Szukaj
Polub nas!

rudolf fot Pixabay(fot. Pixabay)Spór o nos (i nie tylko)

Nie mam pojęcia, dlaczego tak się dzieje, ale w USA z okazji niemal każdego Bożego Narodzenia zawsze dochodzi do jakichś dziwnych kontrowersji. W tym roku mamy do czynienia z potrójnym ładunkiem dość osobliwych wydarzeń.

Po pierwsze, gdy tylko Donald Trump stał się prezydentem kraju, zaczął deklarować swoje poparcie dla „przywrócenia w Ameryce świąt”, co było o tyle kuriozalne, że nikt tychże świąt nie obalał ani też nie zakazywał ich celebrowania. Jednak zdaniem nowego wodza przejawem marginalizacji tej szczególnej w kalendarzu okazji było to, iż nie wszyscy używali frazy „Merry Christmas”, zastępując ją bezpłciowym zwrotem „Happy Holidays”. Moim czysto prywatnym zdaniem jest to problem kompletnie wyssany z palca, gdyż ludzie mogą sobie życzyć czegokolwiek według własnego uznania, a świąteczna cenzura odgórna nie istnieje. Ponadto nie zauważyłem wielkiego renesansu frazy „Merry Christmas”, czyli w zasadzie wszystko pozostało po staremu.

Drugą kontrowersję wywołał niezastąpiony Sean Spicer, były rzecznik prasowy Białego Domu, w swoim czasie znany przede wszystkim z publicznego wygłaszania rozmaitych łgarstw oraz chowania się przed reporterami w krzakach. Otóż Sean z sobie tylko znanych powodów postanowił umieścić w internetowym serwisie Instagram zdjęcie przedstawiające egzemplarz książki Charlesa Dickensa pt. A Christmas Carol. Tom ten w swoim czasie był własnością prezydenta Franklina D. Roosevelta i dlatego Spicer podpisał zdjęcie: „FDR’s book of Christmas Carols”. Sugeruje to, iż były rzecznik nie wie, że Dickens nie napisał zbioru kolęd, lecz opowieść o skąpcu Ebeneezerze Scrooge’u, który pod wpływem objawień duchów z jego przeszłości i przyszłości zmienia się w całkiem porządnego faceta, ogarniętego przemożną chęcią niesienia wszystkim świątecznego szczęścia.

Na rezultat gafy Spicera nie trzeba było długo czekać, jako że powszechnie wiadomo, iż społeczność internautów nie zna absolutnie żadnej litości. Drwinom nie było końca. Niektórzy komentatorzy twierdzili, że książkę prezydenta Roosevelta z pewnością oglądał „największy tłum w historii”, co było nawiązaniem do tezy Spicera o tym, iż na inauguracji Trumpa zebrały się nieprzebrane rzesze ludzi. Inni krytycy byli nieco bardziej złośliwi. Jeden z nich napisał: „Dickens wykonał kawał wspaniałej roboty i teraz ludzie coraz bardziej doceniają jego muzykę”. Może Spicer był się niewinnie pomylił, ale oczywiście w naszej obecnej rzeczywistości nie ma to większego znaczenia. Jestem pewien, że święta spędzi śpiewając pod choinką nieistniejące kolędy Dickensa.

Wreszcie istnieje też trzecia kontrowersja świąteczna, która jest dla mnie najbardziej zaskakująca. Jak wiadomo, w świecie Santy – tego rubasznego faceta z północnego bieguna, któremu zacięła się płyta na okrzyku „ho, ho, ho!” – istnieje zaprzęg złożony z reniferów. Wśród nich jest niejaki Donner, który posiada potomka imieniem Rudolph. Każde dziecko w Ameryce wie, że Rudolph ma świecący na czerwono nos, co jest pożyteczne, gdyż skutecznie prowadzi cały zaprzęg przez śnieżne zamiecie. Okazuje się jednak, że czujni stróże poprawności politycznej wyczaili, iż cała ta historia o czerwononosym reniferze jest na wskroś szkodliwa, gdyż promuje wśród dziatwy fatalne treści. Chodzi mianowicie o to, że gdy Rudolph przychodzi na świat ze swoim neonowym nochalem, wszyscy się z niego śmieją, zresztą łącznie z Santą. Staje się on tym samym obiektem tzw. „shaming”, czyli prześladowania za wygląd. Przestaje być prześladowany dopiero z chwilą, gdy udaje się mu raz skutecznie poprowadzić zaprzęg przez mgłę dzięki jego świetlistemu narzędziu powonienia. I jaki jest morał tej historii? Zdaniem niektórych, można go zawrzeć w następującej sentencji: „Jakikolwiek odchył od normy jest naganny aż do momentu, gdy okaże się, że można go jakoś eksploatować”.

Ja oczywiście rozumiem, że każdy sobie może interpretować dowolną fikcyjną opowieść w równie dowolny sposób. Nie rozumiem jednak, dlaczego dopiero teraz ktoś się przyczepił do wiersza z 1939 roku, w którym postać Rudolpha z czerwonym nosem po raz pierwszy się pojawiła. Przez wszystkie następne lata aż do dziś była to po prostu bajkowa opowieść, która zrodziła niezliczone rysunki, filmy, książki i piosenki, i która na stałe zagościła w amerykańskiej zbiorowej tożsamości świątecznej. A teraz nagle wygląda na to, że Rudolph to ofiara jakichś wrażych sił, no i tego okrutnego zboczeńca Santy. Ludzie, na miłość boską! Czy nie można po prostu świętować i nie przejmować się tego rodzaju głupotami, wynikającymi z niezrozumiałego pędu do rewidowania przeszłości pod kątem bieżących wydarzeń?

Niejaka Angela Davis (nie ta znana z dawnej działalności w 2-osobowej Partii Komunistycznej USA) porównała ostatnio postać Rudolpha do czarnoskórych kobiet głosujących na demokratycznych kandydatów w wyborach. Jej zdaniem one też są tolerowane tylko dlatego, iż są politycznie pożyteczne, ale poza tym nie mają żadnego znaczenia. Nie wiem, co na to odpowiedzieć, ale w pewnym sensie ręce opadają. Wydawać by się mogło, że każdy z nas potrafi z łatwością oddzielić świat dziecięcej, świątecznej wyobraźni od głupawych wynurzeń dotyczących brudnego politycznego świata dorosłych. W rzeczywistości jest jednak zupełnie inaczej. Tylko patrzeć dnia, w którym Santa okaże się skrytym przywódcą religijnej sekty, zabiegającej o zdobycie absolutnego, globalnego monopolu na produkcję dużych sań i dystrybucję prezentów. Pewnie już prowadzi tajne negocjacje z Jeffem Bezosem.

Andrzej Heyduk