Szukaj
Polub nas!

felieton fot Pixabay(fot. Pixabay)Dożynki z indykiem

Powszechnie uważa się, że Święto Dziękczynienia to jedna z najbardziej amerykańskich okazji, by spędzić nieco czasu z mało lubianą rodziną, zjeść indora, wypić galony obrzydliwego piwa i obejrzeć wspólnie z chrapiącym na kanapie wujem Johnem mecz amerykańskiego futbolu. Bądź co bądź w czasie tego świątecznego szaleństwa Amerykanie pożerają prawie 50 milionów ptaków.

Neil Armstrong i Buzz Aldrin, pierwsi ludzie, którzy postawili stopę na Księżycu, zaraz po powrocie do statku macierzystego zjedli „pakiet żywności” agencji NASA, w skład którego wchodził pieczony indyk, choć nie wiadomo, na ile to danie przypominało prawdziwy drób. Nie można też pominąć faktu, że sam Benjamin Franklin nalegał w swoim czasie, by narodowym ptakiem Ameryki był indor, a nie jakiś tam łysy orzeł. Poza tym powszechnie znany jest ceremoniał darowania życia indorowi przez prezydenta kraju, choć akurat w tym roku nie wiem, jak z tym będzie, bo czasy są niepewne, a prezydentura chwiejna. Jeśli indor okaże się intruzem z Meksyku albo wyznawcą Koranu, będzie miał przechlapane.

Jednak w związku z niezaprzeczalną amerykańskością Thanksgiving, powstaje proste pytanie – dlaczego okazja ta celebrowana jest również w wielu innych zakątkach świata? Nasi północni sąsiedzi, cieszący się sensownym premierem i absencją broni palnej w prywatnych rękach, obchodzą Święto Dziękczynienia począwszy od roku 1578, a zatem o 43 lata przed nami. Święto to przypada wcześniej niż w USA, ponieważ nie ma nic wspólnego z celebracją przetrwania kolejnego roku, a jest okazją do fetowania udanych żniw, co w oczywisty sposób nawiązuje do dożynek w Europie Wschodniej. Na szczęście w Kanadzie nie ma Władysława Gomułki, witanego przez chłopów chlebem i solą, ale to już inna sprawa.

Święto Dziękczynienia istnieje też w Portoryko (a przynajmniej istniało aż do czasu niedawnego huraganu). Zwykle przypada ono na koniec listopada, czyli podobnie jak w USA, ale na stole pojawiają się zdecydowanie inne dania – smażone platany, karaibska wersja kaszanki zwana morcillą, budyń z kokosów, itd. Indor, owszem, też jest, ale zwykle nadziewany bywa tzw. mofongo, czyli mieszaniną różnych lokalnych warzyw i owoców.

Dziękują sobie przy biesiadnym stole również mieszkańcy Liberii. Jest to dość zaskakujące, ale w miarę zrozumiałe, gdyż państwo to zostało założone na początku XIX wieku przez wyzwolonych z niewoli czarnoskórych mieszkańców USA. Dziś zatem Liberyjczycy mają podwójny powód do świętowania: mogą się cieszyć, że ich przodkom udało się w porę zwiać i że ich kraj, po okresie wojny domowej, jest dziś w miarę stabilny. W Liberii świąteczny stół zastawiony jest lokalnymi daniami, a po uczcie biesiadnicy najpierw idą do kościoła, a potem spędzają resztę wieczoru na tańcach, hulankach oraz swawolach, z czym się absolutnie solidaryzuję i co wydaje się znacznie lepszym rozwiązaniem od zalegania na kanapach przed dużymi ekranami LED.

Być może najbardziej odległą krainą, w której amerykańskie Święto Dziękczynienia jest celebrowane, pozostaje wyspa Norfolk, która niegdyś była brytyjską kolonią karną, a dziś należy administracyjnie do Australii. Pierwotnie miejsce to zostało zasiedlone przez buntowników z pokładu angielskiego statku H.M.S. Bounty oraz ich niewolników pochodzących z Tahiti. W roku 1962 Marlon Brando wystąpił nawet w głównej roli w filmie pt. Mutiny on the Bounty, który opowiadał o buncie i zasiedleniu wyspy. Wszystko to jednak w żaden sposób nie tłumaczy, dlaczego dziś tubylcy celebrują Thanksgiving.

Zawdzięczają ten dziwny nawyk amerykańskiemu handlarzowi Issacowi Robinsonowi, który osiedlił się na wyspie jako przedstawiciel firmy Burns & Co Ltd. i który przez pewien czas był pierwszym i ostatnim konsulem USA na tym terytorium. To właśnie Robinson zaproponował tubylcom, by pod koniec listopada zdobili kościoły wiązkami kukurydzy i warzyw. Rozpowszechnił też zwyczaj organizowania rodzinnych obiadów, w czasie których serwuje się dania z wieprzowiny i kurczaka, sałatki z bananów i lokalnych owoców, itd. Należy założyć, że współcześni uczestnicy tych celebracji w większości nie mają większego pojęcia o tym, skąd się te zwyczaje wzięły, ale w sumie nie ma to większego znaczenia.

Jeśli chodzi o amerykańskie zwyczaje, pozostają one od lat w zasadzie niezmienne, choć co jakiś czas pojawiają się pewne nowe, zaskakujące elementy. Amerykańska agencja FAA wyraziła na przykład ostatnio opinię, że nie jest władna interweniować w jakikolwiek sposób w wyrzucanie żywych indyków z pokładu lecących na niskiej wysokości samolotów, co jest częścią dość idiotycznego obyczaju zwanego Turkey Trot, a odbywającego się co rok w miejscowości Yellville w stanie Arkansas. W ubiegłym roku indyczy desant składał się z 12 ptaków, z których wydarzenie to przeżyło 10. W tym roku liczne organizacje zaprotestowały, sugerując, że jest to spektakl okrucieństwa wobec zwierząt. Jednak dzielni urzędnicy FAA orzekli, że ludzie mogą sobie z samolotów wyrzucać, co im się podoba (zapewne z wyjątkiem bliźnich), ponieważ „zadaniem agencji jest wyłącznie organizacja ruchu lotniczego”, a nie tropienie ewentualnych przestępstw.

No i bardzo dobrze. Jeśli komuś w ostatni czwartek listopada spadnie z nieba na łeb jakiś indor, przynajmniej będzie wiadomo, że rząd federalny nie ponosi za takie wydarzenia absolutnie żadnej odpowiedzialności.

Andrzej Heyduk