Szukaj
Polub nas!

felieton fot Pixabay(fot. Pixabay)Trzeba łysych pokryć frytkami

Łysi lub łysiejący faceci w zasadzie dzielą się na dwie grupy. Jedni nie mają z tym zjawiskiem większego problemu i obnoszą się ze swoimi gołymi lub półgołymi czerepami z dumą i bez kompleksów. Do tej czeredy zalicza się między innymi mój brat, który – podobnie jak Lenin – łysieć zaczął już na początku studiów, a dziś na szczycie łba posiada wyłącznie kilka zbiegłych wcześniej z twarzy piegów. Natomiast druga grupa to ludzie, którzy z pustą na szczycie czaszką nie są w stanie się pogodzić i gotowi są zrobić wszystko, byle tylko wejść ponownie w posiadanie czupryny.

Zakompleksionych doskonale rozumiem. W czasach PRL-u śpiewało się w studenckich kabaretach takie przeboje jak „Trzeba łysych pokryć papą”. Stosowano też zaczepki słowne typu „Te, łysy, po ile irysy?” albo „Co, bozia włosów nie dała?”, na co bardziej agresywne łysole odpowiadały: „Dawała, ale rude”. Ta ostatnia riposta była dla mnie zawsze dość dokuczliwa, jako że w zamierzchłych czasach, zwanych młodością, posiadałem na głowie kolekcję włosia przypominającą kolorystyką pożar w stodole. Ale to już zupełnie inna problematyka.

Z powodu istnienia tej drugiej grupy łysych wykształcił się na świecie olbrzymi i intratny rynek przeróżnych środków na porost włosów. Stosowane są zarówno metody czysto chemiczne (preparaty, tabletki, kremy, itd.), jak i chirurgiczne zabiegi wszczepiania włosów. Podobne, choć zupełnie nieskuteczne, środki oferowane były w przeszłości przez różnych szarlatanów, którzy zapewniali swoich klientów, iż mogą posmarować sobie czachę jakąś miksturą, by zaraz potem cieszyć się włosiem, którego jednak porost nigdy nie następował. Dziś jest znacznie bardziej optymistycznie.

W przypadku środków chemicznych ostatnie dwie dekady przyniosły wiele postępów. Za najbardziej skuteczną substancję czynną na porost włosów uznawany był przez pewien czas specyfik o nazwie minoxidil, którego najbardziej znaną na całym świecie wersją komercjalną jest Rogaine. Jednak środek ten nie zawsze jest skuteczny, a jeśli jest, to tylko częściowo. Ostatnio więcej mówi się o preparacie Nanogen Serum. Jest to specyfik, który – jeśli wierzyć badaniom przeprowadzonym w instytucie medycznym BIO-EC we Francji – stymuluje wzrost włosów lepiej niż preparaty oparte na minoxidilu. Substancją czynną w preparacie Nanogen Serum jest opatentowany i tajny zestaw składników, nazwany przez producenta Growth Factors, czyli „czynnikami wzrostu”.

Sam niczego takiego nie próbowałem, bo na razie nie mam takowej potrzeby i mam nadzieję, że nigdy nie będę miał. Są jednak tacy, którzy twierdzą, że Nanogen to niemal środek cudotwórczy. Jeśli tak istotnie jest, to na horyzoncie pojawić się może wkrótce niezwykły konkurent, który na razie drzemie bezużytecznie we frytkach sprzedawanych w hamburgerowniach McDonald’s. Kto wie, już niedługo możemy zobaczyć ludzi chodzących z frytkami rozłożonymi na łysinach, choć mam nadzieję, że do tego nie dojdzie.

A wszystko to za sprawą profesora Junji Fukudy z Uniwersytetu Narodowego w Jokohamie, który twierdzi, że wraz ze swoim zespołem badaczy wyprodukował po raz pierwszy w warunkach laboratoryjnych „hair follicle germ” (HFG), czyli swoisty „zaczyn” mieszka włosowego, z którego następnie wyrasta całkowicie naturalny włos. Podstawą do produkcji HFG jest substancja o niezbyt apetycznej nazwie – dimethylpolysiloxane (PDMS). Jest to polimer od dawna stosowany przez McDonald’sy jako dodatek do oleju, w którym smażą się frytki, jako że jest to coś, co zapobiega powstawaniu piany na powierzchni gorącego tłuszczu. To właśnie hamburgerowy PDMS jest rzekomo najlepszym surowcem do produkcji HFG.

Zespołowi Fukudy udało się wytworzyć ponad 5 tysięcy jednostek HFG, które zostały następnie wszczepione laboratoryjnym myszom. Wszystkie te gryzonie w bardzo krótkim czasie mogły się przekonać, iż są znacznie atrakcyjniejsze, gdyż już po paru dniach wyrosły im nowe, zupełnie naturalne włosy, a Japończycy twierdzą, że dokładnie takich samych rezultatów należy się spodziewać w przypadku ludzi. Innymi słowy, każdego łysego można będzie zmienić w długowłosego hipisa w ciągu paru tygodni.

Nawet jeśli jest to istotnie ogromny sukces naukowy, trochę mnie martwi fakt, że jest on zależny od dalszego smażenia frytek w McDonald’sach. Różni sfrustrowani łysi mogą na przykład dojść do błędnego wniosku, że jeśli codziennie spożyją michę tych frytek, wyrośnie im na głowie dżungla. A jeśli rzeczywiście im coś takiego wyrośnie, mogą swoje nowe włosy zabrać do grobu w wyniku otyłości i problemów kardiologicznych.

Ponadto nie mam najmniejszego pojęcia, czy ilości PDMS stosowane przez amerykańską sieć hamburgerowni będą w przyszłości zapewniać badaczom dostawy odpowiednich ilości surowca, bo jeśli nie, to może się okazać, że trzeba będzie robić dodatkowe frytki – nie dla bezpośredniej, wygłodniałej klienteli, lecz dla osobników marzących o owłosieniu czaszek.

Jeśli chodzi o mojego brata, jestem pewien, że na razie nie spróbuje on ewentualnej nowej, błyskawicznej metody regeneracji naturalnych włosów. Gdyby nagle po tylu latach szczęśliwej łysości pojawiła się na jego głowie kępa włosów, zapewne byłby się przestraszył i zaczął nosić berety, nawet w upalne dni, wprawiając tym samym całą rodzinę w zakłopotanie. Z drugiej strony cieszę się, iż problem łysienia może doczekać się ostatecznego rozwiązania. Yul Brynner by się strasznie ucieszył.

Andrzej Heyduk