Szukaj
Polub nas!

feliton selfie fot Pixabay(fot. Pixabay)Małpi biznes

Powiem szczerze – nie znoszę tak zwanych „selfies”, czyli autoportretów fotograficznych, wykonywanych przeważnie przy pomocy telefonów komórkowych. Ludzie szczerzą się zwykle głupawo do własnych smartfonów, a ci młodsi wiekiem uważają z jakichś powodów, że najlepsze są zdjęcia z wywalonym na wierzch ozorem. Potem to wszystko ląduje na Facebooku, gdzie staje się przedmiotem z gruntu infantylnych komentarzy.

Co jednak dzieje się wtedy, gdy „selfie” zrobi sobie małpa? Wtedy w warunkach amerykańskich jest to zarzewie intensywnego sporu prawnego, którym zająć się muszą sądy wielu instancji, jako że w USA sądzić się może każdy i o wszystko, czemu sprzyjają prężne watahy żądnych pieniędzy prawników.

Przed sześcioma laty rzadki okaz człekokształtnej małpy, makaka czubatego, zrobił sobie fotkę. Stało się tak dlatego, że do Indonezji wcześniej pojechał brytyjski fotograf David Slater, który zamierzał zrobić przedstawicielom zagrożonemu wymarciem gatunku szereg zdjęć. W tym celu nawiązał „przyjacielskie kontakty” ze stadem tych małp, które go w pewnym sensie zaakceptowały jako „swojego” i pozwalały mu na wspólne włóczenie się po dżungli. Jednak problem polegał na tym, że próby fotografowania ssaków z bliższej odległości kończyły się niepowodzeniem, gdyż przeciętny makak nie wie, co to jest aparat fotograficzny i się go boi. W związku z tym pewnego dnia fotograf zostawił na polanie swój aparat, ustawiony na statywie i wyposażony w zdalny wyzwalacz migawki. Miał nadzieję, że małpy zaczną się tym bawić i prędzej czy później zrobią sobie zdjęcie. Nie pomylił się.

Czereda makaków zaczęła wyprawiać różne harce, w wyniku czego migawka została przypadkowo wyzwolona kilkanaście razy. Większość uzyskanych w ten sposób zdjęć była bezużyteczna. Jednak kilka przedstawiało doskonałe zbliżenie wyszczerzonej w uśmiechu facjaty męskiej małpy. Fotografie te zostały przypisane agencji Slatera, Caters News Agency, jako że „sprawca” małpiego „selfie” automatycznie przyjął, iż posiada prawa autorskie do tych obrazów. Było to założenie o tyle śmiałe, że – technicznie rzecz biorąc – nie on był bezpośrednim autorem zdjęcia, choć zostało ono wykonane przy pomocy jego sprzętu. Zarzewie prawnej naparzanki stało się w miarę oczywiste.

Jak to w Ameryce zwykle bywa, do akcji ruszyła organizacja People for Ethical Treatment of Animals (PETA), która podała Slatera do sądu, gdyż argumentowała, że autorem „selfie” jest sama małpa, zwana dalej Naruto, i że to ona posiada w związku z tym wyłączne prawa autorskie do swojej podobizny, a Slater nie powinien czerpać jakichkolwiek zysków z propagowania fotografii małpy. Tym samym, po raz pierwszy od czasu publicznych przesłuchań Charlesa Darwina w sprawie jego teorii ewolucji, w amerykańskim życiu publicznym ponownie zagościł temat powiązań człowieka z małpą.

Jak można się spodziewać, sama małpa miała w tej sprawie niewiele do powiedzenia i dalej żyła sobie spokojnie w Indonezji, a gdyby nawet chciała się stawić w sądzie, zapewne nie zostałaby wpuszczona do USA przez prezydenta Trumpa, bo mieszka w kraju na wskroś muzułmańskim, a co za tym idzie niebezpiecznym. Jednak w Ameryce jej interesy zaczęli reprezentować liczni prawnicy, którzy procesowali się ze Slaterem zażarcie, aż cała sprawa zabrnęła do 9. Sądu Apelacyjnego w San Francisco, gdzie w styczniu 2016 roku uznano, iż przepisy dotyczące praw autorskich nie mogą być stosowane w przypadku zwierząt, nawet jeśli są człekokształtne, ponieważ obejmują wyłącznie ludzi, nawet jeśli niektórzy z nich są w życiu codziennym małpami.

Moim zdaniem jest to decyzja kontrowersyjna, ponieważ sugeruje, iż jeśli jakieś zwierzę nagle skomponuje światowy przebój muzyczny, który rozejdzie się w wielomilionowym nakładzie, zyski ze sprzedaży zostaną przejęte przez ludzi (agentów, prawników, producentów, itd.), a autor lub autorka dzieła pozostaną skazani na skromną zwierzęcą egzystencję. Jednak w przypadku Naruto na werdykcie sądu w San Francisco się nie skończyło.

Przez pewien czas zanosiło się na to, iż w Sądzie Najwyższym USA może dojść do dyskusji o tym, co przeciętna małpa w świetle amerykańskiego prawa może, a czego zdecydowanie nie może, ale kryzys został w ostatniej chwili zażegnany. Slater doszedł ostatecznie do porozumienia z mecenasami reprezentującymi małpę (ciekawe, czy prawnicy się tą reprezentacją chwalą?). Na mocy tego porozumienia fotograf zachowa prawa autorskie do zdjęć, ale 25 proc. wszystkich dochodów z ich dystrybucji przekaże organizacjom walczącym o zachowanie gatunków zagrożonych wymarciem. Obie strony wyraziły wielkie zadowolenie z tego rozwiązania, a przedstawiciele PETA sformułowali nawet pogląd, iż międzynarodowy rozgłos nadany sprawie pomoże w dalszej dyskusji na temat „należytego traktowania zwierząt i chronienia ich odpowiednimi prawami”.

Nie podzielam tego hurraoptymizmu. O ile prawa zwierząt to z pewnością ciekawy problem, który doczeka się prędzej czy później ważkich decyzji prawnych, nie sądzę, by najważniejsze były prawa autorskie. Szczególnie do zdjęć typu „selfie”, choć przynajmniej dowiedzieliśmy się przy okazji, iż małpy wyglądają na takich zdjęciach tak samo głupio jak ludzie. Ponadto gdzieś w dalekim San Francisco zgraja homo sapiens dogadała się na temat ugodowego rozwiązania sporu o prawa autorskie do małpiego „selfie”, ale co z tego będzie miała sama małpa? Może dodatkowe banany? Lepszą opiekę lekarską? Wczasy na Hawajach? Nic z tego. Wszystko zostaje po staremu. No i co to za interes?

Andrzej Heyduk