Szukaj
Polub nas!

felieton fot Pixabay(fot. Pixabay)Totalny bzik

Ogólnie rzecz biorąc uważam, że Ameryka kompletnie w ostatnich latach zbzikowała, co objawia się na wiele różnych sposobów. Po pierwsze, na prezydenta wybraliśmy faceta, który w normalnych warunkach nadawałby się co najwyżej na gajowego. Po drugie, w świecie polityki słowo „kompromis” stało się wulgarnym przekleństwem. Po trzecie, zdajemy się systematycznie osuwać w objęcia XIX-wiecznego anachronizmu sprzed czasów amerykańskiej wojny domowej, do której powtórki w zwolnionym tempie mam nadzieję nie dojdzie. Po czwarte w USA możliwe jest dziś strzelanie z automatów do ludzi na koncertach muzycznych, a wszystko to w obronie wolności obywatelskich, do których podobno należy prawo do posiadania arsenałów broni palnej, których nie mają do dyspozycji armie większości małych krajów.

W wyniku wielu głębokich przemyśleń, które zwykle nie towarzyszą pisaniu tych tekstów, doszedłem do wniosku, że winnym tego pomieszania z poplątaniem jest nie kto inny tylko Steven Spielberg. To on w roku 1984 zgodził się na rolę jednego z producentów głośnego filmu pt. Back to the Future. Główny bohater tego obrazu, Marty McFly (Michael J. Fox) zostaje przypadkowo przetransportowany „maszyną czasu” z roku 1985 do lat 50., gdzie próbuje przekonać swojego zaprzyjaźnionego wynalazcę, Emmetta „Doc” Browna, że jest przybyszem z przyszłości. W słynnej dziś scenie niedowiarek Brown (Christopher Lloyd) pyta Marty’ego:

OK, chłopcze z przyszłości, to powiedz mi, kto jest prezydentem USA w roku 1985?

Ronald Reagan – odpowiada Marty, co powoduje serię drwin ze strony Doca, który wyraża powątpiewanie w możliwość wyboru aktora do Białego Domu i sugeruje, że w związku z tym wiceprezydentem był zapewne Jerry Lewis, a sekretarzem skarbu – Chuck Berry. No i proszę – w filmie z lat 80. został wyraźnie nakreślony kształt obecnej administracji – personalia są wprawdzie inne, ale szaleństwo pozostaje to samo.

Wiele rzeczy w amerykańskiej rzeczywistości, które jeszcze do niedawna wydawały się niemożliwe, dziś spotykają się z mimowolną akceptacją. Politycy wprawdzie zawsze kłamali, ale nigdy w sposób tak bezczelny i otwarty. Wydajemy się nawet godzić na powolny demontaż demokracji, a przynajmniej niektórych jej atrybutów (np. mediów), co jeszcze w latach 70. zapewne sprowokowałoby demonstracje uliczne. Przebywałem ostatnio w towarzystwie ludzi, którzy za czasów wojny wietnamskiej uczestniczyli w gwałtownych zamieszkach i starciach z policją. Dziś ci sami ludzie nie są w stanie zrozumieć, dlaczego coraz to nowe skandale i skandaliki nie budzą większego sprzeciwu ze strony zwykłych ludzi. Postępujący bzik Ameryki staje się zawsze obecną częścią tła życia publicznego i bywa całkowicie ignorowany, także wtedy, gdy jest szokujący. W końcu przetrwaliśmy nawet doniesienia, iż obecny prezydent zdradza pewne przywiązanie do przymusowego obmacywania kobiet.

W tych warunkach nie dziwię się, że – zgodnie ze scenariuszem filmu Back to the Future – zaczynają nas nawiedzać przybysze z przyszłości. Przed kilkunastoma dniami w Casper w stanie Wyoming policja aresztowała 28-letniego faceta. Bryan Johnson, zdradzający wyraźne objawy nadmiernej konsumpcji alkoholu, powiedział policjantom, iż jest wysłannikiem z roku 2048 i że jego zadaniem jest ostrzeżenie lokalnej populacji, iż za rok kosmici dokonają inwazji i że w związku z tym należy się czym prędzej ewakuować. Niestety Johnson nie wyjawił dokładnego terminu inwazji, co powoduje, że zorganizowanie ewentualnej ewakuacji jest zadaniem dość trudnym. Przybysz z przyszłości nie chciał rozmawiać z lekarzami i pielęgniarkami, domagając się jedynie spotkania z burmistrzem miasta. Do spotkania takiego nigdy jednak nie doszło, gdyż władza zdecydowała, zapewne słusznie, iż Bryan po prostu się był nawalił i coś mu się w mózgu pomieszało.

Policjantom Johnson wyjawił też coś innego. Stwierdził mianowicie, że posiada zdolność podróżowania w czasie dlatego, iż kosmici napełnili jego ciało alkoholem i że swoją podróż do przeszłości zaczął na jakiejś wielkiej platformie, skąd miał zostać przeniesiony do roku 2018, ale przez pomyłkę wylądował u nas o rok wcześniej. Ostatecznie został przewieziony do aresztu, skąd wkrótce potem został zwolniony i jestem pewien, że już wrócił do roku 2048, a przynajmniej tak sądzi.

Jednak moim zdaniem policjanci popełnili poważny błąd, który zapewne wynika z faktu, że nie oglądali filmu Back to the Future. Powinni byli zapytać „chłopca z przyszłości” o to, kto jest prezydentem USA w roku 2048. Sądząc po obecnym stanie amerykańskiej polityki, możliwości jest bardzo wiele: Barron Trump, Honey Boo Boo, Kim Kardashian, Donald Duck, Big Bird, Superman, etc. Niemal wszystko wydaje się obecnie możliwe, co jest o tyle smutne, że jeszcze przed kilkoma laty nie było. Niestety przybysz z 2048 roku odleciał w nieznane, przez co straciliśmy bezpowrotnie szansę na zobaczenie amerykańskiej głupawki za 30 lat. Trzeba będzie teraz po prostu żyć i czekać na to, co nastąpi.

Z czysto prywatnego punktu widzenia uważam za intrygujące wieści o tym, że napełnienie ciała alkoholem powoduje możliwość podróżowania w czasie. Zawsze się zastanawiałem, jak to jest możliwe, że żyję w roku 2017, mimo że urodziłem się w roku 1445 we wsi Nowe Kramsko w dzisiejszym zielonogórskim. Zeznania Johnsona prowadzą mnie do w miarę jednoznacznego wniosku – ktoś mnie wtedy podstępnie napełnił średniowieczną siwuchą. Ale w sumie nie żałuję.

Andrzej Heyduk