Szukaj
Polub nas!

felieton fot Pixabay(fot. Pixabay)Ziemia platfusów

Ameryka zdradza w życiu publicznym coraz mniejsze przywiązanie do nauki. W Kongresie pełno jest facetów, którzy uważają wszelkie obawy o zmianę klimatu Ziemi za wymyślony przez Chińczyków, rowerzystów i homoseksualistów spisek wymierzony w amerykański przemysł. W stanie Georgia pojawił się w lokalnych wyborach kandydat, którego platforma wyborcza składała się w zasadniczy sposób z tezy o tym, iż teoria Darwina jest z gruntu szatańska i że tenże szatan odpowiada również za brednie naukowców o tzw. Wielkim Wybuchu i wieku wszechświata. Na szczęście w odpowiedzi na te tezy liczni studenci University of Georgia zgłosili w wyborach samego Charlesa Darwina, który zebrał wprawdzie sporo głosów, ale sam na kampanię wyborczą nie mógł się niestety stawić, gdyż jest od dawna zajęty leżeniem w grobie.

Przykładów odwrotu od nauki jest bardzo wiele, ale to w sumie nic w porównaniu do faktu, iż istnieje też organizacja o nazwie Research Flat Earth. Jej członkowie twierdzą, że Ziemia jest płaska, a jej domniemana kulistość to wredny spisek przekupnych astronomów, którzy serwują nam czystą iluzję. Oczywiście każdy może sobie wierzyć, w co mu się tylko podoba. Zarówno w nauce, jak i w filozofii od dawna istnieje jednak ostry rozdział wierzeń od wiedzy. Mogę na przykład powiedzieć, że „wierzę, iż Księżyc jest zrobiony z sera gouda” i nikt się nie ma prawa do tego przyczepić, ponieważ każdy winien być zdolny do głoszenia własnej głupoty. Gdy jednak mówię, że „wiem, iż Księżyc jest zrobiony z sera gouda”, nagle wypływam na wody, na których konieczne jest oferowanie faktów, logicznych dowodów, empirycznych badań, itd.

W tym kontekście zastanawiam się nad poglądami rzeczonego stowarzyszenia głoszącego płaskość naszego globu. Jakież fakty mogą ci ludzie przytoczyć na poparcie swoich tez? Czy wylecieli kiedyś na jakimś statku kosmicznym poza ziemski horyzont, by dostrzec poniżej Hades albo Kongres USA? Czy popłynęli okrętem w nieznane, by nagle ich jednostka osunęła się z krawędzi Ziemi i spadła w jakąś pozaziemską otchłań? Pomijam już to, że jeśli wyznawcy plaskatości globu czasami latają samolotami, np. z Nowego Jorku do Sydney, jedynym wytłumaczeniem tego, iż nigdy nie docierają do krawędzi globu byłoby to, że wspomniani już przekupni astronomowie nieustannie mamią ich rozwijanymi w odpowiednim momencie nowymi, czysto iluzorycznymi płaszczyznami. I tak w momencie startu z JFK Ziemia sięga tylko na jakieś 100 mil w głąb Atlantyku, ale w miarę postępów lotu banda naukowych oszustów rozwija coraz to nowe plansze. Jedynym ubocznym i pozytywnym skutkiem takiego scenariusza byłoby to, że Rosja przez większość czasu pozostawałaby zwinięta w rulon.

Być może istnienie ludzi wierzących w płaskość Ziemi byłoby tylko komicznym przypiskiem do meandrów naszej cywilizacji, gdyby nie to, że organizacja Research Flat Earth zyskała ostatnio ciekawego sojusznika, który zamierza dolecieć do krawędzi globu i donieść o tym, co zobaczył poza nią. Osobnikiem tym jest 61-letni Mike Hughes, z zawodu kierowca limuzyny, który zamierza poszybować skonstruowaną przez siebie rakietą parową na wysokość 2 tysięcy stóp, a potem wylądować przy pomocy spadochronu. Do wydarzenia tego ma dojść w odludnej części Kalifornii. Rakieta, której zbudowanie kosztowało rzekomo ponad 20 tysięcy dolarów, ma rozwinąć prędkość 500 mil na godzinę, choć napęd parowy budzi we mnie w tym przypadku pewne wątpliwości na temat osiągalności tego rodzaju szybkości.

Zaintrygowanym mediom Hughes powiedział odważnie i bez ogródek, że nie wierzy w naukę: – Moim zdaniem nie ma żadnej różnicy między nauką i naukową fikcją. No i bardzo dobrze – przynajmniej wiadomo, o co chodzi. Nęka mnie jednak pytanie, które zadałby Mike’owi niemal każdy w miarę trzeźwo myślący człowiek. Jak można udowodnić płaskość Ziemi przez wzniesienie się nad nią na 2 tysiące stóp przy pomocy jakiegoś czajnika bez gwizdka? Czy nie lepiej przelecieć się rejsowym samolotem na wysokości 30 tysięcy z Los Angeles do Phoenix? Empiryczny skutek byłby znacznie lepszy, a ryzyko znacznie mniejsze. Chyba, że Hughes uważa, iż wszystkie loty samolotami pasażerskimi to totalna fikcja, a widoki za oknami są wyświetlane przez projektory finansowane przez doszczętnie skorumpowaną agencję NASA, której pracownicy z pewnością zdają sobie sprawę z tego, że nasz glob to wielki talerz, choć bez noża i widelca.

Trochę mi żal Kopernika. Gdy dochodził do swoich rewolucyjnych wniosków na temat okrągłości Ziemi i kształtu orbitalnego Układu Słonecznego, nie miał do dyspozycji rakiet, samolotów ani geniuszu obecnej klasy politycznej USA. Musiał polegać wyłącznie na rozumie, bezpośrednich obserwacjach i matematycznych wyliczeniach. W dzisiejszej Ameryce tego rodzaju instrumenty dociekań są oczywiście bez jakiegokolwiek znaczenia, ponieważ liczą się nie deklaracje wiedzy, lecz wyłącznie deklaracje wiary, które nie wymagają żadnych formalnych potwierdzeń i dowodów.

Dla pana Hughesa mam propozycję nie do odrzucenia. Zamiast lecieć swoją rakietą na wysokość tylko 2 tysięcy stóp, niech pogna dalej, za krawędź planety. Może potem napisze do nas barwny list o tym, co jest pod spodem talerza i czy Ziemia jest „dishwasher safe” oraz czy jest tam też napis „Made in China”. Na powrót niech się nie sili. Będzie przynajmniej jednego czubka mniej.

Andrzej Heyduk