Szukaj
Polub nas!
1 1 1 1 1 1 1 1 1 1 Rating 5.00 (6 Votes)

Hrabianka na usługach wywiadu

Ian Fleming, twórca postaci agenta 007, czyli Jamesa Bonda, zadurzył się po uszy, jak wielu innych przed nim. Wybranką serca pisarza została piękna Polka – onegdaj ulubiony szpieg Winstona Churchilla. Ian Fleming spotkał Krystynę w czasie podróży morskiej z Australii do Anglii. Piękna kobieta pracowała na statku jako stewardesa, chociaż wydawało się jasne, że jest to ktoś ze znacznie wyższej półki. Gdy poznał jej historię, ubrał ją w szatki pierwszej dziewczyny Bonda w powieści „Casino Royal”. Kim w rzeczywistości była kobieta, którą interesują się pisarze i filmowcy, a która umarła, bo być może wiedziała zbyt wiele?

Krystyna Skarbek urodziła się 1 maja 1908 roku w Warszawie. Była córką Jerzego Skarbka, potomka rodu o tradycjach sięgających roku 1002, choć w istocie nieprzerwana genealogia linii kujawskiej rodu, z której pochodziła, sięga ledwie pierwszej połowy XVII wieku. Zarówno Krystyna jak i jej ojciec należeli do nieutytułowanej linii rodu Skarbków. Heroldia ostatecznie odmówiła mu tych praw. Pozostali tzw. „hrabiami kopertowymi”. Matką Krystyny była pochodząca z bardzo bogatej rodziny żydowskich bankierów Stefania Goldfeder, która w posagu do małżeństwa z Jerzym Skarbkiem wniosła ogromny majątek.

W 1930 roku uczestniczyła w konkursie Miss Polonia, jednakże zajęła jedynie dalsze punktowane miejsce wśród tzw. 15 „gwiazd piękności”, aczkolwiek później pisano, że została wicemiss. W tym samym roku, po śmierci ojca, rodzina przeniosła się z Trzepnicy pod Piotrkowem Trybunalskim do Warszawy, gdzie nie tak znów (według ówczesnych kryteriów) młodziutka Krystyna w roku 1933 poślubiła pabianickiego przemysłowca Karola Gettlicha; małżeństwo jednak nie trwało długo – rozpadło się już po 6 miesiącach. W listopadzie 1938 wyszła za mąż po raz drugi, tym razem za podróżnika i pisarza powieści dla młodzieży, Jerzego Giżyckiego. W roku 1939 udali się do Kenii, gdzie Giżycki oczekiwał na zwolnienie się placówki dyplomatycznej w Addis-Abebie, stolicy Abisynii, która była w tym czasie okupowana przez Włochów. We wrześniu, na wieść o wybuchu wojny niezwłocznie wyjechali do Francji, skąd Krystyna już sama (bo w separacji z mężem) przedostała się do Anglii, gdzie wykorzystując przedwojenne koneksje, zgłosiła się do służby w agencji brytyjskiego wywiadu „Special Operations Executive” (SOE), powołanej przez Winstona Churchilla do prowadzenia wywiadu i dywersji na niemieckich tyłach, i została przyjęta. Od tej chwili występowała jako Christine Granville.

Przyjmując nową tożsamość jako agentka, odjęła sobie 7 lat i podawała odtąd za rok urodzenia 1915. Początkowo została skierowana na Węgry z zadaniem podjęcia pracy konspiracyjnej, którą wykonywała wspólnie z Andrzejem Kowerskim (pseudonim Andrew Kennedy) – i nie trzeba dodawać, że zakochanym po uszy – przyjacielem jeszcze sprzed wojny. Z Budapesztu, gdzie dla niepoznaki pracowała jako dziennikarka, trzykrotnie odbyła podróż do okupowanej Polski konspiracyjnym szlakiem przez Słowację jako kurierka tatrzańska, a jednym z jej przewodników był znany sportowiec i olimpijczyk Jerzy Marusarz. Ponadto oboje z Kowerskim zajmowali się organizowaniem ucieczek internowanych w węgierskich obozach Polaków do dalszej służby w polskich siłach zbrojnych na Zachodzie. Ta praca nie była akurat zbyt trudna, bowiem Węgrzy przymykali oczy na „wyciekanie” Polaków do Francji. Zbierali również informacje wywiadowcze, które według źródeł brytyjskich pomogły Churchillowi w uściśleniu przewidywanego terminu niemieckiej inwazji na Związek Sowiecki.

