Szukaj
Polub nas!

felieton fot Pixabay(fot. Shutterstock/Pixabay)Amazon zamiast Santy

Od pewnego czasu w USA pełza gdzieś po kątach dyskusja o domniemanym spisku, którego celem ma być rzekomo wyeliminowanie z narodowej świadomości terminu „Christmas” i zastąpienie go jakąś ogólnikową frazą świąteczną, nie kojarzoną automatycznie z jakimikolwiek konkretnymi postaciami lub wydarzeniami. Innymi słowy, piewcy tej teorii, na czele z obecnym lokatorem Białego Domu, uważają, że wraże siły chcą zastąpić „Merry Christmas” bezpłciowym sloganem „Happy Holidays”.

Wszystko to zawsze wydawało mi się fikcyjnym problemem. Faktem jest, że w sferze publicznej, np. w licznych amerykańskich zakładach pracy, szefostwo często stroni oficjalnie od „Merry Christmas”, ponieważ zdaje sobie doskonale sprawę z tego, iż kadra może być wieloetniczna, wielonarodowościowa i wielowyznaniowa. W związku z tym, by przypadkiem nikogo nie urazić, stosowana jest frazeologia tyleż ostrożna, co pokrętna. Jednak na poziomie lokalnym i czysto prywatnym ludzie nadal życzą sobie wszystkiego najlepszego z okazji Świąt Bożego Narodzenia i nikt nie ma z tym najmniejszego problemu.

Ja sam rok w rok dostaję kartkę świąteczną od chicagowskiego profesora i kumpla z okresu moich studiów w Chicago, który jest żydowskiego pochodzenia i który zawsze pisze to samo: „Życzę ci wszystkiego najlepszego z okazji narodzin Twojego Boga”. Ponieważ jest to człowiek bardzo światły, zakładam, iż wie doskonale, że jego Bóg jest taki sam jak ten chrześcijański, a zatem świąteczne życzenia traktuję jako niewinny żart.

Niestety z przyczyn, które często są trudne do zrozumienia, niektórzy podchodzą do grudniowych świąt ze śmiertelną powagą i wcale nie musi to dotyczyć jakichkolwiek spraw religijno-doktrynalnych. Weźmy na przykład takiego faceta jak Santa Claus – przysadzisty, rubaszny, z worem zabawek na plecach i zaraźliwym okrzykiem: „Ho, ho, ho!”. Wiadomo oczywiście, że – wbrew licznym doniesieniom – nie mieszka on na biegunie północnym, gdyż w ogóle nie istnieje, a został wymyślony na potrzeby przedświątecznego komercjalizmu. Jednak z drugiej strony faktem jest to, iż miliony dzieci na całym świecie są w pewnym okresie swojego życia absolutnie przekonane o tym, że człowiek w czerwonym kubraczku rzeczywiście ląduje swój zaprzęg reniferów na dachach domów, by potem zakraść się do środka przez komin, ułożyć pod choinką prezenty, zjeść zostawione mu ciastko, zapić je mlekiem i odjechać w nieznane.

Liczni rodzice twierdzą, że starają się w swoich środowiskach podtrzymywać jak najdłużej wiarę w istnienie Santy, gdyż ma to ich zdaniem pozytywny wpływ na dziecięcą wyobraźnię. Być może mają rację, choć ja swoje mikołajowe dziewictwo straciłem już w wieku 5 lat, kiedy to wujowi Zdzichowi, przebranemu za tzw. Gwiazdora, odpadła niespodziewanie po pijaku biała sztuczna broda, co ukazało w całej krasie jego nieogoloną i całkiem pospolitą twarz.

Piszę o tym wszystkim dlatego, że ostatnio zrobiło się sporo zamieszania wokół nowej kampanii reklamowej amerykańskiego koncernu Amazon. W brytyjskiej telewizji pojawiły się reklamy, których bohaterem jest ojciec chowający przed dziećmi prezenty wyciągane z firmowych pudełek firmy. Nie ma zatem żadnego Santy, a widać jedynie głowę rodziny z przesyłkami z Amazonu. Niektórzy rodzice zareagowali na to niemal histerycznie i ostro skrytykowali Jeffa Bezosa i spółkę za sugestię, iż Christmas jest w ogóle możliwy tylko dzięki amerykańskiemu potentatowi rynkowemu.

Moim zdaniem krytyka tego rodzaju jest nie na miejscu. O wiele poważniejszym wykroczeniem jest to, iż reklamy tego rodzaju pokazywane są, zanim jeszcze przeciętny indyk rozstanie się z życiem, by zostać spałaszowany przez tłum wygłodniałych biesiadników. Napór grudniowego świętowania w USA z wolna przenosi się na wczesną jesień, co oznacza niestety, że prędzej czy później choinek zaczniemy szukać tuż po 4 lipca, a pierwsze świąteczne dekoracje przed domami pojawią się zaraz potem, co się ładnie zgra z pokazami ogni sztucznych.

Pomijając jednak przedwczesny charakter kampanii reklamowej Amazonu, nie widzę specjalnego problemu w pokazywaniu ojca umieszczającego po kryjomu prezenty pod choinką, niezależnie od ich źródła. Rodzice zawsze mają do dyspozycji niezwykle skuteczne urządzenie, które zwie się wyłącznikiem telewizora. Wystarczy elektroniczne bydlę wyłączyć, by uchronić pociechę przed błędnym wrażeniem, iż to Bezos mieszka na biegunie północnym i rozwozi dzieciom prezenty, zakrywszy uprzednio łysinę sztucznym włosiem oraz czerwonym kapturem.

Przyznaję, że przed rokiem reklama świąteczna Amazonu była nieco bardziej skuteczna. Pokazywała chrześcijańskiego księdza i muzułmańskiego imama, którzy wzajemnie obdarzali się prezentami zakupionymi u Bezosa. Santy też nigdzie nie było widać, ale przynajmniej nikt niczego nie ukrywał przed dziećmi. Być może w przyszłym roku do imama i księdza dołączy mój znajomy profesor, który pożyczy im wszelkiej pomyślności. Natomiast Amazon, ukłuty boleśnie krytyką, wydał oświadczenie, w którym zapewnił, iż „Santa i jego pomocnicy pracują z pewnością przez całą dobę, by w porę dostarczyć prezenty wszystkim dzieciom”. No i bardzo dobrze. Teraz pozostaje tylko pytanie, w którym centrum dystrybucyjnym Amazonu Santa pracuje i ile dostaje za swoją pracę na godzinę.

Mój syn, który – przyznaję bez bicia – pracuje w siedzibie Amazonu w Seattle, zawzięcie milczy i do niczego się nie przyznaje. No ale do świąt pozostało sporo czasu, a zatem może jakieś sensacje jeszcze od niego wyciągnę, o czym oczywiście niezwłocznie zamelduję.

Andrzej Heyduk