomniki, groby, wy – kołyski i już jasne spojrzenie dzieci bardziej świadomych i czujnych. Złudzeniami żyliśmy tak długo”.

Jego słowa zabrzmiały niczym proroctwo. Wybuchła II wojna światowa i czar Domu Sierot prysnął niczym mydlana bańka. Budynek został uszkodzony podczas silnych bombardowań już w pierwszych dniach wojny. Później było już tylko gorzej. Dramat nastąpił wraz z przeniesieniem Domu na ul. Chłodną, która została włączona do getta dla ludności żydowskiej. Nie pomogły starania dyrektora, który stawał na głowie, by sierociniec pozostawiono w jego pierwotnym miejscu. W dzień przeprowadzki Janusz Korczak trafił na Pawiak, bo nie założył – jak nakazywały władze okupanta – opaski z niebieską Gwiazdą Dawida (nie aprobował dyskryminacyjnego oznaczania Żydów). Został wykupiony kilka tygodni później.

Tragiczną sytuację Domu Sierot pogłębiło zamknięcie getta w listopadzie 1940 r. Zaczęło brakować jedzenia i leków. Korczak dokonywał nadludzkich rzeczy, by zdobyć dla podopiecznych worek ziemniaków czy główkę kapusty. Sam zabijał głód wódką.

„Wizyt nie składam. Chodzę żebrać o pieniądze, produkty, wiadomość, radę, wskazówkę. Jeśli to nazywasz wizytami, są one ciężką i poniżającą pracą. A trzeba błaznować, bo ludzie nie lubią ponurych twarzy” – napisał w liście do siostry, zdradzając, że zabiega o datki nawet u żydowskich agentów Gestapo, którzy rządzili w getcie.

Mimo jego wysiłku coraz więcej dzieci umierało z wycieńczenia i chorób oraz od niemieckich kul. Nie poddał się jednak. Do Domu Sierot, który przeznaczony był dla stu osób, przyjął drugą setkę, starając się nawet w tak nieludzkich warunkach zapewnić wszystkim normalność – jeśli o czymś takim można w ogóle w takiej sytuacji mówić. Do końca uczył je, a na dobranoc opowiadał bajki. Sam zaś dawał upust frustracji z powodu „upodlenia świata”, ale i niegasnącej wiary w najgłębsze wartości człowieka, pisząc Pamiętnik.

Ostatnia droga

Przyjaciele Korczaka chcieli i mogli zorganizować mu ucieczkę z getta oraz kryjówkę, ale on nie był tym zainteresowany. Bycie z podopiecznymi było dla niego logiczną konsekwencją całej jego postawy życiowej. Zdawał sobie sprawę, że nie może ich ocalić, ale równocześnie wiedział, że może im dać swoją obecność – aż do końca.

Jestem człowiekiem samotnej drogi, indywidualnych decyzji i czynów – powiedział.

5 sierpnia 1942 r. Niemcy zlikwidowali Dom Sierot, co było równoznaczne z wydaniem wyroku śmierci na dzieci i personel tej placówki. Niewzruszony Korczak stanął na czele pochodu skazańców. Miał na sobie mundur polskiego lekarza wojskowego, który włożył w pierwszym dniu po wejściu Niemców do Warszawy. Czterogodzinny marsz na Umschlagplatz (rampa kolejowa na ulicy Stawki w Warszawie, z której wywożono Żydów do obozu koncentracyjnego w Treblince) wstrząsnął mieszkańcami miasta.

korczak fot PixabaySymboliczna mogiła Janusza Korczaka na Cmentarzu Żydowskim
w Warszawie (fot. Pixabay)
Był już wtedy bardzo chory, a mimo to szedł wyprostowany, z twarzą przypominającą maskę, pozornie opanowany. Szedł przodem tego tragicznego pochodu. Najmłodsze dziecko trzymał na ręku, a drugie maleństwo prowadził za rączkę. We wspomnieniach różnych osób jest tak, a w innych inaczej, co nie znaczy, że ktoś się myli. Trzeba tylko pamiętać, że droga z Domu Sierot na Umschlagplatz była długa. Trwała cztery godziny. Widziałam ich, kiedy z ulicy Żelaznej skręcali w Leszno – wspominała Irena Sendlerowa, polska działaczka społeczna i charytatywna. Zbudowana przez Sendlerową siatka ludzi i organizacji w czasie II wojny światowej uratowała około 2500 żydowskich dzieci.

Wymarsz z getta widział też kompozytor, pianista i aranżer żydowskiego pochodzenia Władysław Szpilman:

Chyba 5 sierpnia (…) przypadkowo stałem się świadkiem wymarszu Janusza Korczaka i jego sierot z getta (…). Spędził z nimi długie lata swojego życia i teraz, w ich ostatniej drodze, nie chciał ich zostawiać samych. Chciał im tę drogę ułatwić. Wytłumaczył sierotom, że mają powód do radości, bo jadą na wieś (…). Gdy spotkałem ich na Gęsiej, dzieci, idąc, śpiewały chórem, rozpromienione, mały muzyk im przygrywał, a Korczak niósł na rękach dwoje najmłodszych, także uśmiechniętych, i opowiadał im coś zabawnego.

Następnego dnia „Stary Doktor” wraz ze swoimi podopiecznymi, którym pozostał wierny do końca, zginął w komorze gazowej. Wstrząsające jest świadectwo pracownika obozowego Sonderkommando, Chaima Stajera, który tak opisuje to, co zobaczył podczas opróżniania komory: „Korczak stał pochylony (…), był on jakby obłożony wielką ilością dzieci, które się go trzymały”.

Świat nie zapomniał bohatera. Jego wizjonerskie idee zostały zapisane w Konwencji o prawach dziecka z 1989 r., a on sam został uznany za jednego z pionierów nurtu pedagogicznego nazywanego „edukacją moralną”.

Dorota Feluś