Szukaj
Polub nas!

Siedem miast Ciboli

Kapitan Diego de Alcaraz i jego ludzie ze zdziwieniem i skrajną nieufnością spoglądali na cztery osobliwe postaci odziane w jelenie skóry, na ich twarze ogorzałe od słońca i dawno nie strzyżone brody. Trzej, mimo dzikiego wyglądu, wydawali się być Europejczykami, czwarty – czarnoskóry – obwieszony od stóp do głów grzechotkami, piórami i paciorkami, mógł być chyba tylko szamanem z wnętrza Afryki. Stali tak naprzeciwko siebie i wpatrywali się osłupiałym wzrokiem. Hiszpanie byli tak zaskoczeni niezwykłym spotkaniem, że przez dłuższą chwilę nikt z nich nie podszedł bliżej, choćby po to, by wypytać kim są dziwni przybysze z północy...

Krowi Łeb

Było to nad Rio de Potatlan, w okolicy miasteczka Sinaola w północnym Meksyku, w połowie marca roku pańskiego 1536. Alcaraz, dowódca hiszpańskiego oddziałku z Culiacan polującego na niewolników, stary wysłużony żołnierz, który do Ameryki przybył wraz z Cortezem, typowy rabuś, gwałtowny i ponury, miał w pierwszej chwili zamiar zakuć czterech dziwaków w kajdany jako dezerterów, a towarzyszących im jedenastu Indian zagarnąć w niewolę. Zaczął nawet wydawać stosowne rozkazy.

W tym momencie jeden z brodaczy przemówił. Najpierw zaprotestował ostro przeciwko traktowaniu ich jak przestępców, a następnie – w jakimś dziwnym narzeczu – kazał Indianom oddalić się spiesznie. Alcaraz nie wiedział, że za tymi jedenastoma podąża nieco w tyle zbrojny oddział trzystu Hopi nie darzących białych miłością.

– Nazywam się Alvar Nuniez Cabeza de Vaca – przedstawił się oberwaniec – a to moi towarzysze: Andres Dorantes, Alonso del Castillo Maldonado i Estevanico.

W krótkich, rwanych słowach przybysze opowiedzieli swą niezwykłą historię.

Cabeza de Vaca to w języku hiszpańskim ni mniej ni więcej, a „krowi łeb”. Owo osobliwe nazwisko nadane zostało protoplaście rodu, zwykłemu pastuchowi w czasach, gdy król Nawarry w początkach XIII wieku walczył z Maurami. Pastuch wskazał wojskom królewskim ukrytą górską  ścieżkę wiodącą wprost na tyły wroga, a przejście oznaczył zatkniętym na kiju krowim łbem. Król pokonał Maurów, pastuch w nagrodę otrzymał szlachectwo wraz z rodowym imieniem Cabeza de Vaca.

Nasz bohater był skarbnikiem ekspedycji, jaka pod dowództwem Panfilo de Narvaeza wyruszyła na północ, by zbadać zachodnie wybrzeże Florydy i poznać nieznane lądy. W kwietniu 1528 roku ekspedycja dotarła do dzisiejszej zatoki Tampa. Tam Narvaez – konkwistador-nieudacznik – usłyszał, że gdzieś na północy żyje lud ogromnie zasobny w złoto (wieść, że Hiszpanom ono tylko na myśli, wyprzedzała konkwistadorów lecąc lotem strzały daleko przed nimi, co lokalne plemiona wykorzystywały, by jak najprędzej pozbyć się niechcianych przybyszów), natychmiast spieszył więc swoich ludzi i ruszył na oślep przez dżunglę. Idiotyczna eskapada skończyła się tak, jak musiała – katastrofą, o czym nie trzeba przekonywać nikogo, kto – nawet dziś – zboczy choćby kilka kroków z autostrady Interstate 75 na jednym z jej odludnych odcinków. 260 piechurów i 40 konnych wyginęło niemal do szczętu w walce z nieprzebytą dżunglą.

