Szukaj
Polub nas!

Dalajlama fot Mathieu Gugnot EPAXIV Dalajlama (fot. Mathieu Gugnot/EPA)Ocean mądrości

XIV Dalajlama, czyli Tanzin Gjaco, jest duchowym i politycznym przywódcą Tybetańczyków, i bodaj najbardziej rozpoznawalnym symbolem buddyzmu na świecie. Wiele wiadomo na temat jego działalności, ale o tym, jak doszedł do władzy i co robił w początkowym jej stadium, mówi się mało. A przecież był to najważniejszy okres formacyjny władcy Tybetu...

Wcielenie Awalokiteśwary

Określenie „dalajlama” pochodzi z połączenia słów: ta-le – „ocean o nieskończonej mądrości” i bla-ma – „lama” (duchowny nauczyciel w Tybecie). Po raz pierwszy takim tytułem został obdarowany przez wielkiego wodza Mongołów, Altana, ówczesny przywódca tybetańskiej tradycji buddyjskiej Sonam Gjaco. Miało to miejsce w 1578 r. W ten sposób chan chciał wyrazić szacunek i poważanie dla tybetańskiego króla. Gjaco był trzecim uczniem wielkiego mistrza Congkapy, który na przełomie XIV i XV wieku stworzył nową szkołę gelugpa („wzór cnót”, zwaną też, od nakryć głowy noszonych przez mnichów, Szkołą Żółtych Czapek), która szybko stała się najważniejszą z czterech największych szkół buddyzmu tybetańskiego. Od tamtego czasu kolejni przywódcy noszą tytuł dalajlamy.

Tybetańczycy wierzą, że każdy dalajlama jest wcieleniem Awalokiteśwary (bodhisattwa – współczucia). To jedna z form bodhisattwy – istoty, która przez systematyczne ćwiczenie dąży do stanu buddy, czyli pełnego oświecenia, poza czasem, przestrzenią i materią. Mimo że został on wyrwany z kręgu wiecznego odradzania się – w kolejnych postaciach, w tym zwierzęcia, człowieka, półboga i boga – wciąż przybywa na Ziemię, kierując się altruistyczną motywacją przynoszenia pożytku innym. W tym przypadku udostępnia istotom czującym nauki, które wyzwalają z cierpienia.

Każdy dalajlama – określany także „żywym Buddą” – ma świadomie wybierać swoje kolejne wcielenie, udzielając wskazówek jeszcze za życia. Z kolei po śmierci ma wskazywać miejsce, w którym narodzi się jego kolejna inkarnacja (z tego powodu uznawany jest za tzw. tulku), i na przykład ułożenie ciała w chwili przejścia na drugą stronę. Zgodnie z tą zasadą jest tylko jeden dalajlama, a kolejne numery oznaczają jedynie kolejne wcielenia tej samej osoby. Począwszy od 1751 r. dalajlamowie byli oficjalnie nie tylko duchowymi, ale i świeckimi władcami Tybetu. Od 1950 r. są nimi nadal, z tym że tybetański rząd znajduje się na uchodźstwie.

Poszukiwania kolejnego wcielenia

Gdy 6 lipca 1935 r. na świat przyszedł obecny przywódca Tybetu, XIII Dalajlama – Lobsang Thubten Gjaco – nie żył już od dwóch lat. Był to bardzo trudny okres dla Tybetańczyków. Mimo że w 1913 r. kraj uzyskał niepodległość, to zmarły władca nie zdołał osiągnąć porozumienia z Chinami, które nadal pretendowały do zwierzchności nad Tybetem.

Przyszły XIV Dalajlama urodził się jako Lhamo Dondrub Thondup w rodzinie ubogich rolników w małej wiosce Takcer w północno-wschodniej prowincji Tybetu – Amdo. Był ich dziewiątym dzieckiem. Rodzina żyła z dzierżawy małego kawałka ziemi oraz hodowli paru sztuk bydła i kur. Jak później wspominał, mieszkali w bardzo skromnym budynku z kamieni i gliny, z której deszczówkę odprowadzała specjalna rynna zrobiona z gałęzi jałowca.

