Szukaj
Polub nas!

felieton fot Pixabay(fot. Pixabay)Orzechowa szajba

Weterani PRL-u, do których się zaliczam, pamiętają zapewne bardzo dobrze sztukę dokonywania zakupów w warunkach tzw. „realnego socjalizmu”, którego konsekwencją było to, iż niemal zawsze występowały jakieś „przejściowe trudności w zaopatrzeniu rynku”, dotyczące wielu podstawowych produktów, np. mięcha, cukru, kawy, papieru toaletowego, itd. Fraza „nie ma” szybko stała się podstawowym wyrażeniem stosowanym przez sklepową obsługę. Ponadto na naszych oczach tworzyła się w bólach unikalna kultura kolejkowa, zgodnie z którą w kilometrowym ogonie do jakiegoś sklepu trzeba było się natychmiast ustawić, a dopiero potem dociekać, co „rzucili na rynek”. Zresztą założenie było takie, że co by nie rzucili, towar zawsze się przyda, co uzasadniało nawet wynajmowanie emerytów (babć i dziadków) do stania w kolejkach.

W warunkach kapitalistycznych wydarzeń tego rodzaju oczywiście nigdy nie było. Może w miarę adekwatnym porównaniem jest szał, jaki czasami towarzyszy poświątecznym wyprzedażom, w ramach których na co dzień w miarę normalni ludzie ustawiają się pod jakimś sklepem o północy, by po 8 godzinach rzucić się w kierunku przecenionych drastycznie telewizorów, tratując po drodze bezlitośnie potencjalnych konkurentów, czyli bliźnich ogarniętych identycznym szałem.

Wspominam o tym wszystkim dlatego, że we Francji doszło ostatnio do przedziwnych wydarzeń, które wydają się być skrzyżowaniem handlu w warunkach komuny oraz handlu w kontekście ogólnie dobrej podaży wszelkich towarów. A wszystko przez to, że w sklepach sieci Intermarche ogłoszono 70-procentową obniżkę cen orzechowego smarowidła do chleba o nazwie Nutella. Cena jednego słoika spadła tym samym z 4,5 euro do 1,4 euro. Spowodowało to skomasowany atak klienteli na rzeczone sklepy. Tak zdecydowanej akcji rozjuszonego tłumu nie widziano we Francji od czasu ucieczki żołnierzy z linii Maginota, choć wtedy masło orzechowe nikomu nie było w głowie.

Jak twierdzą świadkowie tych zdarzeń, ludzie zachowywali się „jak zwierzęta”, wyrywając sobie z rąk pojemniki Nutelli, ciągnąc się za włosy, a nawet okładając się pięściami. W miejscowości Saint-Cyprien w południowej Francji tłum rozjuszonych miłośników orzechowego smalcu napadł na sklepowy personel, który był w trakcie wykładania towaru na półki. Szefowa sklepu w miejscowości Montbrison, Jean-Marie Daragon, wyznała, że w ciągu 45 minut jej placówka sprzedała ponad 70 słoików mazidła, choć możliwe jest również to, że w czasie chaosu i zamieszania część towaru została wyniesiona ze sklepu bez płacenia.

Wszystko to jest dla mnie zdumiewające i niezrozumiałe. Faktem jest, że Francuzi rocznie konsumują ponad 100 milionów słoików Nutelli, czyli mniej więcej 365 tysięcy ton. Nie zdawałem sobie jednak sprawy, że orzechowa żądza jest tam na tyle przemożna, iż byle obniżka cen może doprowadzić do tak dramatycznych wydarzeń. Kto wie, być może z powodu wcześniejszych ekscesów tego rodzaju narodziła się angielska fraza „he is nuts”, która znaczy, że ktoś jest kompletnym świrem, choć niekoniecznie orzechowym.

Nie mam pojęcia, dlaczego Francuzi szaleją na punkcie produktu, który jest dziełem ich gastronomicznych rywali z południa, czyli Włochów. Nutellę wymyślił w 1946 roku włoski cukiernik Pietro Ferrero, który posiadał wtedy piekarnię w miejscowości Alba. Ponieważ ziarno kakaowe było tuż po wojnie mało dostępnym surowcem, dzielny Pietro zastąpił je sproszkowanymi orzechami laskowymi. Na początek wyprodukował 660 funtów swojego specyfiku, sprzedawanego wtedy w blokach jako „Pasta Gianduja”. Kremowa wersja tego samego towaru pojawiła się na rynku w roku 1951 i nazywana była „Supercrema”. Jednak dopiero syn pomysłodawcy, Michele Ferrero, przemianował w roku 1963 produkt na Nutellę i zaczął intensywnie sprzedawać go w całej Europie Zachodniej, a potem również w Ameryce. Dziś orzechowa pasta dostępna jest w 160 krajach świata, a w 50. rocznicę narodzin Nutelli włoska poczta wydała okolicznościowy znaczek ze zdjęciem słoika z charakterystyczną naklejką. Mam nadzieję, że zamiast normalnego kleju na odwrocie znaczka umieszczono wtedy klej orzechowy, tak by nabywcy mogli sobie coś smacznego liznąć przed wysyłką listu.

Wszystko to jednak w żaden sposób nie wyjaśnia, dlaczego produkt nieposiadający żadnych walorów dietetycznych (poza szkodliwymi) i składający się z cukru, ziarna kakaowego, oleju palmowego, orzechów laskowych, wanilii i mleka, wywołał we francuskiej gawiedzi stan niekontrolowanego odbicia szajby. Zagadkowe jest też to, co nabywcy ogromnych ilości Nutelli po zaniżonych cenach mają z tymi zapasami zamiar zrobić. Wprawdzie smarowidło można skutecznie przechowywać przez wiele miesięcy, gdyż nie ma się w nim specjalnie co zepsuć, ale w końcu nawet radioaktywny uran prędzej czy później poddaje się procesowi połowicznego rozpadu.

Wracając na chwilę do PRL-u, francuski szał na punkcie Nutelli przypomina mi do pewnego stopnia okres tzw. kryzysu kubańskiego, kiedy to przez pewien czas zanosiło się na to, iż dojdzie do światowego konfliktu nuklearnego. Czasy te pamiętam z dzieciństwa dość mętnie, ale doskonale przypominam sobie, że wtedy ludzie rzucili się nagle do sklepów, by robić zapasy soli (która – jakimś cudem – nie była jeszcze objęta zjawiskiem „przejściowych trudności w zaopatrzeniu rynku”). I do dziś nie wiem, dlaczego wybór padł wtedy na sól. Czyżby naród chciał sobie przed śmiercią porządnie posolić ostatniego kotleta schabowego? Bo jeśli intencją była możliwość konserwowania solą żywności, to w warunkach post-nuklearnych raczej nie byłoby czego konserwować.

Andrzej Heyduk