Pozostawione w Tampa Bay okręty nie podążały za wędrowcami, gdy więc ich niedobitki dotarły ponownie do wybrzeża, Narvaez nakazał budowę nowych jednostek pływających.  Łatwo powiedzieć, skoro tylko jeden z jego ludzi znał się na ciesielstwie, a każdy gwóźdź, każdą klamrę, musieli mozolnie wykuwać z grotów  kusz, noży i grzebieni hełmów. I o dziwo, udało się! We wrześniu prowizoryczna flotylla spłynęła na wodę gotowa do powrotu.

I wtedy uderzył sztorm. Sporządzone z włókien roślinnych żagle rwał porywisty wiatr, nieszczelne kadłuby nabierały wody i – gdyby nie rozpaczliwa sytuacja – Narvaez mógłby kiedyś napisać w pamiętnikach, że na czternaście lat przed Hernandem de Soto dotarł do ujscia Mississippi. Mógłby, ale nie zdołał. Nikt do dzisiaj nie wie, jak zginął on i większość jego ekspedycji. Ocalało czterech, a przywódcą został de Vaca.

Czterech głodnych obdartusów nie wiedziało nawet, gdzie są. Dziś przypuszcza się, że morze wyrzuciło ich w okolicach Galvestonu – miejsca uderzenia przez huragan Catrina. Byli zdesperowani i gotowi podjąć walkę o przetrwanie. Co dało im siły, by w ciągu ośmiu lat – tak, nie żartuję – ośmiu lat przemierzyć kontynent amerykański od Florydy po Kalifornię!?

Od razu napotkali Indian. Jedni byli przyjaźni, inni wrodzy. Jedni pomagali, dawali żywność i odzież, inni gnali kijami do najczarniejszej roboty, jeszcze inni zabawiali się wyskubywaniem im włosów z bród. Porozumiewali się na migi, bo rzadko przebywali dłużej u jednego plemienia. Murzyn Estevanico posiadł język migowy w stopniu tak doskonałym, że komunikowanie się – po jakimś czasie – nie stanowiło problemu, ale zawsze byli głodni, jedząc częstokroć larwy, owady, korzonki, jaszczurki. Nie będąc wprawnymi myśliwymi ani rybakami zdani byli na swych przygodnych indiańskich znajomych i los. Często chorowali, ich ciała pokrywały ropiejące wrzody, na których żerowały muchy, miliony moskitów w bagiennym terenie przyniosło im febrę. Najgorsza jednak była rozłąka.

Pewnego razu Dorantes zabłądził w poszukiwaniu pożywienia, de Vacę jacyś Indianie sprzedali w niewolę innym, a Castillo i Estevanico powędrowali gdzie ich oczy poniosą.  Spotkali się ponownie – i to zupełnie przypadkiem – w roku 1534, gdzieś w zachodnim Teksasie. Jakaż była ich radość i odzyskana pewność, że Bóg jest z nimi i doprowadzi ich w końcu do Hiszpanów.

Tymczasem znów znaleźli się w niewoli, niepewni dnia ani godziny. I w tym momencie nastąpiły – jeden po drugim – dwa cudowne zdarzenia. Najpierw de Vaca wpadł na pomysł i zaproponował któremuś z kolejnych plemion, że będzie ich przedstawicielem handlowym. Opowiadał o tym tak:

– Zasoby moje składały się głównie z muszli i ich odłamków. Te pierwsze miały służyć do ozdoby, te drugie jako narzędzia, ze względu na ich ostre krawędzie... Brałem więc te muszle i szedłem w głąb lądu, a w zamian przynosiłem skóry i ochrę, którą farbuję na czerwono włosy i maluję twarze, krzemień na groty do strzał i twardą trzcinę do ich produkcji... To było dobre zajęcie... nie byłem już niewolnikiem i miałem co jeść...