Gdy skończył trzy lata, duchowni buddyjscy, pod wodzą mnicha Kewcanga Rinpocze – zgodnie z wielowiekową tradycją, która mówi, że kolejne wcielenie należy odnaleźć do pięciu lat po śmierci poprzedniego (taki okres jest, według tradycji, potrzebny na pojawienie się odrodzonej świadomości) – wyruszyli ze stolicy Tybetu, Lhasy, nad jezioro Lhamoi Lhaco, które uznawane jest za święte jezioro wizji. Objawione tam znaki – na powierzchni wody jeden z lamów miał dostrzec między innymi mały dom z dziwną rynną i litery tworzące nazwę prowincji Amdo – kazały im skierować kroki do Takcer. Na miejscu trafili pod strzechę rodziny Dondrubów. Mnich Rinpocze przebrany był za służącego.

„Podczas gdy grupka mnichów wymieniała grzeczności i gawędziła z gospodynią, Kewcang Rinpocze usiadł przed paleniskiem w kuchni. Roztropny chłopczyk Lhamo wdrapał mu się na kolana, po czym chwycił różaniec wiszący na szyi mnicha, żądając stanowczym tonem, aby mu go zwrócił. Podejmując grę, mężczyzna wyraził zgodę pod warunkiem, że jego młody rozmówca powie mu, kim jest. Ten błyskawicznie odpowiedział: „Jesteś lamą z Sera, a ten naszyjnik jest mój!”. Przedmiot pragnień dziecka należał do XIII Dalajlamy. Kewcang Rinpocze oddał różaniec bez sprzeciwu i nie powiedział nic więcej” – opisała spotkanie Rinpocze z przyszłym dalajlamą Claude B. Levenson w książce Dalajlama. Dzieciństwo i młodość.

Rinpocze nabrał przekonania, że trafił na poszukiwanego duchownego, nie tylko z powodu rozpoznania przez małe dziecko bezcennego przedmiotu, ale w związku z tym, że w czasie rozmowy 3-latek mówił mało znanym w Takcerze dialektem z Lhasy, którym posługiwał się XIII Dalajlama. Mnich natychmiast poinformował o tym przełożonych. Ci kilka dni później przysłali do wioski specjalną delegację, której członkowie przeprowadzili tzw. próbę dawnej pamięci, polegającą na tym, że poddana jej osoba ma „rozpoznać” przedmioty – zarówno codziennego użytku, jak i kultu – którymi posługiwała się w poprzednim wcieleniu. Dondrub miał wskazać bezbłędnie przedmioty należące kiedyś do XIII Dalajlamy, mimo że musiał wybierać z dużej liczby położonych przed nim rzeczy. Co więcej, z niezwykłą zręcznością potrafił, mimo młodego wieku, posługiwać się obrzędowym bębenkiem, zwanym damaru, który używany jest do odprawiania rytuałów tantrycznych.

Komisja rozpoznała w nim kolejne wcielenie poprzednich dalajlamów i szybko przewiozła do klasztoru Kumbum. Stamtąd wraz z rodziną – która dzięki rozwojowi wydarzeń uzyskała ogromny awans społeczny –wyruszył do Lhasy. Z pewnym opóźnieniem, ponieważ rządzący Amdo chiński satrapa Ma Bufeng zażądał wysokiego okupu za zgodę na opuszczenie przez chłopca prowincji. Oficjalna intronizacja miała miejsce w pałacu Potala (zwanym też Pałacem Zimowym), czyli oficjalnej siedzibie tybetańskiego rządu, w 1940 r. Gdy Lhamo zasiadł na Lwim Tronie, miał już ścięte włosy i był ubrany w szaty mnicha. W trakcie ceremonii otrzymał nowe imię: Dziecyn Dziamphel Ngałang Lobsang Jesze Tenzin Gjaco, co znaczy: „Święty Pan, Szlachetna Chwała, Pełny Współczucia Obrońca Wiary, Ocean Mądrości”. Tybetańczycy nazywają go również Jesze Norbu, czyli „Spełniającym Życzenia Klejnotem” lub Kundun – „Obecnością”. On sam używa skróconej wersji swego imienia duchowego: Tenzin Gjaco.

