Szukaj
Polub nas!

POWs celebrate fot WikipediaByli jeńcy obozu w Cabanatuan świętują
swoje oswobodzenie (fot. Wikipedia)
Wielki rajd

Pod koniec II wojny światowej miała miejsce niezwykła akcja amerykańskich sił zbrojnych, zakończona spektakularnym sukcesem, która powszechnie pozostaje nieznana. Był to tzw. „Wielki rajd”, który miał miejsce na Filipinach 30 stycznia 1945 roku. W akcji tej udział wzięły elitarne jednostki amerykańskiej armii oraz filipińscy partyzanci…

Gdy w roku 1941 Japończycy zaatakowali Pearl Harbor, na Filipinach stacjonowały tysiące amerykańskich żołnierzy pod dowództwem generała Douglasa MacArthura. Siły te zostały zaatakowane przez japońską armię już w kilka godzin po bombardowaniu bazy na Hawajach. MacArthur znalazł się w bardzo trudnej pozycji. Jego żołnierze byli słabo uzbrojeni, niedożywieni i nękani chorobami. Generał wraz z kilkoma oficerami został ewakuowany. Żołnierzom obiecał, że wróci, ale jego powrót dla wielu z nich był mocno spóźniony. 9 kwietnia 1942 roku Amerykanie na Filipinach poddali się, przez co w japońskiej niewoli znalazło się ponad 70 tysięcy żołnierzy.

Japończycy nie spodziewali się, że w ich rękach znajdzie się aż tylu jeńców. Wcześniej zorganizowali obozy dla mniej więcej 25 tysięcy ludzi. Jeden z nich nazywał się Camp O’Donnell. To tam wysłano większość Amerykanów. Zostali oni zmuszeni do 60-milowego marszu do Bataan, w wyniku którego z głodu i wycieńczenia zmarło ok. 20 tysięcy osób. Później obóz ten został zlikwidowany, a jeńców umieszczono w kilku innych placówkach. Nieco ponad 2 tysiące Amerykanów znalazło się w obozie w Cabanatuan.

Placówka ta przed inwazją Japończyków służyła jako obóz szkoleniowy filipińskiej armii. Był to kwadratowy obszar o powierzchni ok. 100 akrów, który przecinała biegnąca środkiem droga. Japońskie dowództwo postanowiło zorganizować tam obóz dla tych jeńców wojennych, którzy byli szczególnie osłabieni i chorzy. Po jednej stronie wspomnianej drogi zakwaterowani byli strażnicy, natomiast po drugiej znajdowały się wiklinowe chaty, w których mieszkali więźniowie. Znajdował się tam też szpital zwany przez jeńców „oddziałem zerowym”, ponieważ szanse na ujście z życiem z tego miejsca praktycznie nie istniały. W szpitalu znajdowali się przede wszystkim ludzie chorzy na malarię i dyzenterię, którzy nie byli w żaden sposób leczeni i po prostu czekali na śmierć.

Przez pewien czas w Cabanatuan znajdowało się 8 tysięcy jeńców. Byli to w większości Amerykanie, ale wśród więzionych obecni też byli od czasu do czasu Brytyjczycy, Norwegowie, Holendrzy i Filipińczycy. Wszyscy ci, którzy odzyskiwali zdrowie, rozsyłani byli do obozów pracy.

Warunki życia w Cabanatuan były złe, ale z pewnością lepsze niż w przeciętnym niemieckim obozie koncentracyjnym. Jeńcy dostawali dwa posiłki dziennie i mogli w miarę swobodnie poruszać się po obozie. Nie mieli jednak zapewnionej opieki medycznej, a zatem każda poważniejsza choroba zwykle kończyła się śmiercią. Bywali też bici i torturowani przez Japończyków za najdrobniejsze przewinienia. Próby ucieczki zdarzały się dość często, ale nigdy nie kończyły się powodzeniem. Schwytanym uciekinierom zwykle kazano na oczach wszystkich jeńców kopać własne groby, a następnie ich rozstrzeliwano.

Powrót MacArthura

W roku 1944 generał MacArthur istotnie wrócił na Filipiny, by wyzwolić ten kraj spod japońskiej okupacji. Na wieść o amerykańskiej inwazji dowódcy japońscy wydali rozkaz „likwidacji” jeńców wojennych, tak by nie zostali oni odbici przez wojska amerykańskie. Wkrótce potem zaczęły się masowe egzekucje. Jedną z metod zabijania ludzi było zbieranie ich w duże grupy, oblewanie benzyną i podpalanie. W związku z tym wydawało się, że los więźniów w Cabanatuan był przesądzony. Gdy w październiku 1944 roku wojska amerykańskie wylądowały na wyspie Luzon i zaczęły szybko zbliżać się do Manili, japońscy dowódcy nakazali wywiezienie z obozu Cabanatuan 1600 najzdrowszych ludzi. W ten sposób w placówce tej pozostało 500 jeńców.