Drugi cud wziął się wprost stąd, że biali włóczędzy ciągle mówili o swoim Bogu i Jego wszechmocy. Indianie z plemienia Chavavare, którzy uznali, że biali są potężnymi czarownikami, zażądali uzdrowienia kilku cierpiących na migrenę i – na końcu obłożnie chorego, który nie wstawał już z barłogu. Nasi bohaterowie rozpoczęli modły, które odprawiali z całym – nieco kuglarskim wykonaniem  Estevanico – ceremoniałem. I o dziwo, każdy, nad którym uczynili znak krzyża, natychmiast przestawał odczuwać bóle głowy, a obłożnie chory wstał nad ranem z łoża boleści zdrów jak ryba. W końcu przyszła próba najcięższa: Indianie dostarczyli im rannego, któremu między żebrami utkwił krzemienny grot strzały. Cabeza wiedział, że nie może zawieść. Ostrym kamieniem naciął skórę rannego i ostrzem noża wydłubał grot, a potem, za pomocą jelenich ścięgien zszył ranę. Udało się.

Im dalej posuwali się na zachód, tym większa była ich sława. Indianie nazywali ich „Dziećmi Nieba”, a żywności znosili im tyle, że nie byli w stanie jej przejeść. Jednego zrobić nie mogli – odmówić – bowiem ta żywność, ta odzież, te ozdoby nie były zapłatą, a ofiarą składaną wielkiemu Bogu białych ludzi. Według kronikarzy, jeszcze sześćdziesiąt lat po tych wydarzeniach wśród teksańskich Indian panowała głęboka wiara w moc chrześcijańskiego Boga.

Wreszcie, w ósmym roku wędrówki, znaleźli nagle na stepie dwa kawałki obrobionego żelaza. Teraz już wiedzieli na pewno, że kres ich katorżniczej włóczęgi jest tuż. W najbliższym plemieniu zażądali silnej eskorty i ruszyli szparko na południe.

Gubernator hiszpański z Culiacan uwierzył w ich relację bez zastrzeżeń. Odtąd towarzyszyła im wielka honorowa eskorta, a droga do miasta Meksyk stała się wręcz marszem triumfalnym. Martwiło ich tylko jedno – choć odziani w przepyszne stroje, nie mogli wdziać na nogi wysokich, hiszpańskich butów, bo ich stopy, nawykłe do pieszej, ośmioletniej wędrówki, dawały się obuć jedynie w indiańskie mokasyny.

W końcu czerwca powitani zostali przez wicekróla Meksyku, Antonio de Mendozę. Na dworze słuchano ich z ogromną uwagą i przejęciem, ale wierzono tylko w połowie. De Vaca nie wspominał wszak o tym, o czym chcieli usłyszeć najbardziej – o złocie!

W roku 1542 ukazała się w hiszpańskiej Zamorze jego książka, zatytułowana krótko Relacion. Ta opowieść o wędrówce na przestrzeni 5,000 mil jest prawdziwa, jak żadna inna relacja hiszpańska z tamtych czasów, ale przecież nie przekonała ludzi, którzy wierzyli, iż gdzieś tam – na północy – istnieje bajecznie bogata kraina złota, której z góry nadali miano Siedmiu Miast Ciboli. Jako nieodrodne dzieci Średniowiecza, które minęło tak przecież niedawno, byli przekonani, że w świecie musi istnieć równowaga: było złoto w centrum Ameryki w Meksyku, było w Peru na południu, musi być gdzieś na północy. Tam, tam leży mityczna Cibola i jej siedem miast z bramami obitymi złotą blachą i wysadzanymi drogimi kamieniami.

De Vaca i jego towarzysze napotykali różnych Indian: wielkich i silnych, małych i wątłych, rolników i prymitywnych zbieraczy. Nigdzie jednak nie natrafili na Indian bogatych, ani ich skarby. Owszem, widywali nieliczne szmaragdy (a może tylko malachity) i turkusy, ot nic wielkiego. Gdy przekroczyli Rio Pecos goszczeni byli w kilku prymitywnych pueblach. Słyszeli jednak, że dalej, na północy są wielkie, gęsto zamieszkałe, zasobne miasta. Mgliste wieści o tych miastach dochodziły do nich niejednokrotnie, jednak niczego nie widzieli na własne oczy. Ale mimo, że de Vaca – ani w swej relacji złożonej wicekrólowi Meksyku, ani w wydanej później książce – nie wspomniał nawet słowem o skarbach, hiszpańska wyobraźnia widziała co innego. Podejrzewano go nawet, że znalazł owe skarby i zapewne gdzieś je ukrył.

