Szukaj
Polub nas!

felieton Miguel Gutierrez EPA(fot. Miguel Gutierrez/EPA)Zaćmienia umysłu

W miniony poniedziałek, 21 sierpnia, wyszedłem o godzinie 2.30 po południu przed dom, by obserwować wraz z wieloma sąsiadami częściowe zaćmienie Słońca, które w moim przypadku było niemal 90-procentowe. Uciechy było wiele, tym bardziej że nie zdołałem sobie wypalić dziury w siatkówce, za to strzeliłem parę fotek. Kilkuminutowa noc przyszła i poszła, a ogłupiałe od tego wszystkie ptaki przestały ćwierkać i wróciły do codziennych zajęć, uznając, iż znów nastał dzień.

Słoneczne zaćmienia nie są dziś dla nas wielką tajemnicą. Wiemy dokładnie, kiedy do nich dochodzi i w jakich częściach naszego globu. Znamy też astronomiczny mechanizm ich powstawania. Jednak w przeszłości było zupełnie inaczej. W starożytności księżycowa plama na Słońcu zwykle intepretowana była jako omen, przesyłany z woli bogów. Dopiero w roku 1715 angielski astronom Edmund Halley precyzyjnie przewidział na podstawie swoich badań zaćmienie, które miało miejsce w maju tamtego roku. Od tego czasu wszystko na ten temat wiadomo, co jednak nie zmienia faktu, iż niektórym z powodu czasowej absencji światła słonecznego zdrowo odbija.

Bryan Fischer, gospodarz „ewangelicznego” programu radiowego Focal Point, wyraził na kilka dni przez wygaszeniem słonecznej lampy pogląd, że jest to szczególny symbol. Zdaniem Fischera Bóg ostrzega nas w ten sposób, iż szatan ogarnie totalną ciemnością wszystkich tych, którzy wyrzekają się wiary, i sprawi, że ciemna będzie również nasza „narodowa dusza”. No cóż, o ile chodzi o ciemności w duszy, to Ameryka ma z tym od pewnego czasu spore kłopoty niezależnie od wydarzeń astronomicznych. Natomiast upatrywanie w zaćmieniu symboliki boskiej (czego, à propos, nie robi od bardzo dawna Watykan) jest o tyle trudne do wyjaśnienia, iż od czasów Halleya ludzie wiedzą, kiedy dojdzie do następnego zaćmienia i gdzie, a zatem nie może to być nagłe ostrzeżenie ze strony niebios. Jeśli do całkowitego zaćmienia Słońca dojdzie np. pojutrze albo za miesiąc, wbrew przewidywaniom naukowców, wtedy zapewne zacząłbym się na tym faktem mocno zastanawiać. Podobnie bym się trochę przeraził, gdyby Księżyc zakrył Słońce i nie chciał się dalej ruszyć.

Nieco wcześniej podobne do Fischera poglądy wyraziła Anne Graham Lotz, przywódczyni Angel Ministers w Północnej Karolinie, która jest córką znanego kaznodziei Billy’ego Grahama. Stwierdziła ona, iż wszelkie celebracje zaćmienia Słońca są nie na miejscu, gdyż nie jest to wydarzenie radosne, lecz sygnał od Boga, że wkrótce wydarzy się coś poważnego.

Może się coś wydarzy, choć Lotz nie wdawała się w żadne szczegółowe prognostyki. Natomiast od razu wydarzyło się coś innego, znacznie mniej poważnego. Świat internautów, który pełen jest przeróżnych prześmiewców, rozbrzmiał tysiącami wpisów, w których Lotz i Fischer stali się obiektami mniej lub bardziej okrutnych drwin. Na szczęście Księżyc się sprzed Słońca wyniósł zgodnie z planem i już wkrótce ludzkość o całym tym wydarzeniu zapomni. No, może z wyjątkiem prezydenckiej córki, Ivanki Trump, która z sobie tylko znanych powodów postanowiła w serwisie Twitter poinformować naród o tym, jak przebiega zaćmienie Słońca i dlaczego, zamieszczając nawet odpowiedni rysunek.

Szczerze mówiąc, nie bardzo rozumiem jej motywacji. Czyżby myślała, że Ameryka w zasadzie nie ma pojęcia o tym, co się wokół nas astronomicznie dzieje? Przyjęła na siebie rolę nauczycielki, mimo że nikogo wcale nie trzeba uczyć. Także w tym przypadku internauci nie zawiedli. Jeden z komentatorów napisał: „Dzięki, Ivanka, ale my nie potrzebujemy pomocy w zrozumieniu zaćmienia. Może powinnaś pomóc ojcu w zrozumieniu, kto to są faszyści”. Ktoś inny dodał, że zaćmienie trwa „niemal tak krótko jak przeciętna kariera pracownika Białego Domu”, a twitterowiec z Nowego Jorku zaproponował, by teraz Ivanka dokładnie wszystkim wyjaśniła termin „impeachment”.

Niektórzy nie mogli się powstrzymać od czystego kpiarstwa: „OK, uczniowie, czy zastanawialiście się kiedyś, co to jest ta wielka, jasna kula na niebie? Ona się nazywa Słońce i jest bardzo gorąca”. W sumie internetowe wystąpienie Ivanki nie zakończyło się dla niej zbyt pomyślnie, co było do przewidzenia, gdyż wyjaśnianie zaćmień i innych podobnych wydarzeń należy zostawić astronomom.

Morał jest z tego zapewne taki, że nie należy nikomu wyjaśniać zjawisk naturalnych albo przez przypisywanie im zmyślonej symboliki, albo też przez nikomu niepotrzebną, naiwną dydaktykę. Miliony ludzi w USA, szczególnie w wąskim pasie całkowitej ciemności, spoglądały w niebo z fascynacją, która jednak nie wynikała ani z ignorancji, ani też z trwogi przed czymś wielkim i nieznanym. Kiedyś, przed wiekami, taka trwoga była uzasadniona, bo nikt nie wiedział, co jest grane. Zresztą przed wiekami każde uderzenie pioruna wywoływało podobną bojaźliwość, a Ziemia była płaska i podróż na jej skraj musiała kończyć się upadkiem w otchłań.

Ivanki specjalnie nie winię, bo zapewne chciała dobrze. Natomiast wszystkich tych, którzy w przewidywalnych zjawiskach astronomicznych upatrują machinacji diabła Rokity lub zwiastunów apokaliptycznych wydarzeń, zachęcam do zapoznania się z rysunkiem umieszczonym przez Trumpównę. On w zasadzie wszystko wyjaśnia.

Kończąc pisać ten tekst potwierdzam, że ponownie nastał dzień, przynajmniej w mojej okolicy. Całe szczęście!

Andrzej Heyduk