W czerwcu 1940 Krystynie udało się rzekomo odwiedzić w Warszawie matkę, ale nie udało się skłonić jej do ucieczki z okupowanej Polski. Stefania Skarbek-Goldfeder zginęła w warszawskim getcie. Słowa „rzekomo” użyłem z rozmysłem, bowiem agentom wywiadu nie wolno było mieszać swych zadań ze sprawami rodzinnymi, ale kto to wie...

Talent i brawura Skarbkówny dały się dostrzec już w tej pierwszej fazie jej działalności, np. wówczas, gdy przeprowadzała pięciu czeskich oficerów do Jugosławii. Z powodu awarii samochodu, którym jechali, zostali zatrzymani przez niemiecki patrol. Krystyna nie straciła głowy i ufając fałszywym dokumentom nie tylko nie zdekonspirowała siebie ani całej grupy, ale nawet namówiła Niemców do przepchnięcia samochodu, który utknął na drodze przez granicę.

W roku 1941 Skarbkówna i Kowerski powrócili do Wielkiej Brytanii, gdzie otrzymali normalny status agentów SOE pod dowództwem brytyjskiego oficera (pół-Francuza, pół-Belga) Francisa Cammaertsa. Gdy Hitler zaatakował Bałkany, przeniesieni zostali na Bliski Wschód, gdzie przez blisko półtora roku pracowali dla Brytyjczyków w Kairze.

Sir Douglas Dodds-Parker, szef całego SOE, zaplanował na jej wniosek kolejną misję, tym razem w okupowanej Francji. W lipcu 1944 Krystynę zrzucono na spadochronie (uwielbiała skakać) jako Jacqueline Armand do „maquis” na Płaskowyżu Vercors w południowej Francji, gdzie m.in. zorganizowała wykupienie z rąk Gestapo kilku aresztowanych szefów siatki sabotażowo-dywersyjnej „Jockey”, w tym samego Cammaertsa. Posłużyła się przy tym nieprawdopodobnym wręcz wybiegiem i, kolejny już raz, niesłychaną brawurą, oświadczając niemieckiemu lokalnemu szefowi Gestapo Maksowi Waemowi, że jest żoną Cammaertsa i – co więcej – siostrzenicą brytyjskiego generała Montgomery’ego, i że za uwolnienie aresztowanych gwarantuje gestapowcowi bezpieczeństwo po wkroczeniu aliantów. Mimo dziwnego akcentu Skarbkówny Niemiec uwierzył w jej rodzinne koligacje, uwolnił pojmanych, a nawet dał pistolet i samochód, którym przejechali na drugą stronę frontu, do aliantów.

W końcu sierpnia, gdy w Warszawie trwało powstanie, Krystyna dotarła do Londynu. Wielokrotnie składała prośby o przerzut do Polski, ale nieodmiennie spotykała się z odmową. Pod koniec roku, kiedy do Polski miała udać się brytyjska Misja Wojskowa, uzyskała wreszcie zezwolenie, ale w ostatniej chwili Churchill odwołał wszystkie loty do opanowanej przez Armię Czerwoną Polski.