Alvar Nuniez Cabeza de Vaca przeciął te wszystkie podejrzenia i spekulacje wyjeżdżając na stałe z Meksyku do swego rodzinnego Jerez de la Frontera, ale i tam patrzono nań z podziwem, jako na posiadacza ogromnych dóbr.

W roku 1547 przypomniał sobie o nim dwór w Madrycie. Król poszukiwał kogoś zaufanego, komu mógłby powierzyć urząd gubernatora prowincji Rio de la Plata w Ameryce Południowej. De Vaca, na własne nieszczęście, przyjął nominację. Na miejscu trafił na sieć intryg i walk o władzę toczoną bez pardonu przez miejscowych hidalgos. W końcu został oskarżony o sprzeniewierzenie znacznych sum, nawet postawiony przed sądem, ale niczego mu nie udowodniono. Zmarł w Hiszpanii w roku 1557.

Dorantes i Castillo pozostali w Meksyku, gdzie pożenili się z bogatymi wdowami. Od tego czasu słuch o nich zaginął, nie znamy nawet przyczyn ani dat ich śmierci. Pozostał tylko ostatni z całej czwórki – czarnoskóry Estevanico. Czekała go jeszcze jedna wielka przygoda – przypadło mu w udziale być pierwszym, który na własne oczy ujrzał Siedem Miast Ciboli.

Estevanico

Mendoza miał nóż na gardle. Źródła meksykańskiego złota wyschły, kopalnie srebra pracowały na najwyższych obrotach, ale dwór w dalekim Madrycie domagał się tylko żółtego kruszcu. Utrzymywanie coraz rozleglejszych włości, a przede wszystkim liczne wojny prowadzone w Europie, wymagały kolosalnych nakładów. Statki Złotej i Srebrnej Armady hiszpańskiej padały ofiarą sztormów, łupem korsarzy i piratów, a budowa nowych była coraz kosztowniejsza, bo rodzime stocznie nie nadążały, a zagraniczne śrubowały zawrotne ceny. W dodatku upadało krajowe rolnictwo – całe wioski  i miasta wyludniały się w pogoni za odległym złotem obu Ameryk. Tymże samym złotem trzeba było płacić za drewno, potas i smołę, za zboże, pasze i bałtyckie śledzie, które to dobra spływały do Hiszpanii bogacąc Gdańsk, Sztokholm, Lubekę, Rotterdam i Londyn.  I tak, o dziwo, Europa bogaciła się, a Hiszpania, posiadaczka takich zasobów kruszcu, biedniała w oczach. Nic dziwnego, że arcykatolicki król Karol V żądał od swoich poddanych więcej i więcej...

Wicekról Meksyku nie był głupcem. Sama pogłoska o bogatych miastach na północy nie wystarczyła do wysłania ekspedycji wojskowej. Po pierwsze dlatego, że ekspedycja była kosztowna, po drugie dlatego, że żądnym łupów żołnierzom nie wierzył, po trzecie dlatego, że krzyż mógł być w pierwszym kontakcie (a szło o rozpoznanie) bardziej przekonywający od miecza. Mendoza słyszał przecież o tym, jak to na wieść o śmierci Atahualpy Inkowie natychmiast wstrzymali dostawy złota, a niosące je karawany nagle gdzieś zniknęły (nawiasem pisząc owe bajeczne skarby Inków nie odnalazły się do dziś).

Na razie zajmijmy się Siedmioma Miastami Ciboli, a raczej tym, co nastąpiło nim ruszyła na północ właściwa wyprawa. Zadanie przeprowadzenia rekonesansu otrzymał franciszkanin o. Marcos z Nicei, człowiek doświadczony, towarzysz Pizarra w czasie podboju Peru. Za przewodnika wziął sobie tego, kto umiał porozumiewać się z Indianami i kto przebył już część drogi – Murzyna Estevanico.

