Szukaj
Polub nas!

Roboty dostawcze Poczty Szwajcarskiej fot Lukas Lehmann Epa ShutterstockRoboty dostawcze Poczty Szwajcarskiej
(fot. Lukas Lehmann/EPA/Shutterstock)
Roboty won!

Wszystko wskazuje na to, że wielkimi krokami zmierzamy w kierunku nowej rzeczywistości, w której znacznie większą rolę będą odgrywać roboty. Nie chodzi mi bynajmniej o „człekokształtnych” metalowych asystentów podających rano kawę i robiących pranie, lecz o przeróżne urządzenia mające zastąpić ludzi w wielu czynnościach. Od dłuższego czasu dyskutuje się na przykład o samojezdnych autach, które mają nas bezbłędnie przewozić z miejsca A do B bez żywego kierowcy. Wprawdzie firma Google zanotowała już na swoim koncie kilka wypadków drogowych z udziałem takich samochodów, ale są to raczej „bóle porodowe”, które mają potem ustąpić wielkiemu szczęściu, a takie firmy jak Uber są zdecydowane na powszechne wprowadzenie do użytku taksówek bez żywej duszy za kierownicą.

Na tym nie koniec. Inżynierowie i elektronicy zajmujący się konstruowaniem współczesnych samolotów pasażerskich od dawna pokątnie twierdzą, że już dziś piloci w kokpicie są w zasadzie niepotrzebni, gdyż każdy rejs, łącznie ze startem i lądowaniem, mógłby się odbyć wyłącznie za sprawą komputerów. Podobno jedyną przeszkodą na drodze do wprowadzenia takiego rozwiązania jest ludzka psychika, która zapewne nie powitałaby radośnie przedstartowej zapowiedzi, iż „z Chicago do Dallas poleci dziś z nami pilot Obwód Scalony 192 przy pomocy nawigatora Płyta Główna 16X”. Możliwe jest zatem, że przez wiele następnych lat piloci nadal pozostaną w kokpicie, ale będą się tam zajmować wyłącznie grą w karty, żarciem hamburgerów i podrywaniem żeńskich członkiń załogi. Mam zresztą znajomego pilota linii American Airlines (a niegdyś mojego sąsiada), który od dawna twierdzi, że przez 99 proc. każdego lotu śmiertelnie się nudzi, gdyż nie ma nic do roboty.

Innym obszarem narastającej automatyzacji mają być dostawy do domów najrozmaitszych towarów. Koncern Amazon eksperymentuje od pewnego czasu z dystrybucją za pośrednictwem dronów, które mają lądować precyzyjnie tuż przed naszymi drzwiami, dostarczając produkty już kilka godzin po ich zamówieniu. Podobne plany mają inne firmy, co oznacza, że wkrótce nad naszymi głowami krążyć będzie więcej dronów niż wróbli. Wizja ich podniebnych kolizji i chaotycznego spadania na ulice na razie jakoś nikogo nie przeraża.

Choć wydaje się, że postępująca „robotyzacja” naszej cywilizacji jest w zasadzie nieunikniona, nie wszystkim taka perspektywa się podoba. Najnowszym tego przejawem jest sytuacja, jaka wytworzyła się w San Francisco, mieście dość liberalnym i teoretycznie otwartym na każdy pomysł. Problem w tym, że od pewnego czasu po wielu chodnikach zasuwają tam zdalnie sterowane pojazdy, będące własnością kilku różnych firm oferujących w pełni zautomatyzowane dostawy towarów do domów. Zwykle bestie te wyglądają jak spore pudła na kółkach, które nie poruszają się wprawdzie z wielką prędkością, ale stają często na drodze spacerowiczom, rowerzystom, psom, itd. A ponieważ jest ich coraz więcej, niektórzy mieszkańcy San Francisco nie kryją swojej frustracji.

Wśród nich jest radny miejski Norman Yee, który zaproponował ostatnio niezwykle restrykcyjne przepisy dotyczące kursujących po chodnikach robotów. Jeśli jego propozycja zostanie zaakceptowana, każda firma będzie mogła posiadać nie więcej niż trzy roboty, a w dowolnym momencie na ulicach nie będzie mogło być więcej niż dziewięć zdalnie sterowanych pojazdów dostawczych. Ponadto wydzielone mają zostać obszary, w których korzystanie z tego rodzaju urządzeń będzie dozwolone, a każdy robot podróżujący do klienta będzie musiał posiadać ludzkiego opiekuna, maszerującego za nim.

Szczerze mówiąc, tej ostatniej restrykcji nie rozumiem, bo skoro ktoś żywy będzie i tak musiał się wlec z tyłu za robotem, to czy nie lepiej wysłać tradycyjnego dostawcę z krwi i kości, a maszynę zwolnić? Tak czy inaczej, dyskusja na ten temat trwa nadal, a mieszkańcy miasta nie kryją się ze swoimi poglądami. George Wooding, który musi korzystać z wózka inwalidzkiego, a zatem mógłby patrzeć przychylnie na dostawcze roboty, jest ich zażartym wrogiem. – Jeśli komuś przychodzi przemożna ochota na kanapkę z szynką – mówi – to niech ruszy tyłek i pójdzie sobie ją kupić, a nie liczy na jakieś samojezdne pudło terroryzujące całe sąsiedztwo. Lorraine Petty twierdzi natomiast, że chodniki nie powinny być „eksperymentalnymi torami dla elektronicznych zabawek”.

Problem jest jednak taki, że wszystko to, co staje się w taki czy inny dostępne ludzkości, jest nieuchronnie wykorzystywane – broń nuklearna, klonowanie żywych istot, genetyczne manipulowanie warzywami i owocami, itd. W związku z tym coraz większa dostępność wyszukanych robotów wszelkiej maści spowoduje nieuchronnie, że znajdować będą one coraz większe zastosowanie. Zresztą – w przeciwieństwie do San Francisco – rady miejskie w Los Angeles, Waszyngtonie i kilku innych metropoliach co jakiś czas uchwalają nowe ułatwienia w stosowaniu dronów, robotów, samojezdnych aut, itd.

Osobiście czekam z utęsknieniem na zupełnie nowy przejaw automatyzacji. Marzę mianowicie o zastąpieniu wszystkich polityków robotami, bo oni również – podobnie jak piloci – w zasadzie nie mają nic do roboty poza wzajemnym do siebie pyskowaniem. W Senacie byłoby na przykład 50 robotów demokratycznych, 50 republikańskich, a w przypadku remisu decydowałby superkomputer Big Blue firmy IBM. Jeśli chodzi o zautomatyzowaną obsadę urzędu prezydenta, to biorąc pod uwagę obecną sytuację wystarczyłoby zapewne zwykłe liczydło albo co najwyżej jakiś starożytny komputer firmy Atari.

Andrzej Heyduk