Szukaj
Polub nas!

felieton fot Pixabay(fot. Pixabay)Ślubna samoobsługa

W wieku 37 lat Sophie Tanner podjęła niezwykle odważną decyzję – postanowiła wstąpić w związek małżeński. Jednakowoż w jej konkretnym przypadku był to krok dość szczególny, jako że Sophie nie posiadała narzeczonego ani nawet nie utrzymywała w miarę przyjacielskich kontaktów z kimkolwiek. Panna Tanner postanowiła poślubić samą siebie i stać się tzw. sologamistką.

Zapewne nie wszyscy moi czytelnicy wiedzieli, że taki termin w ogóle istnieje. Ja zresztą też tego nie wiedziałem. Okazuje się, że sologamistów jest coraz więcej i że jest to nowy „styl życia”, zyskujący nieustannie na popularności. Ślub Sophie odbył się zgodnie ze wszystkimi tradycjami. Do ołtarza poprowadził ją ojciec, który następnie oddał ją w ręce siebie samej. Była też suknia ślubna, stado odpowiednio odzianych panienek, a na początku weselnego przyjęcia odbył się też pierwszy taniec, do którego panna młoda poprosiła samą siebie, co miało choćby taki pozytywny skutek, że nikt nie mógł jej deptać po palcach.

Wszystko to może wydawać się dość kuriozalne, ale zaczyna być dość powszechne w niektórych środowiskach. Począwszy od roku 2014 brytyjskie biuro podróży Cerca Travel specjalizuje się w oferowaniu specjalnych „pakietów” dla osób zawierających małżeństwa z „własnym ja”. Pakiet taki zawiera koszty podróży do jakiegoś ciekawego miejsca, sukni ślubnej lub garnituru, fryzjera, limuzyny, pobytu w hotelu oraz stosownego albumu fotograficznego. Dla mnie frapującą zagadką jest jednak to, co jednoosobowa para młoda robi w noc poślubną, ale to już zupełnie inna sprawa.

Samoobsługowe zaślubiny panny Tanner miały miejsce przed dwoma laty. Potem jednak związek małżeński Sophie z Sophie stanął w obliczu poważnego kryzysu, ponieważ młoda małżonka zdradziła samą siebie i nawiązała romantyczny związek z Ruarim Barrattem, który jeszcze do niedawna był tzw. poliamorystą, czyli facetem, który wyznaje pogląd, że należy wiązać się emocjonalnie z wieloma kobietami jednocześnie. W celu podtrzymania związku tylko z jedną i to w dodatku zaślubioną niewiastą Ruari musiał zawiesić na jakiś czas swój poliamoryzm i spróbować rzeczy niesłychanej – tradycyjnego związku monogamicznego.

Ruari i Sophie przez 5 miesięcy chodzili na randki i przed długi czas nie wiedzieli, co z tego wszystkiego wyniknie. Z ulgą przywitałem jednak wieść o tym, że Sophie nie zamierzała się ze sobą rozwodzić, gdyż uważała taki krok za przedwczesny. Okazało się, że miała rację. Para rozstała się przed dwoma miesiącami, choć nie bez pewnych konsekwencji. Zachwycony stylem życia byłej partnerki, Ruori wziął sam ze sobą ślub w Las Vegas i dołączył tym samym do grona sologamistów.

Mimo wszystkich tych burzliwych wydarzeń Sophie nadal twierdzi, że jej małżeństwo z samą sobą daje jej poczucie szczególnego spełnienia, gdyż jest wyrazem „miłości w stosunku do własnej osoby”. O rozwodzie tak naprawdę nigdy nie myślała, gdyż „związek małżeński z własną osobą jest zobowiązaniem dożywotnim”.

Historia pani Tanner budzi we mnie rozliczne wątpliwości. Po pierwsze, niemal wszyscy ludzie do pewnego stopnia lubią samych siebie, a niektórzy są wręcz w sobie bezgranicznie zakochani, np. Donald Trump. A skoro tak, to dodatkowe składanie sobie przyrzeczenia dochowania wierności małżeńskiej w samoobsługowym związku wydaje się dość dziwne. Ludzie, którzy nie chcą mieć żadnych życiowych partnerów, niezależnie od powodów, drzewiej bywali nazywani samotnikami. Dziś chcą być sologamistami, tak jakby ten nowy termin w jakiś sposób uzasadniał ich samotność z wyboru.

Poza tym trudność zawiązania solidnego, dobrze funkcjonującego partnerstwa małżeńskiego polega zwykle na tym, że dwie, często bardzo różne od siebie, osoby muszą ze sobą współżyć i nieustannie szukać kompromisów. Gdy jednak w związku takim jest tylko jeden człowiek, sztuka partnerstwa przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie, nie mówiąc już o tym, że małżeńskie sprzeczki z samym sobą są z natury rzeczy pozbawione kolorytu i emocji kłócenia się z realnym, osobnym małżonkiem. Nie muszę oczywiście dodawać, że wiem to z własnego doświadczenia. Przecież sam nie będę się opieprzał o to, iż nie pozmywałem naczyń albo że spojrzałem pożądliwie na sąsiadkę spacerującą po okolicy z psem. Wręcz przeciwnie, od razu sobie wszystko wybaczę i sprawa załatwiona.

Moja druga, zasadnicza wątpliwość dotyczy tego, że jeśli model samoobsługi w ogóle przystaje do związków małżeńskich, to podobne myślenie mogłoby zostać zastosowane przez wielu innych ludzi. Na przykład utalentowany piłkarz mógłby dojść do wniosku, że sam stanowi całą drużynę, łącznie z bramkarzem. Strażacy mogliby podpalać domy po to, by je gasić, a ambitny policjant, marzący o karierze detektywa, mógłby się sam zabić, by w ten sposób wykryć w swoim życiu pierwszego i ostatniego mordercę (oraz samobójcę).

 Na koniec jeszcze jedna myśl. W USA nadal dyskutuje się w wielu kręgach o tym, czy małżeństwa homoseksualne powinny być legalne i czy nie są przypadkiem sprzeczne z naturą, religią, moralnością, itd. Tymczasem jeszcze nigdy nie słyszałem dyskusji o tym, czy wstąpienie w związek małżeński z własną osobą nie powinno być zdelegalizowane, gdyż stanowi przejaw lekkiego odjazdu umysłowego. Pani Tanner życzę oczywiście wszelkiej pomyślności na jej samotniczej drodze życia, ale – szczerze mówiąc – uważam, że trzeba mieć w sobie dość sporo narcyzmu i odchyłu piątej klepki od pionu, by się zaciągnąć własnoręcznie przed ołtarz w celu zawiązania jednoosobowego wego małżeństwa.

Andrzej Heyduk