Szukaj
Polub nas!

Roomba original fot WikipediaRoomba (fot. Wikipedia)Odkurzanie małżeństwa

Gdy w małżeństwach dochodzi do rozwodu, zwykle pojawiają się wzajemne oskarżenia o zdradę, niezrozumienie, stosowanie przemocy, rozkład pożycia, itd. Ja jednak wiem swoje i uważam, że jedną z głównych przyczyn rozpadania się związków małżeńskich jest odkurzacz. Mówię to oczywiście z własnego doświadczenia. Małżonki mają zwykle to do siebie, iż uważają dzieło regularnego odkurzania chałupy za niezwykle ważną część harmonijnego związku, a jeśli ich partner z jakichś powodu zalega z wykonywaniem tego rodzaju obowiązków, rodzi się konflikt, który czasami kończy się na wokandzie.

Ja sam jeszcze tak daleko nie zabrnąłem ani też nie mieszkam na razie w stanie banicji w namiocie za domem, ale moja małżonka ma do mnie systematyczne pretensje związane z odkurzaniem. Często pada na przykład stwierdzenie: – Przez ostatni ani razu tydzień nie wziąłeś się za odkurzacz. Ponieważ nie chcę mieć przemeblowanej twarzy, zwykle odpowiadam, że się wkrótce wezmę, ale tak naprawdę myślę sobie, iż odkurzacza nie dotknąłem dlatego, iż uważałem jego użycie za niepotrzebne. W tym przypadku różnica między płciami polega często na tym, iż ta żeńska jest zdania, że co dwa dni należy z najdalszych czeluści domu wyssać wszelki kurz, podczas gdy ta męska uważa, że pewna ilość kurzu i brudu musi zawsze w domu być, choćby w celu umacniania systemu immunologicznego lokatorów.

Piszę o tym dlatego, że od pewnego czasu istnieje rozwiązanie konfliktów na tym tle, a zatem rozwodu można uniknąć, o ile tylko obie strony tak naprawdę go nie chcą. Pewnego dnia żona, zirytowana moją nikłą zażyłością z odkurzaczem, oznajmiła, że chce wejść w posiadanie urządzenia o nazwie iRoomba. Nie sprzeciwiłem się, gdyż nie wiedziałem, o co chodzi. Po pewnym czasie niestrudzony serwis firmy Amazon przyniósł nam do domu pudło z elektronicznym, samosterującym się odkurzaczem. To wyszukane, mocno skomputeryzowane bydlę jeździ po domu i wsysa, co tylko mu się nawinie pod szczotki. Co więcej, po drodze omija wszelkie przeszkody, automatycznie wyczuwa, czy odkurza podłogę, czy też dywan, a po zakończeniu roboty wraca posłusznie do „stacji wyjściowej”, gdzie ładuje swoje baterie, odegrawszy uprzednio krótką melodię zwiastującą sukces. Ba, nie spada nawet ze schodów do piwnicy, a zatem ma nade mną ogromną przewagę.

Początkowo patrzyłem na iRoombę z dużą podejrzliwością. Po pewnym czasie przekonałem się jednak, iż jest to urządzenie, które jest w stanie skutecznie załagodzić wszelkie spory dotyczące odkurzania domu, a poza tym nigdy ani nie pyskuje, ani też nie narzeka, choć czasami oznajmia, że pojemnik na śmieci jest pełen i trzeba go opróżnić. Nie muszę dodawać, że pojemnik ten opróżniam na ochotnika i bez sprzeciwów, gdyż jest to znacznie łatwiejsze zadanie od biegania po domu z odkurzaczem w garści.

Przyznaję ponadto, że sposób działania iRoomby budzi u mnie pewną fascynację, która powoduje, że często obserwuję jej działanie, mimo że w tym samym czasie mógłbym pić piwo albo pisać felieton dla Kalejdoskopu (teraz nie działa, a zatem korzystam z okazji). Elektroniczny odkurzacz zdaje się wędrować po domu w sposób dość chaotyczny, ale po pewnym czasie jasne się staje, iż w tym szaleństwie jest jakaś metoda. Gdybym ja w ten sposób jeździł odkurzaczem, zostałbym przez władzę zwierzchnią skazany na 5-letni zakaz oglądania meczów w telewizji oraz na przymusową abstynencję w celu odzyskania równowagi psychicznej. Tymczasem iRoomba może sobie jeździć jak chce i wszystko jest w porządku.

Z czysto chorobliwej ciekawości zapoznałem się z historią tego urządzenia i dowiedziałem się, że istnieje na rynku od roku 2002, choć początkowo było to coś znacznie mniej zaawansowanego technicznie. Dziś różne wyszukane czujniki oraz pokładowy komputer powodują, że odkurzacz posiada swoistą sztuczną inteligencję, która skutecznie zastępuje moją, czemu się specjalnie nie dziwię, gdyż nie jest to zbyt wymagające zadanie.

Muszę jednakowoż wspomnieć, że po pewnym czasie iRoombę zaczyna się automatycznie traktować jak drzemiącą gdzieś w kącie gosposię, gotową w każdej chwili do wykonywania rozkazów. Płynie z tego pewne niebezpieczeństwo. W rozmowach z amerykańskimi przyjaciółmi mimowolnie wspominałem o iRoombie per „she”, co sugerowało, iż zakładam z góry, że odkurzaniem w domu może zajmować się wyłącznie kobieta. Na szczęście skutecznie wyłgałem się przez przypomnienie, że w języku polskim – w przeciwieństwie do angielskiego – wszystkim przedmiotom nieożywionym przypisuje się rodzaj, a zatem coś, co kończy się na „a”, automatycznie kojarzy się z płcią żeńską. Innymi słowy, producenci mogli swoje urządzenie nazwać iRoombal, albo iRoomboy, a wtedy żadnych skojarzeń z kobietami by nie było.

Tak czy inaczej, iRoomba skutecznie oddaliła wizję rozwodu odkurzaczowego, który wisiał nade mną od lat niczym szczotka w zepsutym Hooverze. Teraz staram się przewidzieć, jakie będzie zarzewie następnych konfliktów małżeńskich, by ewentualnie zachęcić konstruktorów do prewencyjnego skonstruowania jakiegoś antidotum. Na razie spore nadzieje wiążę z automatem, który mechanicznie ustawiałby w kuchennych szafkach naczynia dokładnie w tym miejscu, w którym mają stać według zaleceń małżonki, z dokładnością do 1/64 cala. Wiadomo wszak, że postawienie jakiejś szklanki z odchyłem rzędu pół cala stanowi karygodne wykroczenie i może się stać przyczyną wszczęcia procesu rozwodowego. O wynikach wszelkich eksperymentów z pewnością zamelduję.

Andrzej Heyduk