Na wygnaniu

Z powodu młodego wieku w imieniu dalajlamy rządził regent, a sam Tenzin Gjaco został poddany edukacji. Zamieszkał w zimnej sypialni na najwyższym piętrze pałacu. Wspominał później, że pełno było w niej myszy, które żywiły się ofiarnym pokarmem złożonym przy ołtarzu. Uczył się logiki, tybetańskiej kultury i sztuki, sanskrytu oraz medycyny. Gruntownie zgłębił wiedzę z dziedziny filozofii buddyjskiej. Poza tym poznał tajniki astrologii, muzyki, poezji, a nawet sztuki dyskutowania. O Zachodzie skromną wiedzę czerpał od austriackiego nazisty i wroga komunizmu Heinricha Harrera, który w 1944 r. zbiegł z brytyjskiej niewoli w Indiach (zasłynął później bestsellerową książką Siedem lat w Tybecie). Tenzin brał udział w posiedzeniach rządu, a w wolnych chwilach po prostu się bawił – najchętniej nakręcanym pociągiem i żołnierzykami. Uwielbiał też sklejać modele czołgów, okrętów i samolotów. Wspominał, że bardzo lubił również śpiewające ptaszki i złoty zegarek, który dostał w prezencie od prezydenta Stanów Zjednoczonych, Franklina D. Roosevelta.

W 1949 r. do Tybetu wkroczyła armia Mao Zedonga, która w ramach tzw. pokojowego wyzwalania włączyła go do Chin i zażądała akceptacji władzy w Pekinie. Doradcy XIV Dalajlamy skierowali wówczas swe kroki do wyroczni Neczung i za jej wskazaniem przyspieszyli jego intronizację. Pełnię władzy politycznej Tanzin Gjaco otrzymał 17 listopada 1950 r. podczas wielogodzinnej ceremonii (dalajlama żartował później, że niewiele z niej pamięta, bo cały czas „czuł rosnący pęcherz”). Tym samym w wieku zaledwie 15 lat został oficjalnym przywódcą Tybetu.

dalajlama fot PixabayPałac Potala – zimowa rezydencja nominalnych
władców Tybetu do 1959 roku, kiedy Dalajlama XIV
został zmuszony do ucieczki w wyniku
nieudanego powstania (fot. Pixabay)
Młody dalajlama sądził, że komuniści chińscy, którzy początkowo pokojowo zarządzali jego krajem (dbali o ubogich i ostro rozprawiali się z bogaczami), nie są tacy źli. Złudzenia stracił w 1954 r. po audiencji u Zedonga w Pekinie. Choć chiński wódz zrobił na nim dobre wrażenie, to stracił do niego zaufanie, gdy ten powiedział mu w pewnym momencie, że „religia to trucizna”. Rok później sytuacja w Tybecie uległa pogorszeniu, gdy Chińczycy zaczęli przemocą narzucać swoje porządki. Tybetańczycy zbuntowali się i zaczęli stawiać opór. 10 marca 1959 r. w całym kraju wybuchło powstanie. Chiny krwawo je stłumiły, zabijając dziesiątki tysięcy ludzi.

Na wieść, że i jego planują zgładzić, Tanzin Gjaco – który dopiero co zdał z wyróżnieniem egzamin kończący jego edukację (zdobył tytuł gesze Iharampy, który można porównać do doktoratu z filozofii buddyjskiej) – uciekł do Dharamsali w północnych Indiach, gdzie utworzył rząd emigracyjny. Tam odtworzył większość tybetańskich instytucji, odrzucił monarszy styl sprawowania władzy i przyjął monastyczny styl życia. Obecnie mieszka w klasztorze Namgyal w tybetańskiej części miasta i robi wszystko, by każde tybetańskie dziecko poznało ojczysty język, historię, religię i kulturę. Można się z nim spotkać podczas audiencji, na którą należy się zapisać.