Tu warto dwa słowa poświęcić indiańskiemu językowi migowemu (czy też językowi gestów), który tak dobrze opanował czarnoskóry. Wiemy o nim niewiele, ale siedemnastowieczny badacz kultur indiańskich, Niemiec Wilhelm Wundt, podawał w swej pracy, że Indianie – tylko za pomocą gestów – potrafili przekazać tak skomplikowane zdanie: „Biali żołnierze, dowodzeni przez oficera wysokiej rangi, ale niezbyt mądrego, uprowadzili do niewoli grupę Indian Mescalero”.

Estevanico był niewolnikiem, ale podczas ośmioletniej włóczęgi nastąpiło zbratanie się, bowiem liczyła się tylko solidarność w grupie, wzajemna pomoc. Dla trzech białych wędrowców był przyjacielem, towarzyszem. Gdy opanował język gestów stał się czymś więcej, bo grupa stała się odeń zależna.

Obecna nominacja na przewodnika oficjalnej wyprawy uderzyła mu zapewne do głowy. Chciał imponować, więc nie tylko zachowywał się teatralnie, ale zaraz na wstępie przyozdobił swoją odzież mnóstwem kolorowych wstążek, mosiężnych dzwonecznów i różnobarwnych piór. Teraz kroczył, niczym paw, na czele rozpoznawczego oddziału. Niektóre z napotykanych plemion rozpoznawały go jako jednego z „Dzieci Niebios”, na innych robił wrażenie strojem i teatralnymi gestami.

Największe wrażenie robił na kobietach. Indianki masowo, za wiedzą lub wbrew woli mężów i ojców, dołączały doń tworząc wielobarwny korowód – rzeklibyśmy harem – nałożnic. Ojciec Marcos również potępiał zachowanie swego przewodnika, ale dość rzadko przebywali razem. Estevanico gnał naprzód rozpowiadając cuda o kroczącym jego tropem wysłanniku wielkiego króla i Wielkiego Boga, któremu Indianie winni oddać cześć. Coraz częściej napotykał takich Indian, którzy słyszeli o wielkich miastach „po drugiej stronie pustyni”.

O. Marcos – nie będąc w stanie dogonić kuglarza – wydał mu następujące polecenie: – Niech Estevanico posunie się do sześćdziesięciu leguas (250 km) na północ i da znać, czy odkrył coś ciekawego. Jeżli będzie to odkrycie mierne, niech przyśle wystrugany krzyż długości jednej piędzi, jeśli to będzie odkrycie znaczne, niech krzyż będzie wielkości dwóch piędzi, a jeśli będzie to odkrycie wielkie, niech przyśle mi wielki krzyż.

Marcos poruszał się wolno i ostrożnie, Murzyn przeciwnie – gnał w coraz zawrotniejszym tempie jakby sam, dla własnej sławy, chciał dokonać wiekopomnego odkrycia. Pustynię, której przebycie zajęło Marcosowi 15 dni, pokonał jednym niemal skokiem i wreszcie mógł przesłać oczekiwaną wiadomość.

Oto przed franciszkaninem stanął Indianinposłaniec wymachujący ogromnym krzyżem! To mogło oznaczać tylko jedno – tam, po drugiej stronie bezwodnego pustkowia, leży bajecznie bogata Cibola. O. Marcos ruszył naprzód.

Tymczasem Murzyn znalazł się w obliczu plemion zupełnie innych od tych, z którymi stykał się do tej pory. Nie dali się nabrać na wstążki, pióra i dzwoneczki. Najzwyczajniej chwycili za broń.  Relację o ostatnich chwilach czarnoskórego przewodnika przyniósł Marcosowi zalany krwią Indianin z jego świty. Najwyraźniej doszło do rzezi. Prócz Estevanica padło blisko trzystu jego towarzyszy; tylko nielicznym udało się zbiec i przybyć do obozu Marcosa. Ciało Murzyna poćwiartowano i rozesłano do okolicznych plemion jako dowód jego śmiertelności. Mieszkańcy Ciboli najwyraźniej nie chcieli mieć nic wspólnego z przybyszami z południa. O czym mogło to świadczyć? Zdaniem franciszkanina tylko o jednym, że zazdrośnie strzegą swoich skarbów i nie zechcą dobrowolnie się nimi podzielić.

