Szukaj
Polub nas!

felieton fot PixabayNieprawda u przeciętnego
kłamczucha nie jest tak oczywista
jak w przypadku Pinokia...
(fot. Pixabay)
Zmyślony rak

Oszustwa bywają bardzo różne, mniej lub bardziej pomysłowe, a czasami żenująco prymitywne. W naszych czasach coraz częściej mają naturę elektroniczną. Mam na myśli na przykład wszystkie te listy z Nigerii, w jakich już wielokrotnie byłem informowany, że jestem przypadkowym spadkobiercą milionera, który nie miał przed śmiercią co zrobić ze swoją fortuną i postanowił zapisać ją zupełnie nieznanej osobie, czyli mnie. Są też listy donoszące o niezwykłych okazjach handlowych, bogatych wdowach czekających na męża i żądnych dzielenia się z nim nie tylko łożem, ale również kontem bankowym, oraz o wygranych krociach na loterii państwowej w Monako. Nie wiem, czy ludzie nadal dają się na to wszystko nabierać, ale podejrzewam, że tak, bo naiwniacy to nie towar na kartki, lecz liczna grupa, której członków nigdy nie zabraknie. Poza tym, gdyby absolutnie nikt nie dawał się nabierać, listy z Nigerii zapewne już dawno przestałyby napływać.

Jednak nie wszyscy oszukują przez Internet. Niektórzy są na tyle bezczelni, że aż dech zapiera. Na Florydzie aresztowano ostatnio 38-letnią Vedoutie Hoobraj, która w latach 2014-16 wyłudziła od mieszkańców nowojorskiego powiatu Westchester ponad 50 tysięcy dolarów. Przez owe dwa lata skutecznie udawała, że jest chora na raka i ma przed sobą tylko 18 miesięcy życia. W tym celu ogoliła się na łyso i pokazywała ludziom sfałszowane zaświadczenia lekarskie oraz rachunki szpitalne. Twierdziła, że koszty leczenia były tak duże, iż została praktycznie pozbawiona środków do życia. Wymyśliła nawet, że chora jest nie tylko na białaczkę, ale dodatkowo ma raka wątroby.

W Nowym Jorku oszustka występowała jako Shivonie Deokaran. Zainteresowanym opowiadała, że leczyła się w Sloan-Kettering Medical Center w Nowym Jorku. Gdy zaś ktoś zaczął się dopytywać o nazwisko jej lekarza, stwierdziła, że ów specjalista onkolog właśnie zginął w czasie trzęsienia ziemi w Nepalu i że w związku z tym musi szukać nowego doktora. Szczerze mówiąc, u mnie pojawiłyby się w tym momencie pewne wątpliwości, ale nowojorska gawiedź wszystko to kupiła i nadal wspierała finansowo swoją bohaterkę.

Proceder ten trwał przez wiele miesięcy. W sumie „chora” dostała datki od ponad 300 osób. Uczestniczyła też w licznych imprezach organizowanych specjalnie dla niej przez okolicznych mieszkańców i przez niektóre instytucje. Zaangażowała się nawet szkoła średnia, która zachęcała uczniów do zbierania pieniędzy dla tragicznie chorej Shivonie. Jestem pewien, że dziś kierownictwo tej szkoły raczej nie obnosi się z faktem, iż zostało wystrychnięte na dudków.

W połowie roku 2016 Vedoutie vel Shivoni spakowała manatki i wyjechała z dwoma synami na Florydę, gdzie miała zapewne nadzieję wydać wyłudzone pieniądze. Jednak została wytropiona przez agentów FBI i odstawiona do Nowego Jorku, gdzie wkrótce stanie przed sądem. Grozi jej kara do 20 lat więzienia, a zatem będzie miała sporo czasu, by zapaść na inne wyimaginowane lub rzeczywiste choroby oraz przemyśleć swoje postępowanie.

Opowiadam o tej sprawie dlatego, że jest ona dość symptomatyczna. W dzisiejszej Ameryce nigdy do końca nie wiadomo, czy ktoś mówi prawdę, czy też opowiada dobrze skonstruowane bajki, a żerowanie na ludzkiej dobrej woli zdaje się wszechobecne. Do mojego domu pukają często rozmaici ludzie, którzy zbierają na coś pieniądze. Każdy z nich wydaje się autentyczny, a niektórzy legitymują się nawet jakimiś odznakami i papierami, których nigdy nie chce mi się czytać. Jedni chcą pieniędzy na ratowanie porzuconych psów, inni twierdzą, że bez mojego dolara zawali się ich całe życie i pójdą z torbami. Wreszcie są też małolaty, które chcą mi opchnąć jakąś encyklopedię, co ma uratować bibliotekę przed finansowym krachem. Już nie wspomnę o harcerkach, które z regularnością godną lepszej sprawy zjawiają się przed moimi drzwiami, by mi dać szansę na zakup ciastek, czyli powszechnie znanych Girl Scout Cookies.

Skąd jednak mam wiedzieć, którzy z tych zbieraczy to ludzie o kryształowym charakterze, a którzy szukają naiwnych, by sfinansować jakoś następne piwo? Gdyby na przykład zapukała do mnie łysa Vedoutie Hoobraj i powiedziała mi, że pozostało jej 18 miesięcy życia, czy zamknąłbym jej drzwi przed nosem, czy też dałbym jej jakieś walory? Trudno jest wszak ocenić czyjąś prawdomówność na podstawie kilkunastosekundowego kontaktu.

W sumie preferuję zdecydowanie oszustów internetowych. Zawsze można ich anonimowo zignorować bez żadnych konsekwencji i bez jakiegokolwiek poczucia winy. W wersji sieciowej frajerstwo jest suwerenną decyzją każdego frajera, podczas gdy fizyczne odprawienie z kwitkiem jakiegoś smarkacza, który twierdzi, że ma w domu nieuleczalnie chorą babcię, jest zadaniem znacznie trudniejszym.

W tym sensie bezczelność pani Hoobraj była uzasadniona. Nie kryła się ona w żadnych internetowych zakątkach i nie zbierała pieniędzy anonimowo, tylko stawała oko w oko z ludźmi, których skutecznie i z fantazją okłamywała. Jestem pewien, że w całym kraju tego rodzaju oszustów są tysiące, a większość z nich nigdy przed żadnym sądem nie stanie. Dzieje się tak między innymi dlatego, że ludzie zazwyczaj niechętnie przyznają się do tego, że zostali nabrani.

Ja sam nadal czekam wyłącznie na listy od nigeryjskich milionerów. Resztę próśb o wsparcie zdecydowanie ignoruję, chociaż harcerskie ciastka czasami kupuję.

Andrzej Heyduk