Została zdemobilizowana w kwietniu 1945 (a więc jeszcze przed zakończeniem wojny) w Kairze. Ponieważ nie posiadała obywatelstwa brytyjskiego, została potraktowana bardzo formalnie, otrzymując odprawę w wysokości zaledwie 100 funtów. Osobiste podziękowanie Churchilla, który nazywał ją „swoją ulubioną wywiadowczynią”, nie osłodziły goryczy złego potraktowania, tym bardziej, że miała więcej odznaczeń niż niejeden generał. Pytana, jakie odznaczenie chciałaby dostać najbardziej, odpowiadała, że Krzyż Walecznych. Tego jednak – jako nie-żołnierz – dostać nie mogła i nie dostała.

Krystyna, już po rozwodzie z Giżyckim w polskim konsulacie w Berlinie 1 sierpnia 1946 r., mimo swoich zasług i licznych odznaczeń miała trudności ze zdobyciem środków utrzymania. Chciała osiedlić się w Kenii, ale i to jej się nie udało. Pracowała jako pokojówka w hotelu, telefonistka, sprzedawczyni w londyńskim domu towarowym Harrodsa, a wreszcie jako stewardesa na statkach pasażerskich „Rauhine” i „Winchester Castle” pływających na liniach łączących Australię i Afrykę Południową z Wielką Brytanią.

W jednym z takich rejsów poznała zdemobilizowanego z Navy Intelligence Division (NID) Iana Fleminga, z którym miała rzekomo trwający blisko rok romans. Wywarła na Angliku tak duże wrażenie, że ten prawdopodobnie wzorował się na niej tworząc postać Vesper Lynd w swej pierwszej powieści o Jamesie Bondzie.

Na jednym ze statków poznała obsesyjnie jakoby w niej zakochanego stewarda Irlandczyka Dennisa Muldowney‘a, a na drugim – pasażerkę, którą się zajmowała – Madeleine Masson, swą przyszłą biografkę.

15 czerwca 1952 r., podczas krótkiego urlopu w podlondyńskim hotelu „Shelbourne” w Kensington prowadzonym przez Polaków pp. Hryniewiczów, obłędnie w niej zakochany Muldowney pchnął ją nożem po tym, jak odrzuciła jego oświadczyny. Po dwóch dniach zmarła w szpitalu, a zabójca został schwytany i skazany na śmierć. Po aresztowaniu poprosił policję o szybką śmierć, „by mogli się połączyć w zaświatach”. Rzeczywiście, Muldowney został powieszony wyjątkowo szybko, co budzi poważne wątpliwości: nie jest wykluczone, że miały tu miejsce porachunki szpiegowskie: istnieją podejrzenia, że Skarbek mogła być podwójnym agentem.

Istnieje również trudna do potwierdzenia poszlaka, że w czasie jednej z jej podróży na Bliski Wschód w lipcu 1943 roku miała lecieć samolotem generała Sikorskiego, ale rzekomo została ostrzeżona i w ten sposób uniknęła śmierci (wtedy jeszcze była SOE potrzebna). Atak Muldowneya wydarzył się niemal w przeddzień jej wyjazdu do Bonn do Kowerskiego. Czyżby komuś zależało na tym, by jakaś ważna tajemnica nie opuściła Wysp Brytyjskich i spoczęła w grobie?

Polski wywiad – dziś wiemy, że jeden z najlepszych w czasie wojny – miał wątpliwości, co do niektórych działań Christine Granville. Chodziło szczególnie o dwie sprawy z roku 1941. W pierwszym przypadku dziecinnie łatwo uzyskała dla siebie i Kowerskiego wizy Francji Vichy do przejazdu przez Syrię. Kowerski tłumaczył po latach, że on został na zewnątrz, podczas gdy Krystyna weszła do konsulatu w Bagdadzie i powiedziała konsulowi, że jest wprawdzie przedstawicielem rządu Vichy, ale również Francuzem i... mężczyzną. I dostała wizy. W drugim przypadku oboje mieli jakoby zostać aresztowani przez Gestapo, ale podczas przesłuchania Skarbkówna ugryzła się w język i zaczęła kaszleć plując krwią (przed wojną pracowała w biurach Fiata w Warszawie, które miały mieścić się nad warsztatem, a wyziewy spalin spowodowały nieodwracalne zmiany w jej płucach). Gestapowcy, zamiast zakatować ją na śmierć wysłali ją na prześwietlenie i uznali, że jest śmiertelnie chora na gruźlicę... po czym zwolnili i ją, i Kowerskiego...

