Szukaj
Polub nas!

felieton fot CJ Gunther EPASymboliczny protest na boisku (fot. C.J. Gunther/EPA)Sport „strumpowany”

Gdy pod koniec XIX wieku odbyły się w Atenach pierwsze nowożytne igrzyska olimpijskie, nadrzędną wizją organizatorów było stworzenie ogólnoświatowego wydarzenia sportowego, które miało niwelować wszelkie podziały, animozje polityczne, a nawet konflikty zbrojne. Mówiono wtedy często, że sportu nie należy nigdy mieszać z polityką. Te szczytne ideały przestały istnieć niemal natychmiast. Okazało się, że oddzielenie mocno skonfliktowanego życia codziennego od zmagań sportowych jest po prostu niemożliwe.

Olimpiada nie odbywała się w czasie obu wojen światowych, bo brutalności tych konfliktów żaden sport nie był w stanie przezwyciężyć, a w roku 1936 w Berlinie igrzyska stały się oczywistym narzędziem propagandy w rękach hitlerowców. Znacznie później Międzynarodowy Komitet Olimpijski był systematycznie oskarżany o takie czy inne spaczenia polityczne. Wieloletni szef tej organizacji, Avery Brundage, był antysemitą i rasistą, który sprzeciwiał się wykluczaniu z olimpiad RPA. Inny przywódca ruchu olimpijskiego, Juan Antonio Samaranch, miał konszachty z faszystowskim reżimem generała Franco.

Z drugiej strony aktywni politycznie w taki czy inny sposób bywali sami sportowcy. Wystarczy przypomnieć słynny protest dwójki amerykańskich sprinterów, Tommiego Smitha i Johna Carlosa, którzy w roku 1968 na podium w Meksyku w czasie odgrywania amerykańskiego hymnu wznieśli do góry zaciśnięte i odziane w czarne rękawiczki pięści na znak protestu przeciw segregacji rasowej w USA. Wspomniany już Brundage stwierdził wówczas, że sprinterzy „celowo naruszyli ducha olimpijskich zawodów”. Jednak ten sam człowiek w roku 1936 nie protestował przeciw hitlerowskim gestom w czasie berlińskiej olimpiady, uważając, że był to wtedy „symbol narodowy” Niemiec.

Przypominam o tym wszystkim dlatego, że ostatnio Donald Trump wywołał sporą chryję, ponieważ wyraził publicznie pogląd, iż zawodnicy ligi NFL, którzy w czasie odgrywania hymnu klękają na znak protestu, są „sk...synami” i winni być wyrzucani z pracy przez właścicieli poszczególnych drużyn. Gdy zaś zaczął być za tę wypowiedź krytykowany, stwierdził, iż zadaniem tak dobrze opłacanych sportowców jest granie w piłkę, a nie narzekanie. Zaraz potem wycofał też zaproszenie dla gwiazdy ligi NBA, Stephena Curry’ego, który wraz ze swoją mistrzowską drużyną Golden State Warriors miał złożyć tradycyjną wizytę w Białym Domu, a który stwierdził, iż ma co do tej wizyty wątpliwości.

Na skutki tego wszystkiego nie trzeba było długo czekać. Nowym „kryzysem” amerykańskim zajęły się na kilka dni wszystkie media, a liczni znani ludzie poczuli się w obowiązku skomentować tezy prezydenta. Słynny koszykarz LeBron James nazwał Trumpa „głupkiem” i stwierdził: „Wizyty w Białym Domu były wielkim zaszczytem, zanim ty się tam nie pojawiłeś”. Milczenie przerwał nawet Michael Jordan, który z reguły nigdy nie miesza się do żadnej polityki. Natomiast w niedzielę po wypowiedzi Trumpa na różnych boiskach w całym kraju doszło do symbolicznych protestów. Goszcząca w Chicago drużyna NFL Pittsburgh Steelers w ogóle nie wyszła na boisko w czasie odgrywania hymnu, co w zaistniałej sytuacji było zapewne dobrym pociągnięciem taktycznym.

Pod naporem krytyki Trump stwierdził, że w jego wypowiedzi nie było nic rasistowskiego. Miał rację, ale tylko w pewnym sensie. W ligach NBA i NFL ogromna większość zawodników to ludzie czarnoskórzy, którzy grają w drużynach znajdujących się w posiadaniu ludzi białych. Jedynym wyjątkiem jest wspomniany już Michael Jordan, który jest właścicielem drużyny Charlotte Hornets. Z związku z tym, gdy prezydent USA mówi, iż należy wyrzucać z boisk graczy, którzy ośmielają się publicznie protestować z jakichkolwiek powodów, wypowiedź taka ma natychmiast podtekst rasowy.

Mnie jednak w całej tej aferze interesują przede wszystkim dwie kwestie. Po pierwsze, Ameryka stoi obecnie w obliczu wielu poważnych problemów, na czele z przysadzistym Kimem i jego nuklearnymi bombkami oraz ogólnonarodową dyskusją o przyszłym kształcie opieki zdrowotnej. Biorąc to pod uwagę, po kiego grzyba potrzebna jest nam kłótnia o to, czy ktoś na boisku klęczy, stoi, siedzi lub jest w ogóle nieobecny? I dlaczego do tego rodzaju rozważań prowokować nas musi obecny lokator Białego Domu? Nie znam oczywiście odpowiedzi na te pytania, ale o wiele bardziej niepokojące jest to, że on sam zapewne też tej odpowiedzi nie zna.

Po drugie, sportowcy to również wyborcy i obywatele USA, którym przysługują prawa wynikające z pierwszej poprawki do konstytucji. Prawa te nie są zależne od tego, czy ktoś zarabia 8 dolarów na godzinę w hamburgerowni, czy też 100 tysięcy na tydzień na sportowej arenie. Nie ma od nich żadnych wyjątków ani też nie istnieją jakiekolwiek klauzule zabraniające publicznego wyrażania przez sportowców swoich przekonań. Bezrobotny na razie Colin Kaepernick z ligi NFL ma dokładnie takie same prawo do klękania w czasie odgrywania hymnu narodowego jak neofaszyści do maszerowania przez ulice Charlotesville z hitlerowskimi insygniami. Demokracja, przynajmniej ta amerykańska, ma między innymi polegać na tym, że jej współuczestnicy godzą się na słuchanie niewygodnych treści, z którymi się całkowicie nie zgadzają i które mogą być dla nich obraźliwe. W nagrodę mają za to prawo do protestowania w dowolny, pokojowy sposób.

Niestety wiele wskazuje na to, że ta prosta zasada nie dla wszystkich jest zrozumiała, mimo że postanowienia pierwszej poprawki są bardzo czytelne i jednoznaczne, czego nie można powiedzieć o wszystkich artykułach amerykańskiej Konstytucji. To prawda, że wiara stawia się tłumnie na meczach Chicago Bears głównie po to, by oglądać herosów jajowatej piłki, a nie śledzić ich polityczne protesty. Jednak fakt ten w żaden sposób tego rodzaju protestów nie delegalizuje.

Andrzej Heyduk