Szukaj
Polub nas!

felieton fot Pixabay(fot. Pixabay)Mistrzowie (pół)świata

W języku polskim istnieje dość dziwne wyrażenie dotyczące piłki nożnej. Gdy dochodzi do kopa narożnego, mówi się, że jest to rzut, mimo iż oczywiście nikt niczym w takim przypadku nie rzuca. Ale to jeszcze nic wobec pewnym amerykańskich obyczajów sportowych. Słowo „football” zostało całkowicie zawłaszczone na potrzeby amerykańskiej gry, w której piłkę kopie się niezwykle rzadko, gdyż wielcy faceci biegają przez większą część gry z jajowatą „gałą” w garści lub też ją rzucają. Ponadto nieustannie usiłują się wzajemnie pozabijać, ale bynajmniej nie nogami. Zamiast śmierci wroga akceptowalne jest też spowodowanie u niego demencji przez wielokrotne potrząsanie jego mózgiem.

Faktem jest to, że czasami używany bywa termin „American football”, ale to też nie jest zbyt fortunne, gdyż zdaje się sugerować, że jak się w coś gra po amerykańsku, to ręce stają się nagle nogami. Z drugiej strony nie można mówić o herosach NFL, że grają w piłkę ręczną, bo wtedy obraziliby się szczypiorniści, którzy zapewne nie chą mieć z footballem nic wspólnego.

To footballowe zamieszanie wynika z rodowodu gry, która dziś jest podstawą ligi NFL. Sport ten został przywleczony do USA z Wielkiej Brytanii, gdzie w roku 1863 doszło do brzemiennego w skutkach wydarzenia. Na Wyspach uprawiano wtedy rozmaite piłkarskie rozgrywki, których zasady bywały bardzo różne. Ostateczne jednak w czasie specjalnego posiedzenia dyrektorów licznych szkół publicznych ustalono, że odtąd grać się będzie wyłącznie piłką okrągłą i tylko nogami. W ten sposób narodziła się piłka nożna.

Jednak nie wszystkim się to rozwiązanie podobało. Niektóre szkoły narzekały, że opracowane zasady gry spowodowały, iż powstała gra dla mięczaków, w ramach której nie można było powalić przeciwnika na boisko i złamać mu przy okazji szczęki. W ten sposób ukonstytuował się inny sport, który dziś zwie się rugby. I to właśnie rugby zawitało w roku 1869 do USA, kiedy to odbył się pierwszy w historii mecz akademicki. Od samego początku do sportu tego przylgnęła nazwa „football”, jako że wtedy przepisy traktowano dość liberalnie i piłkę można było zarówno kopać, jak też trzymać w rękach.

Ostatecznie w roku 1875 odbył się mecz drużyn uniwersyteckich Harvard i Yale, po którym trener tego drugiego zespołu, Walter Camp, opracował nowe przepisy, które zostały poparte również przez Uniwersytet Princeton. Od tego momentu istnieje amerykański football, mimo że z nogami zawodników piłka już dawno się rozstała.

Być może jednak największy kociokwik terminologiczny dotyczy gry w baseballa. Niedawno zakończyły się finałowe rozgrywki ligi MLB, w ramach których dwie drużyny rozegrały ze sobą aż siedem meczów. Gdy ten dość nudny maraton się zakończył, zwycięzcy (zespół Houston Astros) zostali okrzyknięci „mistrzami świata” w pałowaniu, choć w tym przypadku nie chodzi o ZOMO. Zresztą finałowe gry nazywa są zawsze „World Series”, mimo że dotyczą wyłącznie USA i Kanady. Dlaczego zatem są to mistrzowie świata, a nie tylko Ameryki Północnej? Przecież gdy Legia Warszawa zdobywa mistrzostwo polskiej ekstraklasy, która jest zresztą ekstra tylko w takim sensie jak niegdyś Ekstra Mocne były mocne, nie ogłasza się jednocześnie klubowym mistrzem Europy, a gdyby tak zrobiła, na całym Starym Kontynencie doszłoby do zbiorowego, szyderczego rechotu.

Choć w baseballa gra się przede wszystkim w USA, to jednak istnieją kraje, w których machacze kijami mogliby dorównać swoim amerykańskim kolegom. Chodzi na przykład o Japonię, Kubę i Dominikanę, gdzie sport ten cieszy się sporą popularnością. Jednak drużyny z tych krajów nie uczestniczą w rozgrywkach MLB ani też nie mają żadnych pretensji do mistrzostwa świata.

Przez wiele lat sądzono, że to uzurpatorskie i hegemonistyczne nazewnictwo powstało niejako przez pomyłkę. Przed wieloma laty, gdy po raz pierwszy rozegrane zostały mecze finałowe, impreza sponsorowana była przez gazetę New York World Telegram i stąd miało się wziąć używanie słowa „world” do określania serii finałowych meczów. Jednak teoria ta nie wytrzymuje zderzenia z rzeczywistością. Wszystko stało się za sprawą Barneya Dreyfussa, który w roku 1903 był właścicielem drużyny Pittsburgh Pirates. Jego pałownicy wygrali wtedy rozgrywki tak zwanej National League, podczas gdy Boston Red Sox zostali mistrzami American League (i to z tych dwóch lig powstała potem MLB). W związku z tym Dreyfuss napisał do właściciela bostońskiej drużyny list, w którym zaproponował mu rozegranie bezpośredniego pojedynku o nazwie „World’s Championship Series”. Drużyny rozegrały ze sobą pięć meczów, a po paru latach nazwa została skrócona do „World Series” i tak już zostało.

Żeby było jeszcze śmieszniej, od roku 2006 rozgrywane są co kilka lat prawdziwe mistrzostwa świata w baseballu, co nazywa się World Baseball Classic. Dotychczasowi zwycięzcy? Dwa razy Dominikana i raz Japonia, a zatem Amerykanie na razie nieco w tych rozgrywkach dołują.

By utrzymać się w duchu tych semantycznych zawijasów dotyczących niektórych amerykańskich sportów, sam zamierzam zacząć się nazywać mistrzem świata w dziennikarstwie. Nigdy wprawdzie niczego nie wygrałem, nawet na szczeblu lokalnym, ani też w moim fachu nie ma żadnych mistrzostw, ale co tam – skoro mogą tak bezceremonialnie chełpić się pałownicy, to dlaczego nie ja?

Andrzej Heyduk