Szukaj
Polub nas!

felieton fot Pixabay(fot. Pixabay)Sylwestrowy psikus

Przed kilkoma tygodniami po raz pierwszy w życiu odwiedziłem Kalifornię, a konkretnie Palm Springs i Los Angeles. W tym drugim mieście zobaczyłem z oddali słynny biały napis „Hollywood” na zboczu góry. Być może nie wszyscy wiedzą, iż wysokie na ponad 40 stóp litery zostały tam zamontowane w celach reklamowych i miały zostać po pewnym czasie zdjęte. Jednak stały się na tyle popularnym symbolem Los Angeles, że postanowiono je tam zostawić. Wymagały zresztą potem doraźnego remontu, gdyż zostały pierwotnie wykonane z materiałów obliczonych na przetrwanie tylko przez kilkanaście miesięcy. Dość dziwne jest również to, że była to reklama firmy, która zbudowała osiedle mieszkaniowe, gdzie obowiązywała absolutna segregacja rasowa, ale to już inna sprawa.

Nad faktem upstrzenia zbocza Mount Lee ubolewam, gdyż – jak parę razy w tym miejscu wspominałem – jestem przeciwnikiem szpecenia matki natury ludzkimi wymysłami. Dlatego właśnie uważam prezydenckie facjaty wyrzeźbione w skale Mount Rushmore za jeden z najgłupszych pomysłów na park narodowy w historii USA. Jednak w przypadku kalifornijskich liter jest nieco inaczej. Można je wszak zawsze zdemontować, gdyby zaszła taka potrzeba, podczas gdy usunięcie skalnych portretów prezydentów jest praktycznie niemożliwe, gdyż wiązałoby się nieuchronnie z totalnym zniszczeniem zbocza.

Jest jeszcze jeden plus przemawiający na korzyść napisu w Los Angeles – od samego początku był to magnes dla różnego rodzaju żartownisiów, usiłujących „retuszować” słowo Hollywood w taki sposób, by napis sugerował coś zupełnie innego. Przypadków tego rodzaju było na tyle dużo, że ostatecznie wokół wielkich liter zamontowano kamery i inne urządzenia zabezpieczające, tak że obecnie nielegalne przestawianie liter jest prawie niemożliwe.

Jedna z najsłynniejszych modyfikacji miała miejsce w noc sylwestrową 1976 roku. 1 stycznia można było zobaczyć na zboczu góry napis „Hollyweed”, który obwieszczał dekryminalizację marihuany przez władze stanowe. Ten noworoczny wybryk był dziełem studenta wydziału sztuk pięknych uniwersytetu Cal Tech, Danny’ego Finegooda, który wraz z kilkoma kolegami zakupił potrzebne materiały za ok. 50 dolarów, wdrapał się na szczyt, a potem zmienił dwie litery, używając w tym celu sznurów i prześcieradeł. Co więcej, choć jego wyczyn był technicznie rzecz biorąc nielegalny, Danny zrobił to w ramach wyznaczonego mu przez szkołę projektu artystycznego – żartowniś dostał za swoje dzieło ocenę „A” i nigdy nie poniósł za swój czyn żadnych konsekwencji. Napis „Hollyweed” tak zachwycił pisarza Davida Battersona, że napisał o nim krótki wiersz, do którego następnie muzykę stworzył Mark Giles. W ten sposób powstała piosenka pod bardzo przewidywalnym tytułem Hollyweed, USA.

Jak wspomniałem, sylwestrowy dowcip z roku 1976 upamiętnił dekryminalizację marihuany w stanie Kalifornia, czego nie należy mylić z legalizacją. Nadal zakazane było hodowanie „trawkowych” roślin, tyle że za samo posiadanie w kieszeni skrętów nie wysyłano już ludzi za kratki. Dziś jednak Kalifornia stoi na skraju pełnej legalizacji, co ma nastąpić w wyniku referendum, jakie miało tam miejsce w ramach ubiegłorocznych wyborów prezydenckich. No i jak można lepiej fetować ten sukces niż przez ponowną „edycję” słynnego napisu? 1 stycznia tego roku „Hollywood” zmienił się ponownie w „Hollyweed”. Nie wiem, czy najbliższa noc sylwestrowa znowu przyniesie jakąś nową wersję napisu, choć z powodu zabezpieczeń, o których wspomniałem, wszelkie zamiary tego rodzaju muszą być najpierw uzgadniane z władzami.

Napis na zboczu Mount Lee nie był obiektem wyłącznie noworocznych żartów. W różnych okresach i z rozmaitych powodów zmieniano litery w inne wyrazy. Dwukrotnie zmiana polegała wyłącznie na zakryciu jednej litery „l” – miało to miejsce w roku 1977 z okazji świąt wielkanocnych oraz w roku 1987 na okoliczność wizyty papieża Jana Pawła II. W tym samym roku napis zmieniono ponownie, na „Ollywood”, z powodu głośnej afery Iran-contra z udziałem pułkownika Olivera Northa. Natomiast polityczne sukcesy Rossa Perota spowodowały, że w roku 1992 i 1996 na Los Angeles spoglądał napis „Perotwood”.

Nie obyło się też bez jednej tragedii – we wrześniu 1932 roku 24-letnia aktorka Peg Entwisle, której „nie wyszła” wielka hollywoodzka kariera, wspięła się na literę „h” i skoczyła z niej w dół, popełniając samobójstwo. Całe szczęście, że brać aktorska w Hollywoodzie nie podchwyciła tej metody kończenia nieudanych karier, bo w przeciwnym razie u podnóża Mount Lee trup ścieliłby się gęsto.

Mnie we wszystkich tych wybrykach brakuje jakiegoś zdecydowanie polskiego akcentu. Rodacy nie pokusili się jeszcze o zmianę napisu w „Hollydrzewo” albo „Hollytrawka”. Mógłby też być napis „Targamdrewno”. Ten ostatni pomysł jest o tyle uzasadniony, iż nazwa Hollywood wywodzi się stąd, że w roku 1886 H.J. Whitley natknął się w hollywoodzkiej dolinie, wtedy jeszcze bardzo słabo zaludnionej, na jakiegoś chińskiego imigranta ciągnącego mozolnie wózek z drewnem. Gdy go zapytał, co robi, nagabnięty odpowiedział w chińskiej wersji języka angielskiego: „I holly wood”, choć na pewno chciał powiedzieć: „I haul wood”. Whitleyowi tak się ta odpowiedź spodobała, że postanowił ochrzcić powstającą miejscowość nazwą „Hollywood”. Morał tej historii jest prosty – imigranci mimo wszystko od czasu do czasu Ameryce do czegoś się przydają.

Andrzej Heyduk