W styczniu 1945 roku zrodził się plan przeprowadzenia śmiałego ataku na placówkę w Cabanatuan, która znajdowała się wtedy około 30 mil za linią frontu. W operacji tej miało wziąć udział 100 żołnierzy Army Rangers oraz kilkuset filipińskich partyzantów. Przedarcie się w głąb kontrolowanego przez Japończyków terytorium i uwolnienie jeńców było zadaniem niezwykle trudnym, a niektórzy dowódcy uważali nawet, iż była to misja szaleńcza i w zasadzie niewykonalna. Jednak zwolennicy tej akcji zyskali dodatkowy argument z chwilą, gdy 6 stycznia strażnicy w Cabanatuan nagle wycofali się ze swoich obozowych kwater, ostrzegając więźniów na odchodnym, że jeśli spróbują opuścić obóz, zostaną zastrzeleni.

Jeńcy posłuchali tej przestrogi. Zamiast uciekać, splądrowali pomieszczenia wartowników, głównie w poszukiwaniu żywności. Czasami w obozie pojawiali się potem wycofujący się japońscy żołnierze, ale nie zdradzali większego zainteresowania więźniami. Mimo to wśród lokatorów Cabanatuan dominowało przeświadczenie, iż prędzej czy później zostaną zamordowani. Takie same obawy żywili amerykańscy dowódcy. Wcześniej, 14 grudnia 1944 roku, Japończycy zamordowali 150 jeńców wojennych w obozie Puerto Princesa.

Nocny atak

26 stycznia major Bob Lapham pojawił się w dowództwie Szóstej Armii, gdzie przedstawił generałowi Walterowi Kruegerowi plan uwolnienia 500 jeńców w Cabanatuan. Jego zdaniem w okolicach obozu znajdowało się ok. 300 żołnierzy japońskich. Ponadto po drugiej stronie rzeki Cabu stacjonowało ok. tysiąca żołnierzy. Krueger, po zapoznaniu się z planem Laphama, wyraził zgodę na wykonanie operacji, która musiała zostać przeprowadzona niemal natychmiast, ponieważ uznano, iż życie przebywających w obozie Amerykanów znajdowało się w bezpośrednim niebezpieczeństwie.

Plan przewidywał, że 14 żołnierzy wyruszy za linię frontu, by dokonać wstępnego rozpoznania. Następnie dołączy do nich oddział 120 członków formacji Army Rangers, którzy nocą przemaszerują 30 mil w głąb japońskiego terytorium, otoczą obóz, zabiją wszelkich przeciwników i zapewnią dla oswobodzonych jeńców eskortę w kierunku sił amerykańskich. Dodatkowo 80 filipińskich partyzantów miało wspierać amerykańską operację, głównie działając w roli przewodników.

pow Capt Fisher fot WikipediaKpt. Jimmy Fisher i kpt. Robert Prince
przed wyruszeniem na akcję (fot. Wikipedia)
Plan miał zostać wykonany 27 stycznia. Pierwsza grupa żołnierzy wyruszyła w drogę o godzinie 7.00 wieczorem. Ludzie ci uzbrojeni byli w trzy granaty ręczne, pistolety oraz karabiny maszynowe M1. Nad ranem następnego dnia Amerykanie spotkali się z grupą partyzantów we wsi Platero, znajdującej się w odległości 1,8 mili od obozu. Wkrótce potem do tego wstępnego patrolu dołączyła setka żołnierzy Army Rangers, którzy przekradli się przez japońską linię frontową dzięki pomocy filipińskich przewodników. Amerykanie mogli utrzymywać łączność radiową z dowództwem, ale ustalono, iż komunikacja ta będzie nawiązywana tylko w przypadku natrafienia na znaczne siły japońskie, co wymagałoby interwencji amerykańskiego lotnictwa.

Przez następne 24 godziny Amerykanie czekali na dogodny moment rozpoczęcia operacji. Jednocześnie dwaj żołnierze przebrani za tubylców, porucznik Bill Nellist oraz szeregowiec Rufo Vaquilar, dotarli do porzuconego szałasu, znajdującego się w odległości zaledwie 330 jardów od obozu. Stamtąd obserwowali ruchy sił japońskich i meldowali nieustannie o sytuacji. Donieśli między innymi, że teren wokół obozu był płaski i pozbawiony jakiejkolwiek wysokiej roślinności, co oznaczało, że żołnierze będą musieli czołgać się w kierunku ogrodzenia przez kilkaset jardów. Kapitan zasugerował, że wraz z rozpoczęciem operacji nad obozem powinien zacząć krążyć amerykański samolot, by przykuć uwagę japońskich żołnierzy.