Niezwykle dziwne wydaje się, że „najulubieńsza agentka” premiera z dnia na dzień stała się nikim, że zginęła od ciosu wprost w serce, w zadawaniu jakich ćwiczeni byli specjalni agenci wywiadów, że Kowerski i Cammaerts zrobili wszystko, by światło dzienne ujrzała wyłącznie biografia Skarbkówny pióra pani Masson, napisana pod ich dyktando, że wyrok na Muldowneyu wykonano niezwykle szybko, bez zwyczajowych odwołań stron, że Brytyjczycy trzymali dzieje tak wartościowego szpiega w tajemnicy prawie po dziś dzień.

„Cechowała ją jakaś niezwykła magia, która odróżniała ją od innych osób (...). Jej osobowość wydzielała jakąś magnetyczną siłę. Jest bardzo ważne, by zachować ją w pamięci (...), była żywym ucieleśnieniem odwagi” – pisał o Krystynie Skarbek The Guardian.

Z Kowerskim (w czasie wojny dosłużył się stopnia majora armii brytyjskiej, ale po wojnie nigdy nie wrócił do Wielkiej Brytanii), który był jej towarzyszem życia od czasów węgierskich, Krystyna nigdy nie wzięła ślubu. Nie wiemy dlaczego. Przecież chyba była mu bardzo bliska, skoro po jej tragicznej śmierci w roku 1952 przechowywał pieczołowicie wszystkie pamiątki, medale i odznaczenia Krystyny aż do swojej własnej śmierci w roku 1988, zaś zgodnie z jego ostatnią wolą został pochowany na katolickim cmentarzu St. Mary’s w Kensal Green (północno-zachodnie przedmieście Londynu) w tym samym grobie, co jej ciało, chociaż na nagrobku widnieje tylko jej nazwisko.

Pisarka Madeleine Masson przyznaje, że poznała Krystynę na statku, którym płynęła z Afryki Południowej do Anglii, gdzie miała spotkać się z długo nie widzianym narzeczonym. Stewardesa Krystyna wywarła na niej spore wrażenie, ale jakoś nie pytała jej o nic. Podobno dopiero ostatniego dnia, przed opuszczeniem pokładu statku w Plymouth, zapytała jednego z oficerów o nazwisko stewardesy (ten, oczywiście, to nazwisko znał!).

Kilka dni później przeczytała w gazetach o jej tragicznej śmierci, ale była zbyt przejęta zbliżającym się spotkaniem z ukochanym, że nie poświęciła wydarzeniu należytej uwagi. Jednak w kilka lat później – czy przypadkiem nie za namową Sir Douglasa Dodds-Parkera, Kowerskiego i Cammaertsa? – zaczęła „badać” okoliczności życia i śmierci Skarbkówny, w wyniku czego powstała wiadoma książka.

Gdzie leży prawda o Krystynie Skarbek, alias Christine Granville? Tego nie wiemy i być może nie dowiemy się nigdy, ale jedno jest pewne – jej los dziwnie przystaje do tragicznych losów innych wielkich, a tragicznych polskich postaci okresu wojny i okupacji: generałów: Sikorskiego, Roweckiego i Fieldorfa, rotmistrza Pileckiego i wielu, wielu innych, których śmierć przypieczętować miała na zawsze śmierć Polski...

Nasz stary kraj, który dwadzieścia kilka lat temu powtórnie – jak swego czasu Piłsudski – wysiadł „z czerwonego tramwaju na przystanku Niepodległość”– ma przed sobą wiele takich wątków do przebadania. Mam niepłonną nadzieję, że w niektórych przypadkach da się to osiągnąć...

Piotr K. Domaradzki

(fot. Wikimedia Commons)