Szukaj
Polub nas!

spy1 WikipediaEric Roberts (fot. Wikipedia)Nieśmiały szpieg

W historii brytyjskiego wywiadu MI5 sporo jest niezwykłych postaci, w tym również takich, które zdradziły swój kraj i w okresie zimnej wojny pracowały dla Sowietów. Jeden z najskuteczniejszych szpiegów brytyjskich pozostaje prawie zupełnie nieznany, mimo że jego kariera była fascynująca...

W latach 30. minionego stulecia Eric Roberts pracował jako urzędnik w jednym z oddziałów brytyjskiego banku National Westminster. Był przeciętnym, cichym, szarym biurokratą. Jednak jego prawdziwa praca była zupełnie inna.

Mniej więcej dziesięć lat wcześniej słynny w tamtych czasach szpieg brytyjski Maxwell Knight zwerbował Robertsa do pracy w wywiadzie. Zadaniem rekruta było infiltrowanie ugrupowań faszystowskich i komunistycznych w Wielkiej Brytanii. Nie był on etatowym pracownikiem MI5, lecz miał status współpracownika.

Jego sytuacja zmieniła się w roku 1940. Premier Winston Churchill obawiał się działalności tzw. „piątej kolumny”, czyli ludzi sympatyzujących z hitlerowskimi Niemcami, a mieszkającymi w Wielkiej Brytanii. Wtedy to właśnie Roberts stał się zawodowym szpiegiem, przybierając pseudonim „Jack King”. Przez następne pięć lat udawał oficera Gestapo działającego w tzw. Einsatzgruppe London, czyli organizacji zrzeszającej zwolenników faszyzmu mających wesprzeć spodziewaną inwazję niemiecką na kraj.

W sumie Roberts zidentyfikował ponad 500 osób działających w Londynie na rzecz hitlerowców. Była to trudna i niebezpieczna praca, a „Jack” zyskał sobie powszechne uznanie kolegów zarówno za sposób, w jaki ją prowadził, jak i za jej efektywność. W jednym z raportów użyto nawet terminu „genialny szpieg” przy opisie wyczynów Robertsa.

Po wojnie Roberts pozostał w szeregach MI5 i pracował najpierw w Londynie, a potem przez rok w Wiedniu. Jednak wkrótce jego kariera dramatycznie się zmieniła. Stało się tak z chwilą, gdy Roberts zaczął ostrzegać swoich kolegów przed sowieckimi wtyczkami w MI5. Jego ostrzeżenia nie tylko były ignorowane, ale spowodowały, że zaczęto go traktować z nieufnością i podejrzewać o pełnienie roli podwójnego agenta. Jak sam napisał wiele lat później w liście do BBC, był przekonany o tym, że przez pewien czas go śledzono.

Atmosfera podejrzeń i nieufności nasiliła się w roku 1951, gdy do ZSRR zbiegli dwaj agenci MI5, Guy Burgess i Donald Maclean. Był to poważny cios dla brytyjskiego wywiadu. Roberts po pewnym czasie nie był w stanie kontynuować pracy. Najpierw wysłał swoich dwóch nastoletnich synów do Kanady, a potem w roku 1956 przeszedł na emeryturę, w wieku zaledwie 49 lat. Wraz z żoną i córką dołączył do synów. Cała rodzina osiedliła się w Salt Spring Island, odludnym miejscu w okolicach Vancouver. Roberts był przekonany, że jego dawni mocodawcy nadal go o coś podejrzewają i że prędzej czy później dadzą o sobie znać. Nie mylił się.

W roku 1961 do Moskwy uciekł kolejny podwójny agent, Kim Philby. Pojawiły się wtedy doniesienia o istnieniu tzw. „piątki z Cambridge”, czyli grupy agentów MI5 pracujących dla KGB. W roku 1964 zidentyfikowano wszystkich tych ludzi. Obok Philby’ego byli to: Guy Burgess, Donald Maclean, Anthony Blunt i John Cairncross. Jednak Brytyjczycy nie mieli pewności, czy piątka ta stanowiła kompletną siatkę wywiadowczą, czy też w pracę na rzecz ZSRR zaangażowani byli również inni agenci MI5.

Roberts nie zdziwił się specjalnie, gdy w roku 1968 przed jego domem zatrzymał się elegancki samochód, z którego wysiadło dwóch mężczyzn w garniturach. Jednym z nich okazał się oficer kanadyjskiej policji. Drugim był Barry Russell Jones z MI5. Robertsa zaproszono na „pogawędkę”, w trakcie której pytano go o to, czy posiada jakiekolwiek informacje o byłych lub obecnych wtyczkach sowieckich w brytyjskim lub amerykańskim wywiadzie.

Rozmowa zakończyła się tym, że Roberts napisał na kartce papieru pojedyncze imię, Tony, włożył kartkę do koperty i dał ją swoim gościom. Był jednak przekonany, iż na jego osobie nadal ciążył cień podejrzeń. W MI5 ustalono później, że owym Tonym był Anthony Blunt i że Roberts już w roku 1941 ostrzegał, że może on pracować dla obcych sił.

Wizyta Jonesa w domu Erica była dla niego ciężkim przeżyciem. Po kilku dniach rozchorował się, a do przyjaciela napisał w liście, że żyje w nieustannym strachu przed dalszymi poczynaniami MI5 wobec jego osoby. Czuł, że nawet przeprowadzka do odludnego miejsca w zachodniej części Kanady nie była w stanie odseparować go od przeszłości.

Jak się później okazało, Roberts obawiał się MI5 również z innego powodu. On sam ukończył tylko szkołę średnią, podczas gdy elita brytyjskiego wywiadu składała się niemal wyłącznie z absolwentów prestiżowych uczelni, takich jak Oxford i Cambridge. W związku z tym Eric uważał, że nigdy nie został zaakceptowany przez kadrę oficerską, a Dick White, szef MI5 w latach 1953-56, był mu wyraźnie niechętny. Z tego samego powodu jego ostrzeżenia o sowieckich agentach w szeregach brytyjskiego wywiadu były rzekomo lekceważone. W ekskluzywnym klubie świetnie wykształconych agentów wzajemne podejrzenia o zdradę po prostu nie wchodziły w rachubę, szczególnie gdy źródłem tych podejrzeń był ktoś „niższego rzędu”.

Ostatecznie w roku 1969 przedstawiciel MI5 zapewnił Robertsa, że nie jest prowadzone przeciw niemu żadne śledztwo i że jego osoba nigdy nie znajdowała się na liście podejrzanych o współpracę z KGB. Jego dzieci wyjawiły później, że Eric przyjął to zapewnienie z wielką ulgą. Zmarł trzy lata później, a jego praca dla MI5, zarówno w czasie II wojny światowej, jak i w okresie zimnej wojny nigdy nie została oficjalnie doceniona. Roberts pozostaje do dziś postacią niemal całkowicie nieznaną, podczas gdy o „piątce z Cambridge” wiedzą wszyscy.

Krzysztof M. Kucharski