Typowy dzień XIV Dalajlamy zaczyna się o 4.00 rano, kiedy wstaje. Najpierw modli się przez około pół godziny, po czym wypija gorącą wodę i przyjmuje tybetańskie środki medyczne, myje się i idzie na spacer. O 5.00 je śniadanie, w trakcie którego czyta religijne teksty. Do około 8.00 godziny medytuje – w międzyczasie słucha także wiadomości ze świata podawanych przez BBC. Później zgłębia filozofię buddyjską. W południe zjada lunch (tu mała dygresja – dalajlama nie jest wegetarianinem), a po nim czyta oficjalne dokumenty i gazety. Czas między 1.00 a 5.00 po południu spędza w biurze. Potem znów oddaje się modlitwie i medytacji. O 6.00 wieczorem pije herbatę i studiuje teksty filozoficzne. Na spoczynek udaje się o 9.00 wieczorem i, jak sam twierdzi, „mocno zasypia”.

Zwyczajnie doskonały

Od 1959 r. nieprzerwanie walczy, zawsze na drodze pokojowej, o prawa swojego kraju. Spotyka się z przywódcami światowymi (widział się m.in. z Janem Pawłem II) i gwiazdami show-biznesu, wygłasza odczyty i pisze książki. Przy okazji podróży po świecie głosi też słowa na temat natury prawdy i szczęścia.

By osłabić nienawiść i inne niszczycielskie emocje, musisz rozwinąć ich przeciwieństwa: współczucie i życzliwość. Jeżeli odczuwasz głębokie współczucie, głęboki szacunek dla innych, wtedy o wiele łatwiej wybaczasz – powtarza.

W 1989 r. otrzymał pokojową nagrodę Nobla, która umożliwiła mu jeszcze bardziej nagłośnić problemy jego państwa przy pomocy mediów i kina (w Hollywood powstały głośne filmy Kundun, Mały Budda i Siedem lat w Tybecie). Nie bardzo to pomogło. Pekin wciąż nie podejmuje dialogu, do którego dąży dalajlama, mimo że ten już kilka razy proponował daleko idące ustępstwa. Państwo Środka pozostaje też głuche na apele zachodnich przywódców. Nic dziwnego więc, że niektórzy rodacy Tanzina Gjaco – zwłaszcza młode pokolenie – odrzucają jego koncepcję „drogi środka”. Podkreślają, że prowadzi ona donikąd. Ich najsilniejszym argumentem jest śmierć ponad 1,3 mln ich braci z rąk chińskiego okupanta. Ale dalajlama jest wciąż przekonany, że pokojowe rozwiązania są jedyną dopuszczalną formą postępowania.

XIV Dalajlama nieprzerwanie cieszy się ogromnym autorytetem, choć nie sam zabiega o zainteresowanie ani popularność. Ci, którzy mieli okazję poznać go osobiście, mówią, że cechuje go wyjątkowy spokój ducha, nadzwyczajna skromność (powtarza, że jest „tylko zwykłym buddyjskim mnichem – nikim więcej, nikim mniej”) i pełna entuzjazmu radość. Podobno śmieje się często zupełnie spontanicznie i chętnie płata figle innym – pewnie po części dlatego został kawalerem Orderu Uśmiechu. Z drugiej strony promieniuje od niego mądrość i głęboka duchowość. Sam o sobie mówi: – Nie wydaje mi się, żebym miał wyjątkowo dobre cechy. Może tylko kilka mało znaczących zalet. Myślę pozytywnie. Czasami oczywiście staję się nieco zirytowany. Ale w swoim sercu nigdy nie obwiniam nikogo, nigdy nie myślę źle na czyjś temat. Próbuję także okazywać innym większy szacunek. Uznaję ich za ważniejszych ode mnie. Być może ludzie lubią mnie z powodu mojego dobrego serca.

Jeden z amerykańskich dziennikarzy powiedział kiedyś o nim, że jest doskonale zwyczajny i zwyczajnie doskonały.

Dorota Feluś