Towarzyszący wyprawie Indianie chcieli uciekać. O. Marcos ubłagał ich jednak i ekspedycja ruszyła ponownie naprzód. Gdy przebyła pustynię dwóch najbardziej zaufanych ludzi poprowadziło zakonnika na wzgórze, skąd rozciągał się widok na pierwsze z miast Ciboli. Zgodnie z relacją duchownego było to wielkie miasto położone na zboczach okrągłego wzgórza. Indianie opowiadali mu, że domy są budowane z kamienia, mają po kilka pięter i płaskie dachy. „O ile mogłem widzieć, osiedle to było większe niż miasto Meksyk” – pisał w sprawozdaniu.

Jeśli zważymy, że Meksyk powstał na murach starożytnego Tenochtitlanu, było największym i najpiękniejszym miastem Ameryki tamtych czasów, opowieść ojca Marcosa  z daleka pachnie ordynarnym łgarstwem. A jednak ta fałszywa opowieść stała się bezpośrednią przyczyną podboju całego południowego Zachodu dzisiejszych Stanów Zjednoczonych od Nowego Meksyku po Utah i od Teksasu po Kalifornię.

Coronado

Ten, którego Mendoza wyznaczył na wodza ekspedycji zbrojnej, nazywał się Francisco Vasquez de Coronado i – jako gubernator – mógł uchodzić za człowieka zamożnego, a o to przecież Mendozie chodziło. Nie zamierzał przecież trwonić dóbr wicekrólestwa (a tym bardziej swoich). Zobowiązał tedy Coronada do wyekwipowania i uzbrojenia  oddziału złożonego z 250 konnych i 70 piechurów, którym towarzyszyły kilkuset czarno– i czerwonoskórych niewolników oraz stado bydła. Przewodnikiem był – a jakże – ojciec Marcos.

Wyprawa od samego początku przynosiła same rozczarowania. Ludzie maszerowali ochoczo, ale droga była fatalna i „wszystko, co powiadał padre (Marcos), w rzeczywistości wyglądało inaczej”. Najgorzej było na pustyni (a była to słynna i do dziś budząca grozę „Gila Desert”), gdzie konie i bydło padało jak muchy, a niewolnicy zaczynali dezerterować. Na samym już krańcu bezwodnego obszaru kilku ludzi zmarło z powodu zatrucia się jakimiś roślinami, które uznali za jadalne.

Była połowa czerwca 1540 roku, gdy Hiszpanie zetknięli się z pierwszymi wysłannikami Ciboli. Wymieniono grzecznościowe upominki, ale Coronado miał się na baczności. Przodem wysłał zwiadowców, którzy odkryli bardzo podejrzane, jakby stworzone do zasadzki miejsce. Dowódca zwiadowców kazał swoim ludziom ukryć się i czekać. Wkrótce, w ciemnościach nocy, wynurzyli się jak duchy Indianie. Doszło do krótkiego starcia, w którym napastnicy zginęli, a Hiszpanie nie ponieśli żadnych strat. Coronado postanowił pójść za ciosem i zaatakował Cibolę z marszu. Na razie nie myślał o złocie – przede wszystkim potrzebował żywności i wody.

Następnego rana stanął na wzgórzu, z którego widać było Cibolę (zapewne pueblo Zuni) – szare skupisko domów z piętrami połączonymi drabinami. Z pozoru nic ciekawego. Niemniej wysłano herolda z tłumaczem celem obwieszczenia mieszkańcom objęcia „miasta” w posiadanie w imieniu Jego Królewskiej Mości. Odpowiedzią był grad strzał, a zaraz potem gromady Indian wyległy na przedpole. Coronado zaatakował wygrywając bitwę w ciągu kilku minut. Setki Indian zaległy pole, ale pozostali wycofali się po drabinach na dachy i tarasy rażąc strzałami z łuków i kamieniami nacierających.  Coronado, w swej pozłocistej zbroi, prowadził szturm osobiście. Przed wieczorem pueblo było w jego ręku. Legendarna Cibola została zdobyta!

