Szukaj
Polub nas!

Gyros fot Wikipedia(fot. Wikipedia)Cenzura gyrosa

Nie jestem pewien, czy wszyscy wiedzą o tym, że znaczna część Amerykanów uważa Unię Europejską za twór neosocjalistyczny, w którym banda rozpasanych, brukselskich demokratów może podejmować niemal dowolne decyzje, nawet jeśli w wielu europejskich krajach są one mało popularne. Przed kilkoma laty postanowiono na przykład w Europie, że tradycyjne żarówki będą z wolna wycofywane z rynku na korzyść oświetlenia diodowego (LED). I choć w USA Kongres w zasadzie zmierza powoli w tym samym kierunku, początkowo totalitarny, europejski zamach na wynalazek Edisona spowodował niemal paniczną reakcję niektórych ustawodawców amerykańskich, którzy uznali poczynania EU za elektryczny komunizm. Jęli oni proponować liczne akty prawne, których celem miało być uchronienie tradycyjnych żarówek w USA przed ich wyrzuceniem na śmietnik technologicznej historii.

Michele Bachmann z Minnesoty – która na szczęście już nie zasiada w Kongresie i która zapewne mieszka teraz w domu oświetlonym świeczkami i lampami naftowymi, a wodę pobiera ze studni, wykopanej własnymi gołymi rękoma – w roku 2009 zaproponowała zatwierdzenie ustawy o nazwie „Light Bulb Freedom of Choice Act”. Sprzeciwiała się w niej stanowczo zamachowi na swobody obywatelskie oraz Konstytucję, czego wyrazem miało być odebranie Amerykanom prawa do używania tradycyjnych żarówek. Jej ustawa daleko wprawdzie nie zabrnęła, ale była wyraźną reakcją na totalitarne zakusy Europy.

Jak by na to nie patrzeć, dość oczywiste jest to, iż Unia, mimo że nie jest jednolitym krajem, takim jak USA, posiada uprawnienia pozwalające na podejmowanie decyzji wymagających w Ameryce wielomiesięcznych sporów, które zwykle prowadzą donikąd. Tymczasem ustawodawcy w Brukseli mogą coś skutecznie postanawiać niemal codziennie i nikt nie jest im w stanie podskoczyć. Wprawdzie każdy kraj członkowski może teoretycznie polecenia Brukseli zignorować, ale zwykle nie jest to dobre rozwiązanie, gdyż wiąże się z takimi czy innymi konsekwencjami. Armia Luksemburga nie zaatakuje Holandii za to, że w Amsterdamie złamano jakiś unijny przepis, ale w grę w chodzą zawsze kary finansowe.

Wszystko to ma z pewnością zarówno dobre, jak i złe strony, choć najnowsza decyzja UE nie podlega łatwej klasyfikacji jakościowej. Jak wynika z ostatnich doniesień, już wkrótce jak Stary Kontynent długi i szeroki może zostać wprowadzony zakaz sprzedaży döner kebabs, czyli mięsnej przekąski, która po tej stronie Atlantyku zwykle zwie się gyros. Ustawodawcy doszli do wniosku, iż wielkie kawały grecko-tureckiego mięcha, grillowanego na pionowych rożnach w tysiącach knajp, są szkodliwe dla zdrowia, gdyż do ich konserwacji używane są fosfaty, które są rzekomo rakotwórcze i sprzyjają powstawaniu chorób serca.

Ostateczna decyzja w tej sprawie jeszcze nie zapadła, ale wieści o tych planach spowodowały burzę protestów, szczególnie w Wielkiej Brytanii i w Niemczech, gdzie rzeczone gyrosy są niezwykle popularnym szybkim jadłem, sprzedawanym niemal wszędzie. Jeśli wierzyć danym radia we Frankfurcie, w Niemczech jest obecnie 16 tysięcy placówek sprzedających gyrosy, a dzienne spożycie tego specjału przekracza 3 miliony sztuk. Ponadto przemysł gyrosowy w tym kraju zatrudnia kilkadziesiąt tysięcy ludzi, a lokalni kucharze stworzyli też danie o nazwie Berlin döner, które szybko zagościło również w wielu punktach Londynu i Nowego Jorku.

Jeśli zatem Unia Europejska postawi na swoim, smakołyk ten nagle zniknie, czego konsekwencje są trudne do przewidzenia. Jedno jest pewne – nie zniknie w USA, bo przepisy unijne nas nie obchodzą, tym bardziej że są przejawem postkomunistycznych tendencji europejskich, którym damy z pewnością zdecydowany odpór. Natomiast w Niemczech może dojść do bolesnego krachu mięsnego, czego obawia się między innymi Baris Donmez, turecki gastronom, który w Berlinie prowadzi niezwykle popularny lokal o nazwie Rosenthaler Grill und Schlemmerbuffet. Wiara wali do tej placówki drzwiami i oknami, kupując krocie kanapek z grillowanym mięsem w bułce typu pita. Zdaniem Donmeza, zamiary UE stanowią skryty zamach na tureckich imigrantów w Europie, tym bardziej że wspomniane i rzekomo szkodliwe fosfaty obecne są w wielu innych wędlinach na niemieckich rynku, ale cenzurze unijnej z tego powodu nie podlegają.

Donmez jest zdania, iż ewentualny zakaz sprzedawania gyrosów w Europie zostanie przez Niemców zupełnie zignorowany i że wszyscy będą nadal jeść to, co jedzą obecnie. Może się zatem okazać, że jeśli UE kiedyś się rozpadnie, nie będzie to wynik jakichś drobnych, polsko-węgierskich wykroczeń natury konstytucyjnej, lecz efekt wyrzucenia z rynku kebabów. Zresztą są one również potencjalnym zarzewiem konfliktu między Grecją i Turcją, jako że strona turecka nazywa to danie döner kebab i uważa je za swoje, podczas gdy Grecy wynaleźli nazwę gyros, by się od Turków kulinarnie odseparować. Pewnie obrzucają się tym mięsem wzajemnie na Cyprze, choć materiał mięsny jest zawsze lepszym rozwiązaniem od bomb i granatów.

W tym świetle za szczęśliwy zbieg okoliczności należy uznać fakt, że do naszego bigosu na razie nie przyznaje się żadna inna nacja, ani też w Brukseli nikt jeszcze nie dopatrzył się w tym daniu niczego szkodliwego. Jeśli chodzi o pierogi, sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana (ruskie pielmieni, chińskie wontony, itd.). Należy zachować spokój, jeść cichaczem i nie dać się sprowokować. Może się nam jakoś uda nie sprowokować brukselskiej komuny.

Andrzej Heyduk