Jeńcy nie mieli najmniejszego pojęcia o tym, iż szykowana jest akcja, której celem było ich uwolnienie. Wprawdzie dwaj wysłani przez partyzantów filipińscy chłopcy wrzucili na teren obozu kamienie z przywiązanymi do nich notatkami o treści „Bądźcie gotowi na wyjazd”, ale więźniowie uznali, że to jakiś żart. A ponieważ spodziewali się, że zostaną lada chwila zamordowani przez Japończyków, planowali masową ucieczkę następnego dnia wieczorem.

30 stycznia o godzinie 5.00 po południu amerykańscy żołnierze dotarli na odległość 650 jardów od bramy wjazdowej do obozu. Godzinę później nad terenem tym zaczął latać samolot P-61 Black Widow, wykonując różne akrobacje, które miały sugerować, że maszyna jest uszkodzona i lada chwila runie na ziemię. Przyciągnęło to skutecznie uwagę strażników i żołnierzy japońskich na około 20 minut. W tym czasie Amerykanie zdołali doczołgać się do ogrodzenia obozu i przeciąć linię telefoniczną.

Atak na obóz rozpoczął się o 7.40 wieczorem. Kompletnie zaskoczeni Japończycy nie mieli żadnych szans w starciu z Amerykanami, którzy w ciągu zaledwie kilku minut zniszczyli wszystkie wieże wartownicze. Tylko jednemu japońskiemu żołnierzowi udało się oddać trzy salwy z moździerza w kierunku bramy wjazdowej do obozu, co spowodowało śmierć wojskowego lekarza. Oddziały japońskie próbowały przedostać się przez rzekę do obozu, ale zostały skutecznie odparte przez partyzantów. Już o godzinie 8.15 Amerykanie objęli całkowitą kontrolę nad obozem i rozpoczęli ewakuację nieco zdezorientowanych jeńców. Więźniowie przeprawili się pod eskortą żołnierzy przez rzekę Pampanga. Tam czekało na nich 26 wozów „zorganizowanych” i ciągnionych przez partyzantów.

Ewakuacja przebiegała bardzo powoli. Wozy podróżowały z prędkością zaledwie 2 mile/h i o godzinie 10.00 dotarły do Plateros. Tam zarządzono półgodzinny odpoczynek. Okazało się ponadto, że jednego jeńca, Brytyjczyka Edwina Rose’a, nie było wśród ewakuowanych. Rose był głuchy i przegapił cały atak, siedząc w latrynie. Partyzanci znaleźli go następnego dnia i bezpiecznie wyprowadzili z obozu.

pow Pajotas Guerrillas fot WikipediaFilipińscy partyzanci (fot. Wikipedia)Ślimacze tempo pochodu w stronę linii frontu zwiększało niebezpieczeństwo wykrycia przez Japończyków. Z pomocą pośpieszyły amerykańskie samoloty, które skutecznie nękały japońskie oddziały, a w jednym przypadku zniszczyły kolumnę składającą się z czołgu i kilku ciężarówek. Zagrożeniem byli też komunistyczni partyzanci, którzy byli wrogo nastawieni zarówno do Amerykanów, jak i Japończyków. W czasie marszu doszło do jednej bezpośredniej konfrontacji z nimi, ale ostatecznie komuniści zgodzili się na przepuszczenie kolumny przez kontrolowaną przez nich wioskę.

Rankiem 31 stycznia konwój wyzwolonych jeńców dotarł do wsi Talavera, zajętej nieco wcześniej przez Amerykanów. Tam byli więźniowe zostali przebadani przez lekarza, dostali posiłek oraz czystą odzież i wzięli prysznic. Następnie załadowano ich na ciężarówki i do wojskowych karetek.

„Wielki rajd” był niekwestionowanym sukcesem. W jego wyniku wolność odzyskało 492 Amerykanów, 23 Brytyjczyków, trzech Holendrów, dwóch Norwegów, jeden Kanadyjczyk oraz jeden Filipińczyk. Uwolnieni więźniowie złożyli potem szczegółowe zeznania na temat metod stosowanych przez Japończyków oraz tzw. „marszu śmierci” do Bataan.

W wyniku całej operacji zginęło ponad 500 żołnierzy japońskich, podczas gdy straty po stronie amerykańskiej były minimalne – trzech zabitych oraz 40 rannych. 3 marca 1945 roku liczni uczestnicy operacji w Cabanatuan zostali przyjęci przez prezydenta Franklina D. Roosevelta i otrzymali wysokie odznaczenia.

Pod koniec lat 90. rząd Filipin oddał teren byłego obozu Cabanatuan w ręce amerykańskie. Dziś znajduje się tam park, w którym zbudowano ścianę z wyrytymi na niej nazwiskami 2656 amerykańskich żołnierzy, którzy tam zginęli.

Andrzej Heyduk