Nie było tu żadnego złota, nie panował tu żaden potężny władca, ale za to kukurydzy, fasoli i kur było wszędzie pod dostatkiem, a u stóp warowni płynął bystry potok z krystalicznie czystą wodą. Taka była prawda o Ciboli.

Coronado nie zwątpił jednak. Po chwilowym odpoczynku ruszył na północ. Wkrótce zaprosił go do swego puebla, dzisiaj zwanego Pecos, a wtedy Cicuye, miejscowy wódz nazwany przez Hiszpanów „Capitan Bigotes” (Kapitan Wąs) od sumiastej, acz wypielęgnowanej ozdoby twarzy.

W Pecos Coronado zatrzymał się na dłużej wysyłając podjazdy. Alvarado ruszył na północny wschód, odkrył kolejne pueblo Acoma, zbudowane na niedostępnej skale z dojściem tylko stromymi, łatwymi do obrony „schodami” (na szczęście i tu Indianie okazali się przyjaźni), a wkrótce rzekę Rio Grande toczącą swe wody na południe.

Z kolei Castanieda ruszył na północny zachód i stał się odkrywcą Wielkiego Kanionu Kolorado. Ów cud natury nie zachwycił jednak konkwistadorów – był dla nich przeszkodą nie do przebycia.

Tymczasem do Coronada dotarły naraz dwie wieści: jedna optymistyczna, druga niepokojąca. Oto gdzieś daleko na północny wschód od miast Ciboli rozciągać miała się bajecznie bogata kraina o nazwie Quivira. Wystarczyło tylko dojść do środkowego biegu rzeki Kansas. Jednakże w tamtym jakoby kierunku podążają inni biali, którym przewodzi człowiek o imieniu Soto.

To rzeczywiście była zła wiadomość. Jeżeli Hernando de Soto – a o przygotowywaniu przezeń wyprawy Coronado dowiedział się tuż przed wyruszeniem z Meksyku – naprawdę jest na wschód od niego i kieruje się w stronę Quiviry, to może go ubiec i zagarnąć skarb dla siebie. To było pewnie przyczyną, dla której Coronado niczego już nie sprawdzał, tylko pognał swych ludzi forsownymi marszami na północ i wschód.

Quivira okazała się kolejną indiańską bajeczką. Tubylcy liczyli zapewne, że Hiszpanie zgubią się gdzieś w bezmiarach wielkiego lądu albo też ulegną w walkach z wojowniczymi plemionami (co o mały włos nie spotkało Hernanda de Soto, którego w pewnej chwili osaczyły setki wojowniczych Czikasawów, z czego się ledwie wyratował).

Coronado nie osiągnął nic. Nieliczne perły i turkusy nie mogły pokryć kosztów wyprawy. W roku 1542 wrócił jak niepyszny do Meksyku, gdzie zmarł w nędzy i zapomnieniu w roku 1554. Siedem Miast Złota okazało się siedmioma miastami indiańskiej biedy, a wielkie pustynie i niebotyczne góry nie nadawały się (jeszcze wtedy) do planowej kolonizacji.

Indianom Pueblo los mógł podarować jeszcze dwa i pół stulecia pokoju, ale nie okazał się tak łaskawy: na ich tereny nadciągały ze wschodu i północy spychane przez białych wojownicze plemiona Apaczów, Komanczów, Kiowów i Dakotów. I gdy w XIX wieku pojawili się tu ich śladem biali, większość dumnych miast leżała w gruzach, a nieliczne – jak np. pueblo Acoma – zamieszkiwały niedobitki dawnych mieszkańców.

Pragnienie złota unieszczęśliwiło – jak zwykle – i poszukiwaczy, i tych, co stanęli poszukiwaczom na drodze.

Piotr K. Domaradzki

(fot. Wikimedia Commons)